2008-01-26
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Pechowa trzynastka, czyli XIX Triathlon Zimowy i III Triathlon Zimowy Dla Dzieci i Młodzieży (czytano: 315 razy)

Kilka dni przed triathlonem zimowym rozpoczęły się przygotowania. Potrzebne były sprawne rowery i kaski. Okazało się, że w naszych rowerach stojących na klatce schodowej ktoś "życzliwy" poprzebijał dętki. Na moje hasło o pomoc przy zdejmowaniu opon i wymianie dętek od razu odpowiadają wszyscy przyjaciele Laski Kabackie, w wyniku czego spotykamy się w licznym gronie i po paru chwilach spędzonych nad sprzętem rozpoczyna się regularna imprezka Dzień Dziadka Kabackiego (22.I), która trwa do północy. Przy okazji Ela doniosła brakujący kask dla Maszy, Marek zadeklarował pomoc przy ustawieniu hamulców i ostatecznym dopompowaniu roweru oraz wypożyczył kask dla mnie. Super! Dzięki nie-małej pomocy przyjaciół jesteśmy przygotowani do startu.
W sobotę jedziemy na Stegny i tam okazuje się, że są pewne zmiany w regulaminie. Dzieci startują pół godziny później, a dorosłym wydłużono bieg dwukrotnie (z 1,5 km na 3 km) i zmieniono liczbę okrążeń na rowerze z 12 na 7 (przy zachowaniu z grubsza biorąc tego samego dystansu). Mamy sporo czasu na wstępne przygotowanie się, bo czas potrzebny na zmianę obuwia wliczany jest do łącznego czasu zawodów.
Startują dzieci ze szkół podstawowych, w tym Maszka i Maurycy oraz młodzież z gimnazjum. Bieg wypada pomyślnie, moje dzieci wpadają w strefę zmian prawie jednocześnie. Szybka zmiana na łyżwy. Mau'y rusza pierwszy, a zaraz za nim Maszka - przewraca się na tym strasznie śliskim lodzie, ale bez jęknięcia wstaje i rusza dalej. Tu Maurycy odsadza siostrę dość znacznie, a zresztą innych zawodników również. Szybko wskakuje na rower i rusza. Czekam na Maszkę przy rowerze, pomagam zapiąć pasek kasku i przycinam jej skórę na podbródku. Łzy nabiegają jej do oczu, ja nie mogę sobie z tym poradzić, bo cały czas pochyla głowę. Tracimy przy tym mnóstwo czasu. Ja cała zdenerwowana, przepraszam ją, chcę uspokoić. W końcu jednak udaje się dopiąć swego i Maszka dzielnie rusza na trasę rowerową. Nie mija wiele czasu, a Maurycy już finiszuje na II pozycji wśród uczniów szkół podstawowych (a zarazem 2-gi wśród chłopców), a Masza dojeżdża jako 5-ta (ostatnia), ale przez spikera głośno chwalona jako najmłodsza uczestniczka wyścigów. W kategorii dziewcząt zdobywa II miejsce. Jestem z nich bardzo dumna, bo zachowali się jak prawdziwi sportowcy. Nic zresztą dziwnego - przecież mają sporą praktykę w startach.
Na starcie XIX Triathlonu Zimowego staje 25 zawodników, w tym Ela, Ewa i ja (bez zegarka). Symboliczną minutą ciszy czcimy pamięć poległych w katastrofie lotników (dni żałoby narodowej) i ruszamy. Bieg terenowy, dwie pętle, idzie mi nieźle, mimo choroby, która trzymała mnie przez ostatni tydzień w domu. Na dwu pętlach nie ma szans na to, aby ktoś mnie zdublował, nikt mnie nie wyprzedza, mnie udaje się na pierwszym kółku połknąć jednego zawodnika, a na drugim prawie dochodzę jedną zawodniczkę. Ech, szkoda, że taki krótki dystans i na wiele nie zdaje się moje bieganie długodystansowe. Na łyżwach 6 okrążeń, więc dublowanie jest wielokrotne. Mimo iż nie jestem dobra w "te klocki" to jednak paru zawodników wyprzedzam. Na każdym kółku słyszę jak sędzia krzyczy "jeszcze ... okrążenia". Dzięki temu nie ma szans się pomylić. Gdy kończę cała prawda o moim łyżwiarstwie wychodzi na wierzch - nie umiem hamować, więc wjeżdżam w grupę sędziów z okrzykiem "Zatrzymajcie mnie!". Wesołe komentarze na mój temat towarzyszą mi podczas zmiany obuwia. Ruszam w kierunku roweru i tu moje wielkie zdziwienie - Ela, która była dotychczas za mną i podczas biegu i na łyżwach dopada roweru przede mną! Okazało się, że podczas gdy ja walczyłam ze sznurowadłami, ona tylko wskoczyła w swoje buty na rzepy i już ruszała na następną konkurencję. Gdy ja walczę z zapięciem swojego kasku, Ela, która miała swój na głowie już od początku zawodów, już odskakuje mi tak, że nie jestem w stanie nawet zobaczyć jej pleców. To się nazywa właściwe przygotowanie. W jeździe na rowerze jestem słaba, wiec mnie zupełnie nie dziwi, ze ciągle ktoś mnie wyprzedza, a ja nikogo. Staram się jednak i nawet zmieniam przerzutki, bo trochę jeździmy po błocie, a trochę po asfalcie, trochę pod górę, trochę w dół. Tym razem w strefie zmian nikt nie krzyczy mi które pokonuje okrążenie. Na początku liczę, ale przy kolejnych kółkach zaczynam mieć wątpliwości, czy się nie pomyliłam. W końcu dojeżdżając któryś kolejny witana okrzykiem spikera pytam ile mi jeszcze zostało. Od sędziego słyszę, że nic. Już koniec. Stoję z rowerem na mecie i dopytuję, czy na pewno, bo mnie się wydaje, że chyba jeszcze jedno powinnam zrobić. Ale sędziowie upewniają mnie, że koniec, mój czas już spisali, mam zejść z trasy i nie blokować miejsca innym. Szczęśliwa idę do dzieci, piję, dzielimy się wrażeniami z Elą i Ewką. Przychodzi dziennikarz Życia Warszawy i prosi Maszkę o wywiad dla swojej gazety. Przebieram się, pakuję łyżwy, potem rowery, czekamy na ogłoszenie wyników i dekorację. Trochę to wszystko się dłuży, ale jesteśmy wyrozumiali, organizatorzy zapraszają na posiłek z grilla. Na zewnątrz wieje strasznie, więc siedzimy jednak w budynku.
W końcu jednak trzeba wyjść na dekorację dzieci i młodzieży. Maszka i Maurycy dumnie stoją na podium, w dloni ściskają puchary, dostają nagrody. Zadowoleni. Dumni. Szczęśliwi.
Teraz pora na dorosłych. Nagradzani są najlepsi, a my patrzymy na kartkę z wynikami i oczom nie wierzymy. Jestem na liście przed Elą! Chociaż jej nie wyprzedzałam. Albo Ela pojechała jedno kółko więcej, albo... albo... albo ja pojechałam jedno mniej. Przerażenie. Co robić? Ela mówi, żeby nie zgłaszać organizatorowi, bo jeszcze mnie zdyskwalifikuje. A zresztą nawet się nie da, bo przy stoliku cały czas jakaś awantura, jakieś dyskusje, pretensje... Tak sobie myślę, że skoro mnie policzono jedno kółko mniej, to może komuś z czołówki też i stąd ta gorąca wymiana zdań. Ponieważ nasze miejsca (moje 4-te, a Eli 5-te wśród kobiet) nie są w żaden sposób gratyfikowane, więc opuszczamy już Stegny - ja wciąz z gorzkim wyrzutem sumienia. Głupio mi, ale pociesza mnie stoicka postawa Eli, która przecież tak bardzo się przyłożyła do tego, aby mi i M&M'som udało się wystartować, a w wyniku tego sama została w nieuczciwej "walce" zepchnięta o jedno oczko w dół. Potem dowiaduję się, że zwycięzca tego triathlonu pojechał jedno okrążenie więcej. Tak na zapas. I to jest właściwa postawa sportowca.
W domu patrzę na swój numer startowy - trzynastkę - i choć nie wierzę, że ta liczba moze mi przynieść pecha, to jednak obrażona jestem na nią okrutnie.
Mam nadzieję, że uda mi się wystartować za rok w jubileuszowej edycji tego triathlonu zimowego, że będą wówczas obowiązywały chipy i nie będzie tego typu bulwersujących niedociągnięć.
fot. Bartek Skalski
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |