2007-04-16
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| moje umieranie (w Cychrach) (czytano: 176 razy)

zbieram się, zbieram, ale coś nie bardzo chce mi się pisać o maratonie w Dębnie. ostatnio z powodu kontuzji biegałem baaaaaaardzo mało, więc nie liczyłem na nic wielkiego. no, np. 3:29:xx. plany zweryfikowałem w przedmaratońską noc, bo zaczęliśmy świętować 40 urodziny Marka K., które przypadały w dniu maratonu. wstyd przyznać, ale ja dałem hasło do imprezy, wręczając mu w prezenecie własnoręcznie zrobiony krupnik. był więc krupnik, piwko a po północy szampan i chóralne śpiewy na sali. a rano umieraliśmy...
Pomyślałem więc, że skromne 3:59 wystarczy, najlepiej, żeby to było 3:44.
zacząłem zdecydowanie za mocno. połówka była w 1:44:45 równym tempem, ale na 25 km siły się skończyły. nie wiem czy to była Dargomyśl, czy Cychry, ale na pewno brakowało parę km do końca drugiej, 14-kilometrowej pętli. przyznam, że kończąc ją i widząc uśmiechnięte miny biegnących już w drugą stronę agrafki ludzi, powżnie myślałem o zejściu z trasy. suche wargi, nogi ciężkie jak z ołowiu, ciemne plamy przed oczyma. potem doszły różne bóle, kłucia. po prostu było mi źle. po raz pierwszy od debiutu maratońskiego szedłem. a tam, szedłem... wlokłem sie po prostu od czasu do czasu truchtając. w efekcie pokonanie trzeciej pętli zajęło mi godzine i 32 minuty! katastrofa. na szczęście marsz sie nie dłużył, bo najpierw spacerował ze mną Hirek Sz. z Ostrowa, a przedtem i potem Paweł K. z Wrocławia. poza tym gawędziłem z wolontariuszami na punktach, solennie obiecując im, że za rok wrócę. kłamałem... chyba że zapomnę jak umierało się w Dębnie i znów się na taki wyjazd dam nabrać.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |