2010-06-22
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Egzamin (czytano: 264 razy)

W końcu doszedłem do siebie i mogę na spokojnie napisać o ubiegłym weekendzie. W piątek pojechałem do Krakowa.
Współczuję Krakusom – strasznie mają rozkopany gród. Mam nadzieję, że jak już im te drogi porobią, będą śmigać przez miasto jak burza. Z okazji przebudów dróg spóźniliśmy się na egzamin – na szczęście krótko i straciliśmy tylko część rozgrzewki.
Egzamin rozpoczął się standardowo – pojedyncze techniki, a potem kombinację. Atmosfera w dojo przypominała saunę. W ogóle, na początku myślałem, że padnę, byłem jakiś taki zmęczony i czułem się bardzo słabo. Zacisnąłem zęby i stwierdziłem, że jak mam paść to robiąc techniki. Na szczęście rozkręciłem się. Shihan zadbał, żeby nasze rozkręcenie doszło do maksimum i je przekroczyło. Ręce się plątały, nogi odmawiały posłuszeństwa.
Kolejna komenda – kolejna technika.
Coraz szybciej, jeszcze szybciej. Pilnować właściwej kolejności.
Mawashi geri, gyaku chudan tsuki
Yoko geri, gyaku chudan tsuki (do diabła Shihan idzie dlaczego ta noga nie chce się wyżej podnieść.)
Ura mawashi geri (kurcze zapomniałem o uderzeniu ) gyaku chudan tsuki
Ushiro mawashi geri gyaku chudan tsuki (ups coś straciłem równowagę i wyżej chłopie – wyżej)
Szybciej ! Wyżej!
Zwrot i od nowa.
Co było pierwsze?
Aha Mawashi geri.
Czemu tak szybko?
Yoko, Ura Mawshi, Ushiro Mawashi – nie zapominaj o rękach.
Którą ręką powinienem uderzyć?
Spóźniony jestem o technikę – muszę przyspieszyć.
Zwrot.
Ooo nie stoję w tej pozycji – szybka zmiana – nikt nie zauważył.
Chłopie koncentracja – myślenie zaczyna boleć i coraz trudniej się skoncentrować.
Świat zawęził się do kolejnej techniki,
koszmarnego upału,
i koncentracji nad utrzymaniem świadomości i poprawności oraz kolejności technik.
Amok.
Kopnięcie i uderzenie – byle trzymać tempo
Mawashi, Tsuki
Yoko, Tsuki
Ura, Tsuki
Ushiro, Tsuki
Zwrot
Mawashi, Tsuki
Yoko, Tsuki
...
...
Łomot
Ooo coś istnieje poza następnym kopnięciem.
Po lewej na podłodze leży chłopak.
Nie ma kolejnej komendy.
Tempo patrzę jak podnoszą mu nogi i czekają, aż krew uruchomi zawieszony mózg. Powoli chłopak się zbiera. Wyprowadzają go z dojo – nie wygląda najlepiej.
Koniec kombinacji – dzięki Ci padnięty kolego – uratowałeś nas.
Kata
Najpierw niższe paski, idzie im nieźle, wszyscy zrobili co mieli zrobić, mają czas na przygotowanie się do walk, a ja chwilę, żeby złapać oddech.
Teraz zielone paski – wychodzimy na środek
Komenda – Kihon kata sono ichi – kurcze przecież to kata dla dzieci !
Nie trenowałem go – ale będzie wsypa.
Dzięki Ci Aniu, że na ostatnim treningu męczyłaś tym kata dzieci.
Hajime!!!
Jakoś leci nie rąbnąłem się – jednak pamiętałem
Pinan kata sono ichi
Pinan kata sono ni
Pinan kata sono san
Pinan kata sono shi
Pinan kata sono go
Te kata trenowałem idzie mi nieźle. Przenoszę się na feudalny Daleki Wschód pokonuję kolejnych przeciwników pięknie idzie.
Sanchin no kata
– Oooo zaskoczenie – nie spodziewałem się tego kata stawiałem na Giekisai Dai.
Nic to, pamiętam. Dojo wypełniają dźwięki głębokiego przeponowego oddychania, mięśnie napięte, pełna koncentracja.
Przygotować się do walk!
Wszyscy poszli zakładać ochraniacze. Standardowy zestaw to ochraniacz na genitalia i golenie, niektórzy zakładają ochraniacze na pięści – a ja jestem hardcorem :) Na Okinawie nie nosili ochraniaczy, więc i ja nie zakładam żadnych – jak się bawić to się bawić.
Shihan przed walką coś tam wspomina o głupocie tych, którzy nie mają ochraniaczy i że to ich sprawa i że to ich będzie „radość o poranku” ściągania osocza w moszny, kiedy po kopnięciu będzie leżał w szpitalu. Zawsze tak mówi, a póki co jeszcze nie zaznałem tej radości.
Ustawienie do walki. Nie ma kadry narodowej – jest szansa, że nie zostaniemy za bardzo obici.
Pierwsza walka z Marcelem – chłopakiem, z którym przyjechałem do Krakowa. Świetnie – czuję się sztywny i ociężały, walcząc ze sobą wchodzimy na właściwe obroty, każda sekunda techniki robią się szybsze i pewniejsze, a walka agresywniejsza, ale nie brutalna.
Następna walka – młodzieniaszek jakiś, pierwszymi technikami daję mu do zrozumienia, że nie chcę go obić – on pokazuje to samo. Walczymy technicznie.
Kolejna walka kolejny kolega z Katowic – po początkowym „głaskaniu” robimy kilka ostrzejszych wymian – jest nieźle.
Reszty walk nie pamiętam dokładnie, było ich jeszcze kilka. Jeden przeciwnik prosił o „łagodny wymiar kary” taki też był.
W trakcie którejś walki Ania - nasz kierowca, dostała senseia który z upodobaniem rzucał ją o matę. Co chwilę rozlegał się łomot padającej zawodniczki (a mówiłem jej, żeby nauczyła się padów).
Wymiana ciosów, kątem oka widzę krew. Odrzuciłem przeciwnika od siebie kopnięciem, zerkam. Idzie gość przez salę, prowadzony przez senseia. Od ucha, przez szyję do pół klatki piersiowej cieknie szeroka strużka krwi. Kurna – ktoś mu chyba ucho rozwalił? (do dziś nie wiem co się stało, ale paskudnie to wyglądało).
Wreszcie koniec.
Mam brązowy pas. Uświadomiłem sobie w końcu, że w świecie karate nie jestem już takim laikiem, że podczas walk to przeciwnicy boją się mnie, a nie na odwrót. Świadomość ta przyszła tylko po 20 latach treningów, nie jest źle – może za kolejne 20 lat stwierdzę, że jestem ekspertem w Karate :)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Gerhard (2010-06-23,09:14): Gratuluję. Mi na razie marzy się Kihon kata sono ichi (znaczy się "kata dla dzieci") synchronicznie z córką :). Długa droga przed nami.. Bazyliszek76 (2010-07-07,22:14): wiesz, ja nauczam j. angielskiego od jakichś 12 lat; uczę się od 20 lat a nie byłabym aż tak odważna by stwierdzić, że potrafię mówić tym językiem, uczymy się całe życie im szybciej zdamy sobie z tego sprawę tym lepiej, życie toczy się powoli, i my powoli, ale stale sie uczymy :) najbardziej cieszą właśnie takie ciężko wypracowane sukcesy:)
|