2012-03-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego (czytano: 999 razy)

- dziś nic Wam nie powiem – moje oczy radośnie uśmiechały się do Jarki i Anity.
One biegły obok mnie tak z wyrazu ich twarzy zauważyłam, że właściwie to nie wiedzą jak mają to zrozumieć. Obie się uśmiechnęły.
- nie powiem jak szybko biegniemy, nie powiem ile już mamy km nazbieranych – uzupełniłam swą zagadkową wypowiedź :) - Wy biegniecie a ja z Wami. Wychodzimy pobiegać tak?
- Tak. - odpowiedziały zgodnie prawie jednocześnie. Ale tak jakoś bez przekonania. Tak trochę chyba zaczęły się obawiać co je czeka :)
- mamy cel – kontynuuję – wiemy gdzie lecimy i wracamy.
- nic nie odpowiedziały. Milczały jeszcze jakiś czas. Usprawiedliwiały tylko swą szybką prędkość z górki :)
Przecież nic nie mówiłam.
Plan dla dziewczyn był na 20 km. No może 22. Dla mnie 25. Postanowiłam wsłuchać się w swój oddech potem Jarki i Anity. Obserwowałam pracę ich nóg ramion i przechylenie głowy. U Jarki przechylenie głowy na prawo oznacza zmęczenie. Brak gadania – biegnie na rezerwie. U Anity w największym zmęczeniu opadają ramiona i pojawia się nierówny oddech. Wystarczy, że spojrzę jej w oczy i wiem jak się czuje. Fajnie, że nauczyłyśmy się być ze sobą szczere. Ze potrafimy być na tyle ‘trzeźwe’ by powiedzieć: ‘to nie dla mnie na dziś’ – ‘dziś tak nie mogę’ – ‘dziś mi to zaszkodzi’ – prawdziwe mądre bieganie.
Opuściłyśmy Wzgórze Winiary przemieszczając się w kierunku terenów nadmaltańskich. Poznań to piękne miasto nawet jak jest brudny po szary zimie. Za nami została Cytadela [właściwie to szkoda, ze w nią nie wbiegłyśmy… tylko kto by dziś te górki ogarnął… Cytadela jest tak blisko – będzie na krótkie treningi :) ] przebiegłyśmy Wartę – w oddali widziałyśmy most przybrany w plakat półmaratoński – to już za trzy tygodnie! przypadnie tam chyba 19 km :) przed nami Katedra i jakże pięknie rozkopane tereny w pobliżu Ronda Śródka. Przebiegłyśmy przejściem podziemnym w alejki nad Maltą [28 minuta biegu] 8:35 – wg mnie Michał powinien się zbliżać – jeśli nie to pobiegamy brzegiem jeziora i poczekamy. Ale nie musiałyśmy :) Micha był punktualny .
- cześć Braciszku :) - wbiegł na ścieżkę radośnie . Przywitał się z nami i udaliśmy się do lasu.
– masz w aucie wodę?
– nie – odpowiada…
- ani kropli? Ani jednej. Nawet starej butelki!?
- nie. Nie mam nic.
Zamilkłyśmy. Ta wiadomość nas lekko zasmuciła, bo pragnienie było dość spore…
Już wczoraj Monia delikatnie zasugerowała, że oni biegają ‘trochę szybciej’ i że dogonią nas w lesie… więc nie czekaliśmy na nich licząc nie rychłe spotkanie na leśnych ścieżkach.
Wbiegając do lasu nasz licznik pokazywał 8 km – w lesie planowałam ok. 10 + powrót 8 km. Trochę dużo. Dobra – myślę - co się będę teraz rozczulać. Nie pytam Anity, bo ona nie ma problemów matematycznych w życiu ile jest tyle + tyle +tyle … bo jeszcze ją tym kilometrażem przestraszę… musiałam udźwignąć to liczenie w samotności… skończył się asfalt i zapachniało naturą …zaczęło się śliczne, miękkie i często dość mocno zabłocone ścieżki. Nogi grzęzły w błotnej mazi tym samym mięśnie i stawy zmuszone były do ciężkiej pracy. Bieg w lesie wymagał większego skupienia na stąpaniu po podłożu – w takich warunkach chwila nieuwagi i skręcenie, zwichnięcie czy co tam jeszcze jest straszne biegaczowi … gotowe na zawołanie. Biegniemy lekko, co jakiś czas kontroluję samopoczucie koleżanek, pytam czy tempo nie jest zbyt ciężkie, odpowiadają, że nie, że wszystko ok… Michała nie pytam, przecież to Fffacet, da sobie radę. Do wybiegu z lasu mamy ok. 3,5 km [na liczniku 14,5km] a na naszej ścieżce pojawia się Monia w obstawie: Tomek i Mariosko, jeden z prawej drugi z lewej… Monia jak zwykle uchachana … ale nie jej widok nas tak ucieszył…
Tomek miał w ręku izotonik. Jesteśmy uratowani. Moje ślinianki już od 7 km przestały produkować ślinę i od dawna przełykałam już powietrze. Dwa łyki płynu a jak to wiele znaczy… opiłyśmy Tomka pokazałam im ile my już mamy… i że czas na nas i żeby trzymali kciuki bo może nie być lekko… bo do domu jakieś 3+8km…
Michał śmiał przed rozstaniem z nami zaproponować podwiezienie na Winogrady... jak nie trudno się domyślić... został wyśmiany... Braciszek został na parkingu a my… my prosto przed siebie. Brak picia doskwierał nam już bardzo. Zapomniałyśmy już jak to jest … niskie temperatury, krótkie treningi nie wymuszały zabierania ze sobą butelek z płynem [to i tak było bez sensu - każdy izotonik po ok 30 min zamarzał...]… ale teraz temperatury już nie pozwalają na taki luksus. Zbiegając z Malty w oddali widziałam stację benzynową… zaproponowałam atak na toaletę i zaprosiłam moje towarzystwo na kranówkę. Miałam wcześniej jeszcze inny plan: wypatrywałam w wózkach matek spacerujących z dziećmi wody, szukałam wzrokiem biegaczy z butelką… byłam gotowa wskoczyć na jednego z nich i dokonać gwałtu je jego … butelce. Tak mi się chciało pić! W ostateczności kranówka. Nic. Pustynia. Nikt nie biegał z piciem. Ale! Ja tu desperacko już narażam swój żołądek na pobyt tam wody ‘bylejakiego’ pochodzenia a Jarka mówi: ale jam dychę przy sobie! Ożyłam, będzie woda. Poszła i zakupiła butelkę wody w Maltance :) cudownie. Tylko piwo na maratonie żłopałam tak szybko. Ona zabrała kasę a ja bilety MPK na czarną godzinę. A podobno pieniądze szczęścia nie dają… tylko spróbuj bez nich żyć.
Moje nogi odczuwały już zmęczenie dystansem i nie przypuszczałam żeby u moich Towarzyszek było inaczej. Bilety MPK trzymałam na czarną godzinę. Czarnej godziny nie było i nie będzie. Tankowanie zaliczałyśmy na 21 km. Droga powrotna przez Cytadelę to min 5 km może nawet 6. Przez Zawady max 4500 od Ronda. Wracamy przez Zawady. Nadal biegłyśmy ‘jak ciało kazało’ z tym, że tylko ja wiedziałam jaki kilometraż jest za nami i w jakim tempie przebyty. Przez myśl przeszedł mi nawet Galloway – szybko jednak tą myśl odpędziłam bo… 0,5 litra wody na trzy dziewczynki działa jak paliwo rakietowe – one przyspieszyły! tempo ; [5’30] Fajnie, jakiś czas pozwoliłam im poszaleć ale zauważyłam że Jarka nie biegnie wtedy równo … tylko ‘szarpie’ , nie ma równego kroku i ‘rwie’ a Anita opuściła ramiona i oddychała płytko. Zaproponowałam zachować siły na ostatni kilometr… ostrzegając, że przy Tesco jest spory kilometrowy podbieg. Dobrze go pamiętam jak wykończył mnie rok wcześniej podczas ówczesnej trzydziestki, wtedy skorzystałam opcji Galloway :) wtedy też powstał mój pierwszy wpis pt: umarłam. Zwolniłyśmy oszczędzając energię na koniec.
Dobra decyzja nigdy nie jest zła. Na ostatnim kilometrze podbieg rzeczywiście okazał się morderczy. Anita po raz pierwszy powiedziała, że dalej nie może. Możesz! nic Cię nie boli Anita. W miniony wtorek powiedziałam jej: nie możesz odpuszczać na ostatnim kilometrze, na ostatnich metrach… tuż przed metą… tyle wytrzymałaś dasz radę jeszcze trochę. Stanowczo powiedziałam: to nie są zawody, zwalniamy, następny kilometr pokonujemy wolniutko ale nie zatrzymujemy się. Nie liczy się :czy szybko czy wolno, tylko to, że my biegniemy. Przecież wyszłyśmy pobiegać! A nie pochodzić! Kierowcy trąbili i pozdrawiali nas podniesieniem dłoni, uśmiechali się kiedy odpowiadałam im takim samym pozdrowieniem. Jak Kibice na zawodach. I nie ważne, że nie było słońca, nie ważne że nawet się na nie nie zanosiło a wręcz przeciwnie... wiosna była w powietrzu i dziarsko wyrównałyśmy nasze sylwetki w szeregu. Nikt nie biegnie z tyłu i nikt nie biegnie z przodu. Razem i równo. Razem zaczęłyśmy i razem skończymy. Nikt tu nikogo nie zostawi. Bieg zakończyłyśmy na alejce małego parku na moim osiedlu. Udało się! Podczas rozciągania z satysfakcją powiedziałam: 25 km za nami :). Czułam się niepokonana i niezajechana. Z pychą recytowałam szczegóły jakie zanotował garmin podczas treningu. Kilometr po kilometrze. Średnie tempo 6’08. Anita cieszy się, bo w tygodniu urodzinowym miała najszybszy bieg i najdłuższy :) Jarka chyba też się cieszy :). [mam nadzieję] A ja cieszę się bardzo, że nie byłam sama, że mogłyśmy się umówić i pobiegać. Później Anita wyznała mi, że gdyby wiedziała ile przebiegła... dołowałoby ją to. kto wie, może to też jest jakiś sposób :)
Widziałam to zadowolenie w ich oczach. Twarz wykrzywiona od ‘zmęczenia materiału’ a w oczach coś zupełnie innego. Takie irracjonalne zjawisko istniejące w środowisku ludzi uprawiających ten piękny wolny sport :) Zapytałam czy coś sobie przeciążyły? – Nie. Tylko były ‘wydygane’. Ja też. Ale chyba o to chodziło :)
Za dwa tygodnie kolejna wycieczka – tym razem na Strzeszyn.
Na zdjęciu: irracjonalne zjawisko
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu jacdzi (2012-03-11,06:39): Wycieczki biegowe sa cudowne, szczegolnie gdy rozpieszcza nas pogoda. Inek (2012-03-11,09:09): 25 km na treningu, w biegu ciągłym, na mnie to robi wrażenie, brawa dla wszystkich tak biegających Dziewcząt!
Agnieszko! - a może masz jeszcze jakieś wolne miejsce na
zaocznym chociaż kierunku studiów w Twojej "Szkółce Biegowej" ? :) snipster (2012-03-11,13:59): "wydygane" :))) to jest to, to fajne uczucie swoistego szczęścia
|