2008-09-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| KONECKA SETKA-pożegnanie (czytano: 281 razy)

Być może sięgając po moją relację spodziewasz się przechwałek o treningach, mocowaniu się z tempami i zakresami zakończonym bohaterskim startem, gdzie po godzinach zmagania w chwale i przy aplauzie osiąga się zasłużoną metę. Albo może kierowała Tobą ciekawość, pasja krajoznawcza, chęć przeżycia z autorem bólu wysiłku i radości zwycięstwa, a także przeliczenia poświęconych sprawie paznokci :-)
Powoli, to nie tak. Żeby opowiedzieć o stukilometrowej trasie, imprezie ochrzczonej przeze mnie zaraz po podjęciu decyzji o starcie pieszczotliwie Setuchną muszę zacząć od początku. Od mechanizmów zapamiętywania. Pamiętamy na długo przeżycia intensywne, a więc bardzo dobre lub bardzo złe. Te niedobre mocniej. Ja mam jakoś inaczej. Pamiętam lepiej te weselsze- mają smak, kolor, barwy, a jak patrzę wstecz na pewne okresy mojego życia to wydaje mi się, że był to rajski ogród :-0 Śmiechu warte, w rzeczywistości było całkiem normalnie.
Z teraźniejszością już nie jest tak. Co pewien czas spotykam ludzi, którzy z czasem stają się drodzy i ważniejsi od innych. Kiedy rozdzieli nas granica państwa, skończy się miłość, poróżni błahostka która nie powinna mieć najmniejszego znaczenia albo całkiem po prostu o mnie zapomną wtedy na długie dni moje serce wypełnia uczucie jakiemu nie da rady najinteligentniejszy nawet Ibuprom. Uczucie, które znoszę cierpliwie tylko dlatego, ze mając doświadczenie dorosłego człowieka wiem, że pewnego dnia zblednie, a później zblednie jeszcze bardziej po to aby kiedyś się skończyć. Uczucie tym nieznośniejsze, że nadejście takiej chwili przeczuwam znacznie wcześniej, trochę tak jak mityczna Kassandra, chociaż z tą różnicą, że ona do końca walczyła z nadchodzącą rzeczywistością, podczas gdy mój dar daje mi zrozumienie, że biegowi wypadków przeciwstawić się nie zdołam.
Pewnego dnia odkryłam sposób na skrócenie rekonwalescencji. Gdy już jest „ta chwila” wtedy z całego okresu czasu jaki pozostaje za mną wybieram jedną symboliczną dla niego rzecz, której wtedy nie zrobiłam (może pominęłam, może zaniedbałam, albo myślałam, że jeszcze mam czas) i robię ją. Nie rozumiałam po co mi to dopóki nie obejrzałam filmu „Snow falling on cedras” (polski tytuł Cedry pod śniegiem). Chodzi o końcową scenę, kiedy bohater mówi: „Jeżeli pozwolisz mi się pożegnać to myślę, że będę potrafił odejść.”
I tak właśnie pojawiła się w moim życiu Konecka Setka, która jest pożegnaniem.
---------------------x
PROLOG
Bieg Wiosenny, Dolina 3 Stawów, 16.03.2008r.
Rozmawiamy stojąc w grupce znajomych biegaczy z Mysłowic. Już nie pamiętam kto pierwszy rzucił temat biegowych planów i marzeń. Wtedy po raz pierwszy oficjalnie mówię, że ja…na setkę…
„Jesteś wielka” śmieje się Stasseb, ale tak życzliwie. Krótkie stwierdzenie przykuwa moją uwagę. Każdy kto zna Stasseba wie jaką przykłada wagę do systematycznego treningu. I że właśnie przygotowuje się do startu na Ironmana, którym z pewnością zostanie z bardzo dobrym czasem. A jak dla mnie ma jeszcze tę wielką zaletę, że nigdy nie prawi (tanich) komplementów.
„Dlaczego tak mówisz, gdzie mnie do Twoich wyników?”
”A w jakim czasie zamierzasz pokonać tę setkę?” Zmieszanie. Jeszcze o tym nie myślałam, choć powinnam.
„Do 18 godzin” mówię ostrożnie po chwilowym zastanowieniu „Sądzę, że dłużej nie będę w stanie być w ruchu bez snu.” Wołałabym, żeby mniej było tych godzin, ale start w ultra imprezach to jedna wielka niewiadoma.
„No widzisz” tłumaczy Stasseb jak dziecku „Ironman trwa kilkanaście godzin, to zupełnie inny wysiłek”.
Zamyślam się, czyżby miało być NAPRAWDĘ trudno??
----------------------x
Cała radość z udziału w imprezach sportowych mieści się w przygotowaniach. Sama impreza śmiga bieguśkiem i już jej nie ma. No, zostaje jeszcze trochę na potem, ale niedużo.
Odliczając dni do Setuchny myślałam o kilkuletnim bieganiu z Medit. Takie małe biegowe katharsis. Eh, Medit, tyle mam z tego wspólnego treningu wspomnień…. Na ogół nie pamiętam pierwszego spotkania z tymi „ważnymi” dla mnie ludźmi, ale Ciebie pamiętam. W tych beztroskich czasach, gdy mieszkałyśmy 100m od siebie i nie trzeba było poświęcać tyle godzin pracy zawodowej. Jak szukając kogoś kto by się zmobilizował i ze mną wybierał trochę poruszać wpadłam do Ciebie do biura a Ty z charakterystycznym dla Ciebie uśmiechem, który później przyszło mi widzieć wiele razy powiedziałaś to swoje „czemu nie”:-)
Tyle wspomnień…. Jak Twój syn ustawiał się na czujce na balkonie i widząc mnie wychodzącą z klatki w sportowym stroju monitował „Mama wychodź, PaniLuizaOdBiegania już idzie”:-) Te wszystkie wodewilowe historie opowiadane na treningu, że czasem musiałam zatrzymywać się pod wiaduktem bo ze śmiechu nie byłam w stanie biec. Ucieczki przed psami. Przemiłe spotkania ze Smokami (rodzina owczarków kaukaskich mieszkających na Krukach) i jak Smoczyca-alfa zaczęła nas rozpoznawać witając basowym Hauhauhau :-). Pierwsza wycieczka biegowa w zimie 2006, 14km, kiedy zachwyciłam się bieganiem na otwartej przestrzeni po śniegu skrzącym w słońcu a wieczorem odkryłam uroki chodzenia do tyłu na zakwaszonych mięśniach. Obijanie się śnieżkami. Crossy i bieganie w kopnym śniegu po wale. Wspólne przygotowania do poznańskiego maratonu 2006, był taki plan, żeby pobiec razem w jednej imprezie maratońskiej, co nigdy nie doszło do skutku. Pierwsza treningowa trzydziestka, której ostatnie kilometry, potykając się, przebiegłam tylko siłą woli. Przygotowałaś mnie do pierwszego maratonu i tuż przed złapałaś kontuzję, Paryż, wiadomo. Gdy Ciebie zabrakło z super-imprezy zrobił się zwykły wyjazd.
Rozwijanie się sprzętowe: dyskutowanie artykułów o odżywianiu, ubieraniu, treningu. Dobieranie butów, wypad na Śląsk po stroje do zimowego biegania Tchibo. Zdobycie rewelacyjnych oddychających kurtek. Dołożenie wbiegań na górkę przy cmentarzu. Jak ciężko było na początku! Te kilka kwartałów kiedy bawiliśmy się w pisanie wierszyków na biegajznami. Ależ to była beczka śmiechu! Pierwsza biegowa zima. I kilometry, kilometry przy różnej pogodzie-deszczyk, wiatr, ślizgawka. I różne pory-ranek, południe, wieczór. Przy deszczu wyczekiwanie na przejaśnienie żeby było bieganko i słanie smsów z rokowaniami na pogodę. Burze z piorunami. Gwiżdżący na nas pociąg. Gimnastyka i nauka przebieżek. Przepraszanie za spóźnienia albo dla odmiany przyjacielski ochrzan „Zlituj się, od czekania nogi mi wchodzą..” I jak czasem któraś przychodziła zła na trening i latałyśmy jak torpedy po elipsie :-) Łabędzie przelatujące nad głowami. Nieliczne spotkania ze znajomymi biegaczami. Pierwsza impreza biegowa: 4Energy 2006. Jak poznałyśmy na parkingu sympatycznych skromnych biegaczy ze Śląska i na zakończenie zapytałam o wynik i zaniemówiłam z wrażenia :-)
To było trochę tak jak z parą łyżwiarzy tańczących na lodzie gdy jeden wykorzystując dźwignię swoich ramion rzuca drugiego w powietrze, „ na głęboką wodę”, po to by w chwilę później samemu stać się podmiotem takiego manewru.
Na zakończenie, w mniej już sentymentalnym a bardziej naukowo-poznawczym nastroju zamyślałam nad mini-rankingiem wspomnień, które mogę wywołać z pamięci. I to leci tak:
Numer 1 – na Krukach biegnąc wokół jeziora spostrzegam polną myszkę-ruchliwe stworzenie w brązowym, rozczochranym kubraczku zagryzające jakieś ziarna. Zatrzymuję się i stoję patrząc i patrząc…
Numer 2 – 2006, listopadowy trening na Krukach. W gęstej wieczornej ciemności, przy bladym świetle księżyca w pełni, wokół żywego ducha, robimy pętle wokół jeziora…
Numer 3 – siedzimy Pod Parasolami i pytam oskarżycielsko „Coś Ty zrobiła z moim życiem wypychając mnie na pierwszy maraton…” I widzę zmartwienie w Twoich oczach bo akurat masz się czym martwić….
