2008-02-09
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Grand Prix Warszawy - 2/2008 (czytano: 275 razy)

Pobiegłam nie opieprzając się. Rywale zadrżeli. Czyli wszystko tak jak miało być. A nawet lepiej. Tak dobrze to się nie spodziewałam. Rywale, czyli Mazurek i Ruda dość daleko za mną. Właściwie dlaczego uczepiłam się, że są moimi rywalami? Przecież Ruda startuje w innej kategorii wiekowej, a Mazurek to już w ogóle zupełnie inna para kaloszy, bo facet. Ale na przeróżnych biegach tak właśnie wychodzi, że raz oni są przede mną, raz za mną. Są zatem takim najlepszym punktem odniesienia. Bo rywalki w kategorii wiekowej na tym biegu są dla mnie aktualnie zupełnie bez sensu. Najlepsza biega dychę o 10 minut szybciej ode mnie, a słabsze kilka minut wolniej. No więc z kim tu się ścigać? Ech, gdybyż tak Madzia przyjechała na zawody...
Rano byłam wyjątkowo spokojna. Zrobiłam dobrą rozgrzewkę. Rozebrałam się z nadmiaru odzieży do krótkiego rękawka i rękawiczek. Stanęłam na starcie gdzieś z tyłu i zagadana z biegaczami z SPSu kątem oka zauważyłam, że Ci z przodu już ruszają. Buchnęłam w stoper i brzegiem lasu przegoniłam tych, co jeszcze stali. Wbiłam się gdzieś w środek tłumu i dociągnęłam do Renaty, która na mój widok zaczęła przyspieszać. OK, z nią się nie ścigam, bo to inna klasa. Na pierwszym kilometrze 5'11" - za dużo. Ale w tym tłumie nie dało się szybciej. Na drugim kilometrze zagadał Waldek, czy może się podczepić. Może. Biegniemy we dwójkę ramię w ramię. Na trzecim bierzemy sporą grupkę. Waldek pyta czy przyspieszamy, czy oni zwalniają. Odpowiadam "zwalniają" oszczędzając oddech. Bo tak po prawdzie to chyba też trochę przyspieszyłam, co się okazało dopiero na czwartym - ale to trudno dokładnie stwierdzić, bo brakuje dokładnych oznaczeń kilometów. Tu dołączył do nas kolejny zawodnik i teraz biegniemy trzyosobową flanką. Na piątym kilometrze na zegarku czas 23'4X", czyli szansa na planowane złamanie 50' jest i to nawet z zapasem. Cały czas od pierwszego kilometra biegnę w równej odległości od mocniejszej ode mnie Teresy - jest moim pacemakerem. Dostrzegam przed sobą BiBkę i zastanawiam się, czy do 6-tego kilometra uda mi się ją dogonić. Dochodzenie idzie mi z trudem, ale powoli, powoli się do niej zbliżam. Teresa już ją połknęła. Za zakrętem na zbiegu przyspieszam, żeby mieć pęd na ten okropny podbieg. I tu zdziwienie. BiBka idzie. To nie fair! Wyprzedzić idącego nie jest taką satysfakcją jak wyprzedzić w biegu. "Ej, BiBka! Dawaj! Dawaj!" zachęcam ją do biegu. Ten okrzyk dużo mnie kosztuje na tym grząskim piachu, ale czas mamy dobry, można jeszcze powalczyć. Staram się uspokoić oddech i oddalać myśli o tym, że oto zbliżam się do mojego najbardziej kryzysowego odcinka między 7 a 8 kilometrem. Udaję, że w tym biegu tamte liczne wcześniejsze doświadczenia mnie nie dotyczą. Staram się wyprzedzić kolejnego biegacza, ale ten odskakuje od razu, gdy tylko wysuwam się na prowadzenie. Po chwili ponawiam atak. Trochę słabnę. Słyszę za sobą lekkie dyszenie. Lekkie! Czyli dogania mnie kobieta! Kątem oka widzę żółty kolor. To nie może być nikt inny - to BiBka przykleiła się do moich pleców. Ta świadomość zaczyna mnie pchać do mety. Przed 9-tym kilometrem Waldek blokuje mi drogę, nie daje się wyprzedzić, więc jeszcze spokojnie ustawiam się za nim, a dopiero za zakrętem przyspieszam, on zresztą też. Ostatnie pół kilometra przeznaczam na ostry finisz. Czuję, jak słabnę i obawiam się, że zemdleję gdzieś przed metą. Już bardziej docisnąć nie mogę. Oddycham jak miech kowalski. Kogoś wyprzedzam, kto bije mi brawo. A ja zupełnie nie mam w sobie ognia, nic mnie ten doping nie dokręca. W końcu dopadam mety, resztką sił. W leju odpoczywam, nie mogę dojść do sędziego. W końcu jakoś dochodzę. Kucam tuż przy mecie. Zerkam na zegarek: 47'41" REWELACJA! To tylko kilkanaście sekund gorzej od życiówki na tej trasie. Przy moim aktualnym roztrenowaniu i aktualnej wadze (plus 5 kg) wynik mocno powyżej oczekiwań. Dobrze wyrokuje na cały sezon. Jestem z siebie bardzo zadowolona!
fot. Dorota Świderska (www.maratonczyk.pl)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |