2009-02-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Szalona Maryśka, czyli B&B na drodze powrotnej :) (czytano: 288 razy)

Lubię biegi z handicapem. Zawodnicy oczywiście ścigają się, ale w sposób nietradycyjny. Przed zawodami, znając dystans, deklarują, w jakim czasie go przebiegną. A następnie startują tak, żeby biegnąc w zadeklarowanym czasie, równocześnie wpaść na metę.
Brzmi skomplikowanie? No to prościej - umawiamy się, że bieg na 10 km zakończy się wspólnym wpadaniem zawodników na metę o godz. 10.00. Ja znam swoje mozliwosci i deklaruję, że przebiegnę ten dystans w 50 minut. Zatem startuję o 9.10. Kolega, który biega szybciej, deklaruje, że wystarczy mu 35 minut - więc startuje o 9.25. A na finiszu mam sznasę sie z nim pościgać (ha, ha, ha).
W Warszawie biegi z handicapem są biegami wędrującymi. Wszystko zaczeło się kilka lat temu na Młocinach. Spontaniczne Młocińskie Ściganie odbywało się najczęściej w ostatnią sobotę miesiąca w sezonie wiosenno-letnio-jesiennym. Trasę 10 km pokonywało się na 3 młocińskich petlach. Trochę ponad rok temu w sezonie zimowym pojawiła się kontynuacja SMŚ-a - SKŚ, czyli Spontaniczne Kabackie Ściganie, które w szczytowej fazie odbywało się na trzech trasach (po jednej 10-km pętli) - na 10, 20 i 30 km.
Od grudnia 2008 r. biegi z handicapem trafiły na lepszą stronę Wisły - tym razem w Marysinie Wawerskim. Pierwsza Szalona Maryśka odbyła się w ostatni weekend 2008 r., druga w połowie stycznia. I choć do startu SM mam raptem 7 km, jakoś tak wyszło, że dopiero na trzecią edycję udało mi sie dotrzeć. Szalona Maryśka ma trasę zdecydowanie bardziej selektywną niż SMŚ czy SKŚ. Trasy zresztą są dwie - Szybka Maryśka na 5km i Nie tylko dla Orłów - na 7,6 km. Ta ostatnia obejmuje kilka piaszczystych podbiegów, które bezlitośnie obnażają wszelkie braki treningowe.
A ponieważ ja ostatnio mam głównie braki, więc ostrożnie zadeklarowałam 42 minuty. Tym bardziej, że trasę znam :) Wyruszyłam na trasę w towarzystwie Ani i Miodzia z KB Galeria, Byledobiec było w silnym składzie, ale chłopaki biegają duuuuużo szybciej. Od startu nie biegłam na maksa, ale dość szybko. Mimo śniegu zalegającego leśne ścieżki, niosło mnie znakomicie (Betasso, to jednak super buciki, zero ślizgania dziś). Na 1 km Miodzio stwierdził, że biegniemy szybciej niż zadklarowaliśmy. Ja ze spokojem odpowiedziałam, że jeszcze będzie gdzie stracić ten czas, pamiętając o selektywnych podbiegach. Nie zwolniłam jednak i Ania z Miodziem zostali nieco z tylu, a ja zaczełam gonić zawodników biegnących na 45 minut. Wyprzedziłam ich... na podbiegach. Ale zwolniłam.
Potem szybki spadek w dół i już płasko, wiec lekko odzyskałam szybkosc. Przed sobą widziałam Marka, który biegł na 5 km, ale był za daleko, żebym nawet próbowała go gonić, zresztą to by był absurd. Na ostatniej prostej już widziałam, że mam szansę zmieścić się w 40 minutach, więc trochę podkręcilam tempo. I już myślałam, że to ja wydaję z siebie takie dziwne dźwięki, a to był Tomek Lipiec, który śmignął koło mnie z zawrotną prędkością (pewnie w czasie dobrze poniżej 30 minut). Wpadłam na metę kilkadziesiąt sekund po nim, mieszcząc się w 40 minutach (39:50). Zaraz po mnie wpadł Robert (on też poniżej 30 minut), potem Jurek i Jacek.
A na mecie gorąca herbatka i medale w formie ciasteczkowych serduszek. W końcu bieg był Walentynkowy :)
Dawno mi się tak dobrze nie biegało. Chyba wracam do formy :)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Isle del Force (2009-02-15,22:56): Wracaj szybko do formy, będę miał do kogo równać szybkością i wytrzymałością. jacdzi (2009-02-19,16:03): Wracaj szybko, toz sezon za pasem, juz za dziesiec dni pierwsza w tym sezonie polowka. Kkasia (2009-03-03,20:35): jak Ty to kurczę robisz??!
|