Zaskakująca niespodzianka pamięci, jak to się mogło tak śmiesznie pokombinować??
----------------------x
To wracając do przygotowań-podstawa to skompletowanie sprzętu-czołówka, wypasiony plecaczek, oddychająca kurtka przeciwdeszczowa i dwie srebrne bransoletki. Bo na sportowych ciuchach ma być kobiecy sznyt. Taką mam fantazję i już. Po namyśle zakładam buty biegowe do zimowych treningów, lekkie i nieprzemakalne, które świetnie zdadzą egzamin na trasie. Myślałam o solidnych przygotowaniach do startu, bo z natury jestem człowiekiem, który odczuwa potrzebę przeżywania rzeczy wzniosłych :-) A więc powinien być: trening jak do maratonu, sportowy tryb życia (znaczy spanie ile trzeba), 2 litry mineralnej dziennie obowiązkowego przydziału. Tere-fere. Ciężko jak nigdy pracowałam na Dębno i co? Figa z makiem! Tak czasem bywa.
Postanowiłam spróbować innego doświadczenia i zaserwowałam sobie dla odmiany kofeinowy odwyk. :-) Cios w plecy, bo kawa jest w pracy na sprzedaży jednym z podstawowych i skutecznych znieczulaczy, pozwalających utrzymywać równowagę wobec nieustannie zmieniającej się rzeczywistości. Wpadłam w poniedziałek rano do pracy i oznajmiłam, że szykuje się na Setuchnę i proszę o pomoc, znaczy, żeby mi kawy nie podtykać a raczej trzymać ją z dala ode mnie. Mówisz masz! Pierwszy dzień spoko. Drugiego olśnienie: może ja się jednak tej kawy raz w tygodniu napiję, a najlepiej natychmiast :-) Właśnie zaczęłam zalewać gdy Iwona (bardzo popularna w firmie koleżanka obdarzona parą chabrowych oczu i biustem XXL) wykonała znienacka półobrót od komputera i wydeklamowała „Czy dobrze widzę, że robisz sobie kawę?” Poczułam się jak dziecko złapane na gorącym uczynku. „Nie miałabyś ochoty na kawę?” ratowałam sytuację odwracając pytanie i myląc przeciwnika najpiękniejszym z moich uśmiechów (uśmiechem nr5). Owszem, skinęła majestatycznie głową i ciągnęła bezlitośnie „Ale zamierzałaś zrobić to celowo czy tylko zapomniałaś?” Proszę, nie bij tak mocno!; no przecież widzisz, że zamierzałam złamać się już drugiego dnia. Eh, ja już chyba lepiej biegam niż nie piję kawy…Klęska :-)
----------------------x
W drodze do domu jestem właściwie zadowolona, ze nie mam towarzystwa. Można posłuchać głośno muzyki. Jak to mówiła Becia? Że puszczanie sprzętu aż dudnią głośniki jest obciachowe? Tym gorzej dla tych co tak sądzą! Jeszcze dwa zakresy w górę! :-)Znowu jakieś utrudnienia na drodze. Teraz mijamy kolumny pielgrzymki. Wyłączam radio. Jeszcze jedno, naprawdę ostatnie deja vu: jak iks lat temu wzięłam służbę porządkowej na Pielgrzymce Dominikańskiej (chętnych nie było, ciężko) i pracując przy przepuszczaniu ruchu po raz pierwszy odkryłam ile mam w sobie wytrzymałości: tam gdzie wielu kwęka maszerując 30km dziennie ja biegałam przy kolumnie bez zmęczenia…
----------------------x
Szykując się na Setuchnę, w przypływie szczeniackiego humoru pisze meila do Rzeźniczki MEL. „Jak zaliczę setkę napiszę blog, przeczytasz?” „Czytam wszystkie wpisy o setkach” stwierdza praktycznie MEL. Znaczy: przeglądam jak leci, co mi szkodzi przejrzeć i twoją…
Tak bardzo się cieszę, że dla Ciebie to co tu wypisuję nie jest ważne. Tak jest dobrze.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora mamusiajakubaijasia (2008-09-03,19:07): Relacja o emocjach....piękne to Luiza:) Marysieńka (2008-09-04,14:57): Jest równie dobra co ta pierwsza......jeśli mogę wybrać..wybieram ....obie:-))) MEL. (2008-09-07,16:01): Czytam wszystkie relacje o setkach - przeczytałam obydwie. Teraz musisz przebiec drugą setkę, żeby się wyrównało. :=P amd (2008-10-02,11:47): Podoba mi się. Jakbyś połączyła obie wersje - wyszłaby chyba lepsza, na razie są dwa różne przeżycia, dwa różne obrazy, a samo życie to bogactwo różnorodności. All in one. :)
|