2008-02-14
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Walentynki 2008 (czytano: 340 razy)

Dzień Zakochanych - jakie to wymyślne święto! Poza urodzinami, imieninami, Dniem Kobiet, Matki, Babci, Dziecka, Świętami Wielkiej Nocy, Bożego Narodzenia czy Wszystkich Świętych znów jest okazja ku temu, aby wyrazić swoją sympatię czy miłość osobom, które kochamy, które lubimy, cenimy, które są dla nas ważne. Bez zainteresowania mijam stragany z tymi wszystkim zaserduszkowanymi maskotkami, lizakami, kartkami, czekoladkami. To nie moje święto, nie jestem zakochana. Nie w tym roku. Zupełnie bez emocji, z dystansem patrzę na te sporadycznie spotykane tego dnia pary w uścisku, objęciu, w pocałunku, wpatrzone w siebie, wtulone, trzymające się za ręce. Jednak dookoła więcej osób pojedynczych, smutnych, nijakich, codziennych... O, ten pan trzyma w dłoni kwiatka! Pewnie jedzie właśnie do swojej miłości. A niesie go tak niezdarnie. Patrzę dziś na tych świętujących jak alkoholik po odwyku na pijanych. Zupełnie na trzeźwo, bez pokusy sięgnięcia po następny, bez potrzeby upajania się, zadurzania, tracenia świadomości. Jestem zdrowa, wyleczona, szczęśliwa, choć może trochę nazbyt chłodna, cyniczna i... bezpłciowa. A przecież nie zawsze tak było.
(...)
Tu możnaby spodziewać się długiej listy niebanalnych, szalonych, efemerycznych lub dozgonnych historii miłosnych Barbary M. (wcześniej Barbary T.), ale oszczędzę czytelnikom tych głębokich wrażeń i wyciskających łzy wzruszenia opowieści. Bo to już za mną.
Teraz zupełnie nie rozumiem tego ogólnoludzkiego pędu człowieczeństwa do łączenia się w pary. Zupełnie jakby coś opętało te "wolne rodniki" (a czasami rodniki całkiem zajęte, ale to zupełnie inna bajka), jakieś hormony może? Tak jakby nie było o wiele lepiej i wygodniej sypiać w swoim łóżku w pojedynkę. Wszak wyspać się można dużo wygodniej. Te wszystkie oczy cielęco wpatrzone w siebie, te dłonie nadpocone, lecz splecione... widzę i oczom własnym, a pięknym nie wierzę, że być może ja kiedyś podobnie rozum traciłam.
Co i rusz na mojej życiowej drodze pojawiają się... ci, no... jak im tam... mężczyźni! Tacy specyficzni. Tacy, którzy kierowaną do nich serdeczność odczytują jako zachętę do rozpoczęcia kulinarnych czynności zwanych smażeniem cholewek i zaczynają odprawiać wokół mnie coś w rodzju tańca godowego. Wstrętem reaguję na ich oślizłe komplementy. I gdy ja wydobywając głęboko z mojego jestestwa całą swoją asertywność daję do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana, że jestem szczęśliwa w pojedynkę, że mi dobrze i nie zamierzam tego zmieniać, to słyszę zawsze to samo "zdecyduj się, czego Ty naprawdę chcesz". Ja wiem czego chcę, ale mężczyzna nie przyjmuje tego do swojej męskiej egoistycznej świadomości. Bo jemu się wydaje, że to takie wielkie szczęście być z nim. Że nic lepszego mnie (ani nikogo innego) na świecie nie spotka. Rozbrajające...
Dlatego właśnie jeśli już mi przyjdzie kolegować się z chłopem, to koniecznie z takim, który ma żonę, narzeczoną, dziewczynę (lub chłopaka). Z takim czuję się bezpiecznie i mogę się kumplować na spokojnie, bez zagrożenia, bez podejrzliwości. Jestem bezpłciowa i bezpłciowo traktuję ludzi. Może ja rzeczywiście jestem z kosmosu?
fot. trójlistna zamrożona koniczyna znaleziona na kavenawe.blogspot.com
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |