2011-11-01
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| ja jebie-nie znoszę być uziemionym (czytano: 761 razy)

Ludzie są irracjonalni. W ogóle prawie nie posługujemy się logiką. Działamy i funkcjonujemy na podłożu emocjonalnym. To pewnie dlatego jesteśmy dominującym gatunkiem na Ziemi. Kompletnie nieprzewidywalnym. Nie do okiełznania. Z bardzo indywidualnym wzorcem zachowań. Jedyną wspólną cechą jest - tak mi się przynajmniej wydaje – to, że wszyscy czujemy gdzieś tam w kościach, że kiedyś spełnią się zapisane przez niemal wszystkich pisarzy sci-fi czarne losy tej planety. To jest – sami się unicestwimy. Tak czy inaczej, w tej całej konstrukcji behawioralnej naszej ludzkości, złożonej z niekonwencjonalnych, nieprzemyślanych i natchnionych chwilą działań, czynnikiem wiodącym jest głupota. To znaczy…chciałem napisać: ambicja i honor i takie tam. Gdybyśmy mieli oceniać jednostkę, to za żadne skarby nie bylibyśmy w stanie przewidzieć, do czego tak naprawdę jest zdolna, ale patrząc na większą ilość ludziów, możemy przy odrobinie statystycznej wiedzy i wprawy, oddziaływać na ich zachowanie. Prościej mówiąc, grać na ich uczuciach. Przewidzieć jak się zachowają przy danym bodźcu…Jezu ale rozwinąłem ten wstęp. Bezsensownie. Chodzi mi o to, że Halloween to moje ulubione święto katolickie. Że co? Nie jest katolickie? Dobra, tym bardziej je lubię. Jak byłem dzieckiem, to chodziłem o zmierzchu na cmentarze i zalewałem sobie dłoń woskiem ze świec. Najpierw strasznie parzyło, ale im bardziej warstwa wosku była gruba, tym mniej było to odczuwalne. I lałem ten wosk dopóty, dopóki nie powstała taka ciężka, gruba i bajecznie kolorowa niby-rękawica. Zabawa polegała na tym, że gdy całość już solidnie zastygła, trzeba było wyjąć rękę nie naruszając tejże „rękawicy”. Potem, gdy byłem nastolatkiem, zaprzestałem tych praktyk i robiłem pierwszego jedenastego zdjęcia. No wiecie – klisza o czułości 400, brak lampy, całkiem otwarta przysłona, długie czasy naświetlania, czasem nawet B i jazda. Kolejna zabawa. Kurwa, następna długa i niepotrzebna dygresja…to co tym razem chciałem powiedzieć, to to, że od wielu lat praktykuję podczas Halloween i potem w Święto Zmarłych zwykły alkoholowy wieczór z filmami – najczęściej horrorami, a najchętniej horrorami o podłożu sci-fi. Najczęściej klasy B a na nawet C, takie, co to zamiast krwi na ekranie widzisz keczup i gdzie zdecydowanie da się dostrzec rzepy na kombinezonie potwora, który ma na sobie kaskader. Przez ostatnie dwa dni zobaczyłam takich filmów osiem! Różnych. W tym parę kinowych hitów. Kryterium doboru - jak najniższe i jak najwyższe noty widzów w bazie filmwebu. Zupełnie skrajne. I ciekawe okładki.
Po co ja te cholerne wstępy…kompletnie nie wiem.
?
?
?
?
?
Aaaa – ten pierwszy to dlatego, że jesteśmy irracjonalni. Stwierdzam to na podstawie filmów jakie zobaczyłem. Na ten przykład – śledzimy sobie losy bohatera, który wpada w coraz to większe tarapaty. Ich skutkiem może być to, że jakaś bliska mu osoba zginie z rąk tak zwanych złych ludzi. Człowiek ten, aby uratować to jedno życie ludzkie, w ramach swych działań – powiedźmy brawurowych ucieczek, pościgów, strzelanin, czy innych takich – unicestwia 150 „szarych” osób. Takich, które nie miały zbliżenia kamery do planu chociażby… amerykańskiego. Nie zwracamy na nie kompletnie uwagi, bo kibicujemy bohaterowi. A przecież te postaci giną! Twórcy filmu grają nam na emocjach, powodując, że usprawiedliwiamy śmierć 150 osób, w obronie jednej, w imię naszej do niej sympatii. Chore, prawda? Co lepsze – możemy zapałać sympatią do każdego typa, którego w odpowiedni sposób, wykorzystując zdolności aktora, wskaże nam reżyser. Np. hitlerowca, seryjnego mordercy, terrorysty. Wystarczy, że ma „ludzkie uczucia” wypisane na twarzy i gdzieś w głębi duszy, w naszym, czyli reżyserskim uznaniu, jest dobrym człowiekiem. Obejrzałem film, w którym zawodowy morderca najemnik (najlepszy w swoim fachu - czyli mający wiele dusz na koncie) stał się po wypadku fajnym gostkiem, uratował swoje wcześniejsze cele, a zabił kolegów po fachu. Podczas licznych pościgów spowodował totalną demolkę, ze 200 wypadków i drugie tyle niewinnych śmierci. A na końcu odnalazł miłość i wszystko to zakończyła scena z ckliwą muzyką pt.: odchodzą szczęśliwi w siną dal. I naprawdę zrobione to jest tak, że nie da się mordercy nie lubić. To nie do wiary jakimi jesteśmy ludźmi. Patrzymy beznamiętnie jak wybucha cały pociąg, budynek i nic. Ale żal serce ściska jeśli miałby w ostatniej minucie tegoż filmu zemrzeć główny bohater. Albo cieszymy się, że koleś zmasakruje cały statek obcych, który przypadkowo wylądował na Ziemi. A przecież oni też mogli mieć rodziny, dzieci itepe. Ci obcy, mam na myśli. Że, gdzieś tam w Galaktyce Oriona być może czeka mały synek takiego…Predatora, wpatrując się w pełne gwiazd niebo, trzymając w jednej z macek hologram swojego tatusia, drugą wycierając łezki z kwasu solnego, a my krzyczymy do 40 calowego telewizora LCD, jedząc popcorn, popijając piwem: zajeb poczwarę, zajeb. Wbij mu ten pręt w oko. Spal ją. Żywcem, niech kwiczy. Utnij jej jajca…
Super są te filmy, dają tyle do myślenia. Chyba strzelę sobie jeszcze ze dwa.
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga zbig (2011-11-02,09:52): [Śmierć jednostki to tragedia - milion zabitych to tylko statystyka]. Józef Stalin ... niby prostacki dyktator, jednak perfekcyjnie znający się na zabijaniu ;-) zbig (2011-11-02,09:57): Dlatego ja, lubię STAR WARS, bo tam jest jak w życiu. Nikt tak do końca nie jest zły, albo dobry. Czarne charaktery staję się dobre i odwrotnie. Chociaż niektórzy kosmici są pozbawieni urody i reżyser mógłby ich skazać na antypatię widza i w konsekwencji śmierć. A roboty są kochane :-) raFAUL! (2011-11-02,11:14): Tylko mi nie mów, że darzysz sympatią Jabbae! zbig (2011-11-02,11:52): A co, nie jest sympatyczny? :-) raFAUL! (2011-11-02,13:27): Nie wiem, dyskwalifikuje go to, że jest grubasem.
|