2008-11-20
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Mała Moskwa (czytano: 315 razy)

Dzisiaj będzie nie o bieganiu, a o filmie. Co prawda już kilka dni minęło, ale ja cały czas nie moge się otrząsnąć z wrażenia, jakie zrobiła na mnie "Mała Moskwa". We wrażeniu jest przede wszystkim zachwyt. Swietłana Chodczenkowa. Jak zaśpiewała Grande Valse Brilliant, to szczęka mi opadła. Już sama nie wiedziałam, czy to Demarczyk była wzorem, czy Demarczyk powinna się wzorować. Do tego ten rosyjski akcent, liryka w głosie, przejęcie. Mrówki na plecach...
Swietłana nie jest cudem świata. Ale jest tak pięnie pokazana, że zachwyca. Że chce się powiedzieć: jaka ona piękna. Skończona piękność. Zarówno w roli matki, jak i córki. Narracja równoległa poprowadzona nienachalnie, uzupełniająca się, zapętlona. Od początku znamy koniec, a istotne jest wszystko to, co pomiędzy.
I jeszcze garść refleksji. Te pierwsze - o miłości. Ile można poświęcić dla wielkiej miłości. Do którego momentu człowiek nie godzi się na kompromis, idzie za sercem, nie liczac się z tym co wokół. Czy to jest kwestia wieku, czy dojrzałości, czy odpowiedzialności. I te drugie - o systemie. O systemie, w którym jednostka była niczym, trybikiem w mazynie, ale maszyna bez jednostki działała znakomicie, a próba normalnego życia była traktowana jak coś nienormalnego, jak zdrada. System, w którym jednostka nie miała prawa do szczęścia. Potworność tego systemu. Trzecia refleksja - o okrucieństwie przypadku. Gdyby go złapali dzień wcześniej. Gdyby nie... I gdyby nie...
Mała Moskwa. Film bez akcji. Film do interpretacji na wielu poziomach. I Grande Valse Brillant. Do pokochania.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Beauty&Beast (2008-11-24,15:21): Odebrałam...? Ja się w tym filmie zakochałam ;-) Ciagle o nim myślę, interpretacje narastają. Może jeszcze kiedyś do tego wrócę.
|