2008-01-12
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Warszawskie Biegi Górskie - Falenica 1/2008 (czytano: 334 razy)

Aż nie mogę uwierzyć, że udaje mi się dojechać na zawody do Falenicy. Tuż po wyjściu z domu orientuję się, że nie zabrałam ze sobą zegarka, ale już się nie wracam. Przez przypadek odkrywam, że mam przy sobie swój tangowy amulet, niech on przyniesie mi szczęście.
Podczas małej rozgrzewki z Elą robimy małe rozpoznanie warunków, jakie panują na trasie. Momentami jest ślisko i bardzo niebezpiecznie. A zatem trzeba będzie biec ostrożnie. I tak nie mam ochoty szaleć, bo jako biegacz weekendowy, do tego z dużym zapasem energii zgromadzonej w postaci tłuszczu na pośladkach i wokół bioder czuję, że nie mam szans na wyścig.
Staję w gromadzie niespełna dwustu biegaczy gdzieś z tyłu. Przede mną 7 podbiegów i 7 zbiegów pomnożonych razy trzy kółka. Ruszamy powoli, bo ścieżka wąska i oblodzona. Dopiero na pierwszym zbiegu dopadam i wyprzedzam Elę. Na pierwszym kółku staram się oszczędzać, mając świadomość ilości podbiegów. Jak zwykle w górę podbieganie idzie mi dość opornie, ale ratują mnie lekkie i szybkie zbiegi. W ten sposób po 1 okrążeniu dochodzę do Renaty, która od zawsze była nieporównywalnie szybsza ode mnie. Trochę mnie to zaskakuje i myślę o tym, żeby tylko udało się trzymać się na drugim okrążeniu za nią, bo jako doświadczona zawodniczka pewnie umie utrzymać stałe tempo. Ale te górki są szalone, a ja nie umiem hamować się na zbiegach, więc jednym haustem wychodzę na prowadzenie i teraz już myślę tylko o tym, żeby utrzymywać stały poziom zmęczenia. Dopadam jeszcze jakąś młodą zawodniczkę UNTSu, trochę się mijamy w relacji podbieg-zbieg, ale na koniec drugiego kółka udaje mi się utrzymać swoją pozycję, więc jestem dobrej myśli, bo oszczędzałam się na tyle, że w razie jakiegoś ataku mogę powalczyć. Ataku nie ma. Parę razy na trzecim kółku oglądam się za siebie i nie wiedzę ani czerwonej koszulki Renaty, ani charakterystycznego dresu UNTS. Dopiero przed ostatnim podbiegiem nagle z tyłu majaczy mi znajoma sylwetka Madzi. O rrrany! A skąd ona nagle tutaj? W ubiegłym sezonie nieźle mi dała popalić, biegała lepiej ode mnie. A więc walka. Nie oszczędzam się i ostatni podbieg biorę już bez obciachu, mocno, a do mety spadam jak bomba. Na zegarze widzę czas ok. 53'20" i strasznie się dziwię, bo w ubiegłym sezonie mój najlepszy wynik był o 2 minuty gorszy. Rety! Ale dałam czadu! Ładnie zaczynam ten rok. Udało się bez kontuzji, udało się poprawić wynik - znacznie poprawić wynik, udało się nie zostać zdublowaną przez zwycięzcę. Strasznie jestem nakręcona, bardzo pozytywnie nakręcona...
fot. Dorota Świderska (www.maratonczyk.pl)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |