2008-12-30
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Masakra, czyli sylwestrowy bieg w Szydłowie (czytano: 361 razy)

Właściwie to nawet megamasakra. Jeszcze wracając do Kielc za kierownicą miałam oczy okrągłe i wielkie ze zdumienia... Ale, ab ovo, czyli od jaja, czyli od początku.
Biegi Sylwestrowe w Szydłowie odbywają się...no, od jakiegoś czasu, tegoroczna edycja była XXIX. To bodaj najstarszy sylwestrowy bieg uliczny w Polsce. Ponieważ tegoroczne Święta miałam spędzać w Kielcach, stwierdziłam, że oto jest okazja pobiec w biegu z tradycjami. Poszukałam, posprawdzałam i jeszcze przed świętami zgodnie z wymogami regulaminu wysłałam mailem zgłoszenie. Nie płaciłam, bo uznałam, że przelew 3 zł to przesada, zapłacę na miejscu.
Potwierdzenia zgłoszenia nie dostałam, ale uznałam, że w ferworze mogło umknać, że prosiłam o potwierdzenie. Świętokrzyskie media napędzały atmosferę - "Ukraiński szturm na Szydłów" krzyczały nagłówki w poniedziałek. Oprócz Ukraińców miał być reprezentant Kenii, ale sie nie pojawiła ostatecznei na starcie. Wszystko to dlatego, że - jak się okazało na kilka dni przed biegiem - nagrody jak na 8 km były wyjątkowo wysokie. Równe dla kobiet i mężczyzn. Po 3000 za pierwsze miejsce, po 2000 za drugie, po 1000 za trzecie i tak dalej, od 7 do 10 - po 100 zł.
We wtorek rano uznałam, że zadzwonię sprawdzić, czy jestem na liście, bo zgodnie z regulaminem zgłoszenia na miejscu przyjmowano tylko do 12, za sam bieg mial być o 14.20. Pani z drugiej strony słuchawki nie bardzo wiedziała, czy jestem na liście czy nie, ale powiedziała, że lepiej być do 12, bo potem bank jest nieczynny, a musz mieć potwierdzenie z banku na te 3 zł. Nie, na miejscu nie można zapłacić. Aha. Chwila namysłu, szybki przelew przez Internet, mam potwierdzenie, mogę być przed 14.
Pojechałam. Nie bardzo mi się chciało, ale pojechałam. Droga do Chmielnika - krajówka, super, od Chmielnika - dramat. Polskie drogi. Ale jakoś dojechałam. Na wjeździe panowie policjanci. Zjechałam na parking, zajęłam ostatnie wolne miejsce, idę. Pytam panów, gdzie biuro zawodów, a panowie, że w szkole. Aha. Oczywiście wszyscy wiedzą, gdzie jest szkoła. W Szydłowie ostatnio byłam przejazdem z wycieczką szkolną w 1991 r.
W końcu trafiam w okolice biura zawodów. Tu przez chwilę wygląda, że faktycznie impreza jest profi. Konferansjer, trwa wcześniejszy bieg, rozglądam się za biurem, podchodzi wójt, wita, prowaadzi do biura zawodów. Jest super. Zapisuję się. Bo nie ma mnie na liście. Oczywiście, mogę zapłacić na miejscu. Ale zamiast kasy wyciągam potwierdzenie przelewu. No dobrze, może być, super. Dwa numerki (mam być onumerowana z przodu i z tyłu), trzy agrafki. Na szcęście dopraszam kolejne i w końcu mogę się przebrać i onumerować. Z szatni nie korzystam, TZ, odosi manele do samochodu. Ja sie rozgrzewam. Jest trochę ludzi, ale w sumie nie tak dużo, nikogo nie poznaję. Mnie też nikt :>
Tuż przed startem młoda bardzo ładna sędzina patrzy na mój numer i na swoją kartkę. I odbywamy dialog jak z Kafki:
S: Ja pani nie mam na liście.
Ja: O, a dlaczego? Przecież mam numer.
S: Ale ja pani nie mam na liście.
Ja: A pani zdaniem to skąd ja sobie ten numer wzięłam...?
S: Może pani sie późno zglosiła...? Albo może pani nie ma na liscie?
Ja: Hm, wysłałam zgłoszenie mailem, zapisałam się biurze zawodów, gdzie mnie zapisano, mam numer... Co pani zdaniem powinnam jeszcze zrobić, żeby wziac udział w biegu...?
Zero odpowiedzi, zostałam dopisana do listy.
Po tej budującej wymianie zdań stanęłam przed (sic!) linią startu. Nagle - strzał, już start. I w rezultacie ruszyłam z samego końca. Ale to nic, nie ścigam sie o złote kalesony. Wiem, że kobiet nie jest dużo, ale jest Dorota Ustianowska i kilka Ukrainek. Mijam kilka osób, ale nie szarżuje, w końcu przede mną 12 kółek (ciekawe: podany dystans - 8060 m, petla 725 m, 12 okrążeń... moja matematyka leży). I tak pierwszy kilometr wyszedł mi w jakimś chorym tempie 4:10. Potem zwalniam.
Przy tej liczbie kółek już na trzecim ja jestem dublowna, na czwartym - ja też dubluję, a co. Od piątego kółka sędzina co jakiś czas mowi mi, ile jeszcze kółek. Najlpesi już skończyli, ja jestem na 9. i słysze że jeszcze 2. Nie trzy? Patrzę na mojego forunerka, faktycznie, nie 12, a 11. Nie ma siły, inaczej wyjdzie prawie 9 km. No nic. Na ostatnim przyspieszam, chociaż po bruku i pod górkę nei jest łatwo. Ale tuż przed zbiegiem na ostatniej prostej jeszcze kogoś mijam. Wbiegam na metę. Wyłączam stoper. Dzięki temu wiem, jaki miałam czas.
Bo czasu się tu nie mierzy. Zbiera sie za to karteczki małe papierowe. Oddaję karteczkę, ale muszę poczekać, bo w międzyaczasie jakiś VIP rozmawia z sędziami, a sędziowe nie bardzo wiedzą, który ma wziąc moją karteczkę, przekładają ją z jednej kupki na drugą. Picie za metą? Hm, osobisty support w postaci TZ-a wciska mi Gatorade. Organizatorzy picia nie przewidzieli.
Idę do szatni, przebieram się. W międzyczasie dowiaduję się, że podobno nagrody nie są dla 10 miejsc, a dla 6. Czort z nimi. Idę oddać podwójny numer (materiałowy, więc domyśłam się, że do oddania, choć nikt nie napomknął). Kolejny kafkowski dialog z dziewczyną z biura zawodów.
D: A pani to taka skromna, jak się pani zapisywała, żadnych osiągnięć, a tu proszę - wygrana.
Ja: Słucham....?
D: No przecież pani wygrała.
Ja (z wielkimi oczami): Nie sądzę.
Wchodzi sędzina, usłyszała, popatzryła i do koleżanek (a ja cały czas tam jestem i na oko pani sędzia jest ode mnie jakąs dychę młodsza): Ona? Ona to była ostatnia. A własciwie przedostatnia, bo jeszcze jedna dobiegła...
Po krótkiej wymiania zdań okazuje się, że dziewczyny pomyliły karteczki i klasyfikacja kobiet jest dokładnie odwrócona. Dobrze, że tylko 8 czy 9 nas biegło. Karteczki okazują się jedynym wyznacznikiem klasyfikacji...Dobrze, że w ogóle w biegu głównym biegło kilkadziesiat osób w sumie. Przy setce byłby chyba problem.
Lekko zdegustowana wychodzę się przebrać. Oczywiście mogę to zrobić w ... toalecie. No, ale nei pierwszy raz. I własciwie już mamy zamiar się zbierać, kiedy znowu wpadam na wójta, który zagaduje, pyta, odpowiadam, wójt zaprasza na rozdanei nagród, bo przecież dla 10 kobiet i mężczyzn są. No dobrze. Idziemy na salę gimanstyczną. Czekamy do 16, czyli dobrze ponad pół godziny.
Ceremonia sie opóźnia, bo ciągle wszyscy czekają na protokół. Wreszcie nagradzane są dzieci i młodzież z krótkich biegów. Potem bieg główny. Zwycięzcy otzrymują nagrody rzeczowe i informację, że pierwszych 10 osób ma się głosić do synagogi (sic!) po odbiór nagród finansowych. Ale nikt nie czyta listy tych 10 osób, bo listy nadal nei ma. Potem nagrody w kategoriach. Tu mi nic nie grozi, bo dla kobiet oprócz open jest kategoria "30 i starsze", która okazuje się być jedną kategorią dla zawodniczek od 30 roku zycia i dokładnie powtarza pudło z open. Trudno.
Idziemy z TZ-em do synagogi. Zwycięzcy poszli już jakiś czas temu więc pewnei już mają swoje nagrody. O święta naiwności. Wszyscy siedzą w zimnym budynku i czekają. Na listę, której dalej nie ma. Oraz na wyjaśnienie zawiłości podatkowych. Trwa to i trwa. Siedzą wszyscy, zwycięzcy, biegacze z Ukrainy, osoby towarzyszące. Z oficjeli juz nikt sie nie pojawia, księgowa okopała się na górze, czeka na kogoś. W końcu po kolei zaczynają wzywać za zamknięte drzwi. Tuż przed 18 zgrabiałymi palcami odbieram swoją kopertę z nagrodą za ósme miejsce i gnam do auta. Właczam ogrzewanie na full i wyjeżdżam z Szydłowa. Takie łądne miasteczko, takie urokliwe miejsce i taki... niesmak...
No cóż, pozwiedzać kiedyś pewnei przyjadę. Sylwestra jednak raczej tu nie będę spędzać. Nie lubię być intruzem...
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora kokrobite (2009-01-01,22:02): Impreza się odbyła, media napisały i pokazały, wójt pewnie był zadowolony... Beauty&Beast (2009-01-02,18:55): A wystarczyło napisać że bieg dla zawodowców i VIP-ów i bym się nie pchała...
|