2008-01-20
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Bieg Bielan i Chomiczówka 2006-2008 (czytano: 378 razy)

Rok 2006. Właściwie dopiero zaczynam bawić się w bieganie, byłam zaledwie 4 razy na zawodach. We czwartek fizjoterapeuta wymęczył mi kolano i powiedział, że biegać już teraz po kontuzji będzie można, mam zacząć dopiero za 3 dni. Rewelacyjnie, czyli mogę pobiec w niedzielę na Chomiczówce! Jestem tak szczęśliwa, a zarazem głodna biegania, że od razu zapisuję się na obydwa biegi. Pierwszy raz w życiu mam przebiec 20 km jednego dnia. Na treningu byłoby mi ciężko, ale na zawodach zdarzają się cuda, człowiekowi głupio tak po prostu się poddać - to mnie zmotywuje. To ma być test mojego dopiero-co-ozdrowionego kolana oraz test mojej psychiki. Jeśli kolano się zbuntuje, to się poddam, ale psychika nie ma prawa. Gdy po pierwszym biegu dopadam mety, jedyne czego pragnę to pić, pić, pić. Do startu drugiego biegu zaledwie kilkanaście minut, nie zdąży się wchłonąć. Piętnastkę zaczynam z cholernym chlupotaniem w żołądku, które trwa całą pierwszą pętlę. Druga jest lepsza. Na trzeciej bieg już prawie zupełnie samotny, zimny wiatr pcha mnie z powrotem na linię startu, kolano lekko zaczyna lekko pobolewać. Ale się nie daję. Docieram do mety. Nawet nie ostatnia. Udało się! Przebiegłam 20 km!
Rok 2007. W bieganiu zaczynam się już czuć pewniej, odniosłam już jakieś tam sukcesiki, wiem na ile mnie stać. Tradycyjnie chcę przebiec obydwa dystanse - pierwszy (5 km) lekko, na rozgrzewkę, a drugi (15 km) mocno - czuję, że stać mnie na 1:15. Na piątce popełniam fatalny błąd, bo biegnę za szybko, choć wcale nie na jakiegoś maxa - wszystko przez rywali, których widzę na trasie i jakoś tak naturalnie ulegam pokuszeniu wyprzedzania ich. Na mecie znów piję za dużo, więc pierwsza pętla piętnastki to znów horror chlupotania w żołądku, a na trzeciej tracę siły, w wyniku czego kończę w fatalnym 1:24, czyli odpokutowuję swoje zadufanie w sobie.
Rok 2008. Tradycyjnie już zapisuję się na obydwa biegi. Cel mam podobny jak rok wcześniej, ale doświadczenie i pokorę większą. Zakładam, że piątkę pobiegnę na rozgrzewkę (tempo 6:00), a piętnastkę chcę skończyć w 1:18 - przy moim aktualnym weekendowym truchtaniu to i tak dość ambitny plan. Piątkę robię zgodnie z założeniem - mam czas i oddech na to, aby trochę pogadać, pomachać do kibiców, dopingować dziewczynki Wojtka Paska, które biegną i finiszują razem ze mną. Cel zrealizowany. Na mecie wypijam tylko kilka łyków soku. Bo popełnić trzeci raz ten sam błąd byłoby głupotą. Startuję razem z Zulusem, który ma być moim pacemakerem. Zaczynamy wolno, bo tłum, a gdy w końcu trochę się rozrzedza zaczynam się trochę obawiać, że tempo za szybkie. Zulus potwierdza moje obawy, więc delikatnie zwalniam. Coś mi się wydaje, że to ja nadaję tempo, a Zulus się tylko dostosowuje. Tak mijamy pierwszą pętlę (26') i drugą (52') idąc cały czas tym samym, równym krokiem ramię w ramię. Dotychczas było łatwo, mogłam nawet pozdrawiać tych, których mijałam, ale na trzeciej pętli zaczyna być trudniej. Niby idę ciągle tak samo, ale oddycham ciężej, nogi słabną. Wyrzucam sobie w duchu, że nie zjadłam małej czekoladki między biegami, żeby uzupełnić zapas energii, którą zużyłam na 5-tkę. I tu dopiero doceniam towarzystwo Zulusa, który wyczuwa moje słabości, więc na zakrętach usuwa się na bok lub przyspiesza robiąc mi miejsce, a na prostych wysuwa się trochę do przodu ciągnąc mnie w ten sposób psychicznie. Na 12-tym kilometrze pyta, czy mam siłę na długi finisz. Cały czas kogoś tam wyprzedzam, ale sił nie mam, więc odsapuję "pół kilometra". Nawet nie wiem czy usłyszał. Tempo bardzo mi odpowiada i zupełnie nie mam ochoty przyspieszać. Nawet wtedy, gdy na kilometr przed metą wyprzedza mnie Irina. Nie wywołuje to we mnie żadnej ambicji ani tzw. sportowej złości. Jeszcze nie czas, zbieram się strasznie opieszale do finiszu. Obiecuję sobie, że "od mosteczka". Przed mosteczkiem Wojtek dopinguje, więc podrywam się wreszcie, ale czuję, że to nie to co zwykle. Jednak docieram do mety w bardzo przyzwoitym czasie 1:17:09. Jestem bardzo, bardzo zadowolona, bo mimo lekkich kryzysów na ostatnim okrążeniu udało się utrzymać tempo i zrealizować założenia. A jednak potrafię! Zulus - buziak!
fot. Andrzej Paterek (www.lechici.mazowsze.pl)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |