2009-03-22
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Wiosna, wiosna (czytano: 257 razy)

a jeszcze wczoraj nic nie zapowiadało, że dzi¶ od rana nad Warszaw± zawi¶nie pełne słońce i jakkolwiek o ¶wicie temperatura jeszcze nie była specjalnie wysoka, to jednak aura zachęcała do wyj¶cia z domu. Nawet je¶li celem tego wyj¶cia była falenicka wydma. Wydma nie przestaje mnie fascynować. Jak można poprowadzić trasę tak, żeby 7 razy wbiegać na jedn± wydmę i z niej zbiegac i to tak, żeby się nie pomylić... Mniej więcej na drugim podbiegu drugiego kółka zazwyczaj obiecuję sobie, że to był ostatni raz. Że nigdy więcej. Że bieganie po gorkach to jakie¶ wynaturzenie jest. Dzisiaj jednakowoż było nieco inaczej. I nie tylko dlatego, że nie było ¶niegu, bo nie było go też tydzień temu. I nie tylko dlatego, że aura była wiosenna (choć na wydmie wiało). Pierwsze kółko biegło mi się całkiem dobrze. 17:13. NieĽle. Gdybym utrzymała tempo... No, dobra. Bez kombinowania. Przecież wiadomo, że nie utrzymam. Jeszcze nigdy nie utrzymałam w Falenicy. Więc... dobrze, żebym tylko nie zaczęła podchodzić. Widać codzienne krosy w ostatnim tygodniu przyniosły efekt. Na drugim kółku dopiero na czwartym podbiegu lekko się zatchnęłam, ale o dziwo, okazało się, że nie tylko biegnę (a nie podchodzę), ale nawet kogo¶ mijam. Na zbiegach puszczałam całe ciało do przodu i starałam się, żeby nogi przebierały na tyle szybko, na ile się toczyłam. Nawet szósty podbieg, stromy, długi i piaszczysty przebyłam truchcikiem. Na wbiegu na siódmy zdublował mnie zwycięzca, ale to miałam wkalkulowane - tym bardziej, że on bił rekord trasy. Drugie kółeczko kończyłam po niespełna 35 minutach. Ha, tak szybko to mi się jeszcze nie udało. I mało tego, nie przeszłam do marszu na pierwszym podbiegu ostatniego kółka, co w tym sezonie było standardem. Do dzisiaj. Drugi, podbieg, trzeci, zbiegi... Czułam, po raz pierwszy od dawna, że biegnę na maksa. Zerkałam na zegarek i wiedziałam - biegnę na życiówkę. Jednak tuż przed ostatnim podbiegiem nie wygl±dało to już tak dobrze. Jako¶ się wdrapałam na górę. Niestety, nie tak szybko jak bym chciała. Na górze kibice. Ale za mn± - konkurenci. Słyszał±m za sob± dwóch facetów. Pu¶ciłam nogi najszybciej jak mogłam, jak nożyki w młynku do kawy. Niestety... Jeszcze miałam kilka metrów do mety, kiedy minęli mnie pełnym gazem. nawet nie miałam szans ich dogonić. Wpadłam na metę. Stoper stop. 52:22. O 53 sekundy lepiej niż tydzień temu. Kocham krosy :)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora kokrobite (2009-03-22,20:49): Superrrr! :-) Gratulacje! Nie ma to jak krosy :-) Kkasia (2009-03-23,08:33): gratuluję! ależ Ci zazdroszczę tej formy... jacdzi (2009-03-25,11:14): Czyzby wiosna? A ta bielutka pierzynka za oknem to tylko nocne mary i omamy. Beauty&Beast (2009-03-25,14:23): W sobotę była wiosna :) A dzisiaj... snieg po kostki:)
|