2012-02-26
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Apetyt na bieganie wzrasta (czytano: 753 razy)

Czuję się supernowo. Czuję się jak… nie wiem co. Po prostu super i już. Nareszcie biegam i trenuję, trenuję i biegam, latam i hasam i nic mnie nie boli :) jednym słowem wymiatam :)
Faza II tydzień 2 – zamknięty, przelatany, przetrenowany. Założenia wykonane w 100%. Cudów nie widać w wynikach… ale warunki do ‘latania’ też nie były cudowne. Idę jak burza przez swój plan treningowy i sprawia mi to ogromną przyjemność. Mimo że biegam z planem wg jakiś tam zaleceń, przestrzegam pewnych reguł, to czuję się wolna w takim bieganiu - bo czuję, że właściwie mogę wszystko....
...jestem w stanie wykonać każde zadanie nawet w trudnych warunkach. Deszcz, śnieg, zawierucha, ślizgawica, błocicho, roztopy, mały mróz, duży mróz, mały wiaterek i wietrzysko na miarę wichury. W ciągu ostatnich kilku tygodni nie było pogody w której nie odważyłabym się biegać. Fakt, czasem Anita musiała mnie delikatnie zachęcić ale czasem musiał być to mocny kopniak w cztery litery bym wytknęła nosek z domu. Ale jak już wyszłam i zaczęłam… było dobrze.
Bo ile znaczy dobrze przepracowana zima ? tyle, że kiedy przychodzi najlepsza pogoda dla biegaczy nie boję się niczego. Nie straszne mi tempówki, biegi trudne, tempa progowe, rytmowe i długie wybiegania. W takim śmiganiu apetyt na bieganie wzrasta. Czuję, że mam moc, że mam siłę a nogi mają nowy napęd i potrafią włączyć szósty bieg :) ten tydzień był dość ‘wymieszany’ - praca nad prędkością, sprawdzian i praca nad kilometrażem:
Wt 11800m [200/200 x 11 -> [52s/trucht]
Cz 10000m - 2 km BS + 8 km w tempie bardziej zbliżonym do tempa progowego P – 5:06 a znacznie oddalonym od tempa BS – 6’19 wyszło 5’25
So 20000m – BS [wyszło ok. 6:26] w terenie trudnym z licznymi podbiegami
N 10000m – BS [bieganie na relaksie – bez czasomierza – bez spoglądania na pulsometr – wyszło 6’13]
W sobotę zaczęłam cykl trudnych sobotnich cotygodniowych wybiegań przygotowujących me delikatne nóżki do pokonania [dla mnie poważnego] dystansu maratonu. Do końca marca powinnam zrobić kilka poważnych treningów, podczas, których przekonam się na co mogę sobie pozwolić tej wiosny.
Po wczorajszych 20stu km powinno się mnie przykuć kajdankami do kaloryfera żeby nie pójść biegać.[na szczęście chata pusta :D - nie miał kto tego uczynić]! Niestety nawet gdyby ktoś zabrał mi wszystkie buty nadające się do biegania… gotowa byłabym pójść w szpilkach polatać byle tylko znów ‘to’ poczuć. Ktoś kiedyś powiedział do mnie: ‘schowaj to paskudztwo do kieszeni i przestań o nim myśleć’. Wystartowałam garminka i schowałam głęboko pod polar. Doskonale znałam trasę a tym samym kilometraż. Biegałam tak sobie i biegałam. Biegałam i biegałam. Wiaterek dmuchał, słoneczko świeciło a ja biegałam i biegałam. Po ok. 9 km zaczęłam zbiegać w kierunku sklepu. Kupiłam litr soku pomidorowego i niemal w całości łyknęłam w kilka minut :). Na śniadanie skonsumowana była sucha bułka a przed biegiem banan - takie bieganie na bananie:)
Na zdjęciu: jeden z letnich treningów na Cytadeli
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu snipster (2012-02-26,22:32): Koko dżambo i do przodu ;) Rufi (2012-02-27,08:07): Noo, koleżanka się rozkręca :-) Inek (2012-02-27,08:17): Cieszę się, że się cieszysz. W Tobie jest moc i nie tylko, oj nie tylko ... :) Marysieńka (2012-02-27,09:01): To w bieganiu kocham najbardziej, to błogi uczucie zadowolenia i niedosytu, po którym ma się ochotę "rozwinąć skrzydła" i poszybować:))
|