2008-03-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| FRASZKA 9.03.2008 - Dolina Jezierzycy (czytano: 369 razy)

ludzie to mają porąbane pomysły. oto pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy zorientowałam się co gra w ciemnym pokoju. budzik. delikatne brzmienie Oxygen oznajmiało 4:30. pobudka. słowo się rzekło. dziś jedziemy do Tarchalic.
właściwie o tak nieludzkich porach to tylko takie myśli krążą po głowie, dopiero chwilę później, gdy już wygrzebałam z podświadomości cel tak wczesnego wstawania humor wyraźnie się poprawił. nie byle co, bo daaaaleko od domu miał odbyć się trening z orientacji. w Tarchalicach, w Dolinie Jezierzycy, wyznaczono trasę tegorocznej FRASZKI.
nazwa może okazać się myląca. bo choć FRASZKA, to w zależności od chęci mogło być naprawdę różnie. ot taki slogan reklamowy:
Turyści znajdą we Fraszce wycieczkę krajoznawczą o niekonwencjonalnej formule, zainteresowani rajdami na orientację - łykną bakcyla, a doświadczeni orientaliści i AR-owcy chwycą okazję do wspólnego startu z rodzinami albo dla treningu i chwały pokonają całość trasy w niewiarygodnie krótkich czasach.
i tak banda wariatów dała się namówić na bieganie po lesie za Wrocławiem :D
przynajmniej droga dobra, szczególnie wczesnym rankiem, pusta i szeroka (nawet w przeważającej części, przynajmniej za Katowicami). na miejsce trafiliśmy bez przeszkód i zbędnych przygód.
mgły opadły, słońce wstało, poczułam woń wiosennego lasu i wiedziałam, że będzie to cudowny dzień.
na miejscu stawiliśmy się w sam raz, by spokojnie się zarejestrować, przebrać, przygotować. odprawa techniczna była krótka, mapy rozdane, z nimi karty, sznurki i folie. kompas w ręku. szykowała się doskonała zabawa, rozstawienie punktów wydawało się idealne (czyli wystarczająco proste) dla początkujących orientalistów. do tego miało nie być klasyfikacji jako takiej, ani miejsc, co najwyżej informacja o ilości zaliczonych punktów. w głowie więc zaczęła kiełkować myśl: skoro trening to może sobie trasę wydłużyć i poza 10 punktami z trasy pieszej zaliczyć kilka dodatkowych z rowerowej? (na mapach zaznaczone zostały punkty dla obu dyscyplin). trasa piesza oszacowana była na ok 23km, a może wypadało by zaliczyć wycieczkę ok 30? hm....
start. ruszamy.
w tempie maratonu. zaraz zaraz.... nie za szybko? znów nie mam pulsometru, a co tam. pożyczyłam tylko garmina od Marka (biedny, zachorował :(), może nauczę się trochę jego obsługi. może się przyda do mierzenie odległości, tempa (z ciekawości). dobrze mi się biegnie, lecimy.
a biegne w nowiutkich, pierwszy raz na nogach NB W800BG. zaskoczona jestem komfortem jaki dają na asfalcie. jeszcze 500m i wbiegniemy do lasu. zobaczymy jak będą sprawować się w naturalnym dla nich terenie.
pierwszy punkt zaliczony. Marcin stwierdził, że w zasadzie to niech każdy leci sam. biega szybciej od nas, pogonił za czołówką. Z Asią i Łukaszem zostaliśmy razem, tempo widać odpowiadało :)
orientujemy się na drugi punkt. teatr. oczami wyobraźni widzę wielki gmach Słowackiego. tak wielki, że przesłonił mi scenę i parę ławek skręconych z desek, ukrytych za drzewami. cofamy się. niewiele, parę kroków.
punkty z trasy rowerowej ładnie komponują się z pieszą. decyzja: mieszamy. trening to trening. kolejny punkt przysporzył nam jednak trochę problemów. trzeba było się przestawić. do tej pory za tłumem, teraz należało się skupić, a wiedza i wprawa niewystarczająca. ups... wiemy gdzie jesteśmy? hm, zaraz..... szybka analiza kierunków. mapa i kompas. podstawa. nie, nie będziemy iść szlakiem. na azymut też nie, bo nie mamy dobrego punktu odniesienia. weźmy tę ścieżkę. jest zgodna z kierunkiem. ta chwila koncentracji okazała się przełomowa. chwilę później trafiliśmy na punkt. i kolejny. próbowaliśmy nawet azymutować. z całkiem niezłym skutkiem. wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, może trasy nie były wyznaczone idealnie, ale w końcu uczyliśmy się i poniekąd trochę asekuracyjnie wybieraliśmy bezpieczniejsze warianty.
tylko Marcin się strasznie zdziwił, że jak to jest, że on już skończył a my dopiero jesteśmy na 3 punkcie?!? cóż.... zaliczyliśmy po drodze 4 punkty z trasy rowerowej, dzięki czemu zwiedziliśmy urocze podwrocławskie wydmy oraz upolowaliśmy dzika (cóż za wielkie bydle!!!) i sarnę :D.
a my spokojnie i pewnie realizowaliśmy plan :)
spokojnie. bo gdzie niby się spieszyć? delektowałam się niezwykłym pięknem tego miejsca, wyobrażając sobie jak wygląda w pełni lata bądź wczesną jesienią. co prawda biegiem między punktami, czasem przechodząc do marszu by zweryfikować trasę, niekiedy nawet zatrzymując się przy co ciekawszych miejscach: w poszukiwaniu żółtych znaków wiosny, nad jeziorem, strumieniem, zadumać się przy opuszczonym cmentarzu, czy po prostu strzelić pamiątkową fotkę.
z każdym punktem czułam sie coraz pewniej z kompasem i mapą. dostrzegałam różnice kultur i zróżnicowanie terenu. czyżbym wciągnęła się jeszcze w nawigację? ;) cóż, z pewnością jeszcze sporo ćwiczeń przede mną :) szczególnie uwagi :P
po 4h i 33km dotarliśmy do bazy. zmęczeni i zadowoleni. nie zgubiliśmy się, wiele nauczyliśmy się. w pięknym lesie. na wspaniałej imprezie. godnej polecenia :D
buty: na całej trasie, pomimo, że nie dałam im ani stopom szans na bliższe zapoznanie się ze sobą, nie uczyniły mi krzywdy. czy to po utwadzonym dukcie, czy luźnej leśnej ścieżce, lekkim błotku czy po prostu po krzakach na rympał, wciąż czułam jednakowy komfort i pewność kroku. podeszwa dobrze trzymała się najróżniejszego podłoża, cholewka stabilizowała stopę. piękny nie jest, jednak przez jego solidność naprawdę da się lubić :D
daleka droga przed nami, jeszcze więc przez zamknięciem limitu na mecie zapakowaliśmy się do samochodu. wcześniej podziękowaliśmy organizatorom za wspaniały pomysł i organizację. może uda się przyjechać za rok? atmosfera naprawdę sprzyjała doskonaleniu wiedzy, zabawie.
czyż można sobie wymarzyć lepszy sposób na spędzienie niedzielnego, słonecznego dnia?
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |