Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [17]  PRZYJAC. [86]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Marfackib
Pamiętnik internetowy
W chwili w której umiera w nas dziecko, zaczyna się starość.

Marek Bota
Urodzony: 1963-03-20
Miejsce zamieszkania: Leszno
34 / 105


2008-04-13

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Dębno – maraton w bólach (czytano: 522 razy)

 

Po dobrze przepracowanej zimie, życiówkach na 10 i 15 km przyszła pora na maraton.
Teoretycznie, przeliczając wyniki z 10 i 15 km wychodziło, że mam szanse na ukończenie maratonu w 3:30. Ale to tylko matematyka i nie ona biegnie. Aby przebiec maraton w 3:30, musiałbym na każdej połówce maratonu pobiec poniżej życiówki (1:46:38). A to niestety wydało mi się niemożliwe. Postanowiłem pobiec tempem 5’10” z bardzo realną chęcią ukończenia maratonu w 3:38:00. Na jednym z treningów biegałem tym tempem nawet pierwszy zakres, więc po cichu mogłem liczyć nawet na więcej. Na starcie ustawiłem się z Maciasem i Feniksem, mieliśmy wspólnie pokonać te 42 kilometry.
Start, po kilku minutach tętno 153 HR, zdecydowanie za dużo. Ale ja tak już mam na każdym maratonie, wiedziałem, że tętno powinno spaść po 10 km. Spadło ale bardzo nieznacznie. Biegnąc prawie cały czas na tak wysokim tętnie wiedziałem, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Jednak kolejne 5-kilometrowe odcinki pokonuje równiutko po 25’50”.
Tempo te utrzymuje bez problemu do 30 kilometra. Jednak na 30 kilometrze jestem już bardzo zmęczony i zdaję sobie sprawę, że maraton dla mnie dopiero się zaczyna.
Na następnych 5 kilometrach tracę już 1 minutę. Gdzieś na 35 kilometrze dopada mnie kryzys, boli mnie kark, barki, ramiona, mięśnie brzucha, dopada mnie „kolka”, momentami tak mi dokucza, że zaczynam powątpiewać w sens biegania maratonów, tym bardziej poprawiania życiówek na tym dystansie. Zastanawiam się czy aby ostatnie 7 kilometrów nie przespacerować. Jednak jak to Grzesiu mawia trzeba być twardym a nie miętkim, więc biegnę dalej, właściwie nie biegnę tylko truchtam tempem 6’00”. Na ostatnich 7 km wyprzedza mnie dość spora ilość osób, a to raczej nie wzmacnia mego psyche. Ostatnie 7 kilometrów pokonuje w czasie 42 minut. Było to najtrudniejsze i najdłuższe 7 kilometrów w moim bieganiu.
Nie palę papierosków już 150 dni i miałem nadzieje, że moje ciało odwdzięczy mi się za to. Jednak ono się zbuntowało i zafundowało mi 42 minutowe „piekło” jakby chcąc się zemścić za złe traktowanie go w przeszłości. hihihihihi.
Maraton kończę w czasie 3:43:40 i mam nową życiówkę, jednak oczekiwania były większe więc radość z wyniku raczej mała, chociaż cieszy fakt, że się nie poddałem się na tych 7 kilometrach. Sam maraton też bardzo mi się podobał. Spotkałem mnóstwo znajomych, poznałem nowe twarze a to jest oczywiście bezcenne.
Na mecie czekam na Marka (Keram) i Andrzeja (Sopla). Biegną z Robertem (Marinero) który utworzył grupę na 4:00 i ich pacemakeruje. Obaj chcą bardzo złamać 4 godziny. Na zegarze 3:58 i w oddali pojawia się Marek z Soplem, wbiegają na metę szczęśliwi z wykonania plany. Wracamy do domu z postanowieniem, że za rok też tu się pojawimy.

Apropo zwątpienia w sens biegania maratonów, muszę odszczekać to co napisałem wyżej,
za 14 dni Toruń, za 21 dni Kraków.
A życiówka ???
W Poznaniu ... 3:30:00 ... za 181 dni ... a co mi tam ... potrenujemy, zobaczymy. :-))



Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
makwi
23:59
marekch11
23:52
stanlej
23:34
Artur z Błonia
22:52
johnlyndon
22:23
Darasek
22:17
Wojciech
22:12
pbest
22:04
uro69
22:03
Citos
21:53
milosz2007
21:46
M@ciek
21:45
janeta75
21:40
rotka
21:34
andreas07
21:19
WhiteBart
21:15
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |