Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [72]  PRZYJAC. [67]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Patriszja11
Pamiętnik internetowy
Życie na przełaj

Patrycja Dettlaff
Urodzony: 1983-10-11
Miejsce zamieszkania: Nowa Iwiczna
25 / 94


2012-06-02

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Break the line (czytano: 656 razy)

 

Znów jestem w biegu
włosy tańczą mi na wietrze
w powietrzu unosi się zapach burzy
nie mojej burzy
ja dziś wyruszam w podróż
Przez Piekło do Nieba
Wsiadając do pociągu
rozpaczliwie próbuję zebrać potargane na wietrze kosmyki
czarne i poplątane jak moje myśli.
Upycham się w klaustrofobicznej przestrzeni ciasnego wagonu
wyjmuję książkę
i czytam
Nie ma mnie dla nikogo.
Przewracając kartki "Niezłomnego" z wypiekami na twarzy
błądzę co jakiś czas po zakamarkach swojej duszy
i jeszcze nie wiem
że ten pociąg ma mnie zawieźć na spotkanie z przeznaczeniem.
Przez większość życia jak wszyscy żyję w nieświadomości
że ziemia jest połączona z niebem
niebo nie może istnieć bez piekła
nie ma dnia bez zachodu słońca
słońca bez cienia
Pustynia pragnie wody
a woda pragnie płynąć czasem tak wartko jak płonie ogień życia
I choć skała płacze wodospadem łez nie mogąc objąć drugiej skały
to tak naprawdę wszystko to jest jednym i tym samym
Boskim poematem życia.
On wciąż rozgrywa się na naszych oczach
lecz będąc jego aktorami nie potrafimy spojrzeć z perspektywy
Tak jak Louis Zamperini dopiero leżąc głodni na tratwie w bezchmurną zimną noc
patrzymy na gwiazdy, doznajemy olśnienia
i udaje nam się szczerze czymś zachwycić
budzimy się wtedy z letargu
zaczynamy widzieć głębszy sens tego że co jakiś czas
w morzu życia o naszą tratwę ocierają się leniwe rekiny i ...czekają
Rozmawiamy z Bogiem i powierzamy mu
swój kamień życia
ale on milczy
i gdy już chcemy się zbuntować
i wykrzyczeć że chyba jednak nie jesteśmy jak Syzyf
ale jak Skarabeusz i że to nie kamień lecz...
wtedy udaje nam się go rozśmieszyć
i nasz ciężar wydaje się być na moment łatwiejszy do udźwignięcia....
odzyskujemy chwiejną równowagę bytu.
...Nie zdając sobie sprawy z nieuchronności ciągu zdarzeń
Docieram w końcu na miejsce
nie wierząc że tym razem swą słabość mogę obrócić w siłę
ale wciąż mam nadzieję
ona umiera ostatnia.
Czekam
Noc nie przynosi ukojenia przewracam się w myślach
podnoszę i uciekam
lęki przebiegają mi po głowie zamiast snów
Otwieram oczy
No tak jak zwykle
Słoneczny poranek z którego tylko ja się nie cieszę
przeczuwam wymiar ciężaru ciepła jakie zaraz spadnie mi na głowę
i wyciśnie ze mnie wszystkie soki
Mówię do siebie w myślach
to nie będzie takie proste
ale przecież w życiu nie chodzi o to żeby było ci łatwiej
no i dlatego tu jestem:)
Tu i teraz
trzeba umieć dostrzegać okoliczności
czasem zamiast deszczu wystarczy odrobina cienia
w którym można schronić się przed upałem.
Czasem zaraz za tabliczką Piekło gdy wydaje nam się że już gorzej być nie może
pojawia się niebo i choć do niego jest trochę pod górkę
to przecież każda pod górka ma swoje z górki;)
i nie mylę się bo znam drogę na pamięć
już tu kiedyś byłam
patrzyłam jak anioły wieszają pranie
i wcale nie dziwią się maratończykom
bo mają ich tu wśród swoich wielu:)
Biegnę więc jak natchniona
poza granicami wyobraźni
nie patrząc na zegarek
nie pilnując tempa
odłączam próbującego zagadać mnie na śmierć miCoacha
jestem tylko ja ze swymi myślami
tocząc swój kamień
nieustannie myślę o Syzyfie
a on jakimś cudem
jest tu ze mną i pomaga mi
Uśmiecham się biegnąc
mój kamień staje się lżejszy.
Człowiek zawsze odnajduje swój ciężar
ale czasem gdy sobie uświadamia że to jego własny wybór
to robi mu się lekko na sercu
Już się nie boję
nie ważę każdej minuty
nie dozuję precyzyjnych dawek płynów
biegnę na oparach szczęścia
i z każdym kilometrem zyskuję na lekkości.
Pierwsze 14 mam za sobą i już wiem nawet gdzie jestem
na 3 miejscu:)
a co mi tam zaszkodzi troszkę powalczyć.
Pomiędzy kolejnym Piekłem a Niebem
zostaję jednak wyprzedzona
robię więc sobie rachunek sumienia
Dalej już bez wody nie przetrwam
prędzej bez powietrza
Przechylam kubki jeden za drugim
dławiąc się płynem
wlewam w siebie wodę i wylewam na ciało
wypłukuję z siebie wszystkie czarne myśli.
Teraz czuję już prawdziwą lekkość bytu
ale ta hipotoniczna rozkosz z czasem robi się nieznośna
Słabnę z każdym krokiem
zaczynam tęsknić upiornie za słodkim smakiem
i gdy już chcę zacząć opadać z sił
nachodzi mnie zachwyt i olśnienie jakiego Louis doznał na tratwie
Apostrofa do Boga
na dodatek w Niebie
zaczynam się modlić by wytrwać
by nie pogrążyć tempa
i wcale nie robię tego bo jest źle
wprost przeciwnie
jest naprawdę dobrze
zbyt dobrze!
Przeszywają mnie dreszcze
ale ciekawość co będzie dalej jest silniejsza od zmęczenia.
28km to znak, że najwyższa pora na tą jedną jedyną porcję energii
batonik energetyczny z czekolady który
udało mi się ku niezadowoleniu starszyzny ocalić
przed Żarłaczem Małym - Oseskiem
i dowieźć tu w jednym kawałku.
Otrzepując się trochę z piachu
jak Fenix z popiołów
pochłaniam łapczywie nic nieznaczącą ilość kalorii
która właśnie ratuje mi życie.
Delektuję się ukłuciem
zastrzyku energii.
No to teraz się zacznie prawdziwe Piekło
czyli to co w maratonie kocham najbardziej
namawiać własne ciało
żeby jednak jeszcze trochę chciało słuchać głowy.
Targujemy się
licytujemy kroki
Umieranie jest takie piękne
ale nie mogę już tu dłużej zostać
opieram się o ścianę resztkami sił
a gdy docieram na skraj
własnej wiary w siebie
ku mojemu zdziwieniu ona zwyczajnie opada
a ja znów czuję że nie jestem sama
Syzyfie prowadź mnie za rękę prosto do nieba
Już widzę długie schody
gnam w ich stronę
lecz gdy dotykam bram raju
waham się
zastanawia mnie co będzie gdy wejdę tam z całym impetem
co uda mi się z tego ocalić
a co będę musiała zostawić u progu by móc biec dalej
już wiem
wszystkie moje lęki
zrzucam więc ten balast
i przekraczam ostatnią granicę zmęczenia
To jest moje niebo
inna rzeczywistość
wpadam w ciąg płynnych kroków
zataczając się regularnie
włączam zasilanie awaryjne o którego istnieniu
nie miałam nawet pojęcia
kilometry mijają mi teraz rytmicznie
czy starczy paliwa by dotrzeć do mety
nie mam pojęcia
ale widząc wciąż trójkę z przodu
łapię Cię za rękę
zamykam oczy
niech się dzieje co chce
biegnę byle do mety
już wiem że to mój bieg życia
już wiem że wygrałam
ale to nie przeszkadza mi jeszcze przyspieszyć
widzę na horyzoncie znajomą damską sylwetkę
która mijała mnie przed 30 kilometrem
A więc w lesie mam cień szansy na rewanż
zaczynam gonić
to takie trudne gdy nogi zapadają się w piach
czuję jakbym biegła w zwolnionym tempie
mimo wszystko jest to jednak dobre tempo
i słysząc gdzieś w głowie Chariots of fire
doganiam konkurentkę
mijamy się w milczeniu
jesteśmy zbyt zmęczone by spojrzeć sobie w oczy
zamieniamy się rolami
z myśliwego staję się ofiarą
zaczynam uciekać i myśleć
tylko się nie odwracaj!
ta niewiedza jest błogosławieństwem
kręci mi się już w głowie
i nie wiem czy to euforia
czy krańcowe zmęczenie
zastanawiam się czy nie padnę tuż przed metą
nieważne
finish to święta rzecz
It"s time to break the line
zdobywam się więc na heroiczną walkę o ostatnie sekundy swojej życiówki
łamię linię życia wyczerpana
zatrzymuję się
serce wytraca powoli prędkość próbując
spłacić ten ogromny dług tlenowy
ale umysł natychmiast dostaje sygnał - zadanie wykonane
i gdy ktoś próbuje mi założyć medal na szyję
nagle gaśnie światło
kolana się pode mną uginają
upadam
zataczam kolejne kręgi
choć nie tak to sobie wyobrażałam
w tym wszystkim
jestem półprzytomna ze szczęścia
ta chwila kompletnie mnie zaskakuje
nie jestem na nią przygotowana
uświadamiam sobie że
miCoach nie działa
ja nie mam już trenera
i choć pewnie nikt mi w to nie uwierzy
to dziś byłam w piekle
a tam Syzyf przyszedł mi z pomocą
wyprowadził mnie bezpiecznie za rękę
czyniąc lżejszym mój kamień
potem byłam w niebie i rozmawiałam z Bogiem
a co mi szeptały anioły nie powiem.
Zastanawiam się tylko czy to sen czy jawa?
3:56:44?
Czy przypadkiem nie zastopowałam zegarka przypadkowym ruchem ręki?
Powoli oswajam się z myślą że jednak
stało się:)
mocno bijącym sercem
przełamałam czarną serię maratońskich porażek
wyplątałam z włosów wszystkie swoje zahamowania
i urwałam z czasu brutto 19 minut
a każda z nich jest cenna jak rok życia
Wygrałam!
Ta wygrana
To uczucie,
z nim równać się może chyba tylko miłość.

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Foxik (2012-06-02,19:41): Niesamowite! Gratuluję!!! :)
Inek (2012-06-02,21:41): Gratulacje! Piękny bieg, inspirujący opis... -dziękuję :)
Patriszja11 (2012-06-02,22:21): To ja dziękuję:) bardzo mi miło że spotykam się z takim pozytywnym odbiorem mojej twórczości:)
lipton65 (2012-06-02,23:37): Nie trochę, a bardzo podoba mi się Twój wpis .Gratuluje wpisu i powodu w związku z którym powstał.
jacdzi (2012-06-14,23:20): Gratuluje, ewynik rownie wspanialy jak ten wpis.
Patriszja11 (2012-06-15,13:35): Dziękuję:)







 Ostatnio zalogowani
Andrea
00:59
Piotr100
23:45
GriszaW70
23:01
ronan51
22:15
uro69
21:51
Wojciech
21:51
benfika
21:34
szyper
21:30
Raffaello conti
21:15
Borrro
21:13
tomas
21:04
janek1
21:04
mazurekwrc
20:38
wojtasbiegacz
20:33
szymk
20:33
Daro091165
20:30
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |