2013-07-31
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Bądźmy dziećmi... (czytano: 631 razy)

Doszłam ostatnio do wniosku, że w człowieku w każdym chyba wieku pozostaje sporo z dziecka.
Dlaczego?
Bo tak po prostu jest:)
A skąd ten wniosek?
Już za chwilę w Kokotku koło Lublińca odbędzie się kolejna edycja „Biegu Katorżnika” i, zgodnie z nazwą, ten bieg-nie bieg znów będzie przedsięwzięciem wielce męczącym – po dnie jeziora, po rowach melioracyjnych wypełnionych cuchnąca mazią, czołganie się podkopami pod drogą, drabiny ze sznura, skakanie z pomostu do jeziora, przedzieranie przez trzciny, brodzenie wsród zatopionych pni drzew, bieg po iglastym lasku, przeprawa przez ciemne piwnice – tego typu uciechy:)
Bywam tam od kilku lat, raz nawet ten bieg ukończyłam (i wystarczy – to mnie jednak nie rajcuje jakoś szczególnie) i od lat obserwuję „prawdziwych mężczyzn”, którzy ten bieg kończą, walczą na trasie, dają z siebie wszystko; na mecie stają ubłoceni po szyje, podrapani, częstokroć pokrwawieni i ... szczęśliwi jak nigdy w życiu:)
Znów mogli się sprawdzić w swojej męskości.
Ach, nie wspomniałam, że wielu z uczestników tego biegu staje na starcie w makijażu maskującym, a ryk testosteronu zgromadzonego na starcie niesie się daleko.
Na jesieni w tym samym miejscu odbędzie się „Maraton Komandosa”. Impreza równie ekstremalna, choć w zupełnie inny sposób.
Dystans maratonu trzeba tam ukończyć w pełnym wojskowym umundurowaniu (łącznie z wojskowymi butami bez amortyzacji) z 10-kilowym plecakiem na plecach (plecaki są ważone przed startem, na trasie i na mecie; muszą ważyć minimum 10 kg, bo w przeciwnym razie uczestnik biegu jest dyskwalifikowany).
No kurczę, mordęga!
A panowie i panie karnie stają na starcie i dają w kość swoim kręgosłupom, kolanom i stopom wydeptując po lesie ten naprawdę niekrótki dystans z bardzo konkretnym obciążeniem.
Kiedyś myślałam, że to sentyment panów do ich wspomnień z wczesnej młodości spędzonej w wojsku.
Ale większość z nich NIGDY w wojsku nie była – nie to pokolenie.
Ostatnio moi synowie biorą udział w swoistym półobozie organizowanym na terenie nadleśnictwa Krzeszowice. Nie byłam pewna, czy im się spodoba...
Spodobało się bardzo!
Ale jak miało być inaczej, jeżeli uczestnicy przedsięwzięcia już w pierwszym dniu dostali mundury polowe z demobilu, zostali podzieleni na drużyny, zaopatrzono ich w plastikowe pistolety i shotguny (cokolwiek by to nie znaczyło), na plastikową amunicję i nakazano strzelać do przeciwnika?!
Młodzież wraca brudna jak nieboskie stworzenia (dziś się, mamo, czołgaliśmy), szczęśliwa jak nigdy w życiu, wrzuca mundury do pralki i świeci pięknym blaskiem szczęścia:)
Hm... coraz bardziej skłaniam się ku prawdziwości tezy, że facetowi – w każdym wieku – wystarczy dać giwerę (choćby i plastikową czy zabawkową), amunicję, nakazać strzelać, czołgać się, narzucić mu posłuszeństwo i dyscyplinę prawie że wojskową i będzie najszczęśliwszy na świecie:)
PS. Może dlatego pantoflarze są tak szczęśliwymi ludźmi?
Na marginesie...
Moje latorośle uważają, że porcja dyscypliny, którą im serwuję na co dzień jest absolutnie nie do zniesienia. Po powrocie z zajęć są zachwyceni tym, że ktoś ich zdyscyplinował, wydawał rozkazy, krzyczał...
I zrozum tu chłopa!
Nawet najmłodszego ;)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Krzysiek_biega (2013-07-31,18:15): maraton Komandosa, tak się boje ale chcę tego doznać:) mamusiajakubaijasia (2013-07-31,18:31): Ty, Krzychu, jesteś chudy i masz niedowagę. Ale co w przypadku osób z prawidłową wagą, albo i nadwagą? Wtedy zaczyna się problem:)
|