2013-10-18
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Buraczki w McDonaldzie... (czytano: 790 razy)

Iza i Miłosz biegli w Poznaniu.
Ja nie biegłam w Poznaniu, chociaż tam byłam.
Iza, Miłosz i ja wracaliśmy jednym samochodem, który prowadziła Iza (i nie ma w tym nic niezwykłego - w końcu to jej samochód).
Droga z Poznania do Katowic jest długa (no, może w nocy jest nieco krótsza, ale za to po maratonie jest zdecydowanie dłuższa).
Izę bolały nieco nogi.
Wszystkim nam chciało się pić, a poznańskim maratończykom dodatkowo chciało się jeść (mnie się nie chciało, ale: primo - nie biegłam w tym dniu maratonu, secundo - byłam po obfitej uczcie wegetariańskiej. Ergo - głodna nie byłam).
Padło na Kępno.
Na McDonalda.
Podjeżdżamy pod drzwi tego Maca (nota bene kępniański McDonald jest dyskretnie ukryty i udało nam się go przejechać), Iza parkuje samochód i wysiada z niego.
Specyficznie wysiadała. Na lekko sztywnych nogach.
Przy wielkim oknie Maca siedzi sześcioosobowa grupa płci obojga i zaczyna się na Izę gapić tak, jak by Iza miała na głowie trójmasztowiec. Co najmniej!
Ponieważ mnie w domu nauczono nie gapić się ostentacyjnie na ludzi "innych" (szerokie pojęcie, ale w sumie trafne), więc z miejsca mnie to wkurza (naprawdę gapili się namolnie, jeżeli w ciemnościach aż ściągnęli mnie wzrokiem), czem prędzej pokazuję ich Izie i Miłoszowi palcem (sic!) i prezentuję Izie, jak Miłosz chodził po Biegu Siedmiu Dolin. Miłosz prezentuje również:)
Słowem - nagle zaczynamy się poruszać jak trójka totalnych połamańców. Zainteresowanym żywo obserwatorom oczy wychodzą z orbit, my zaś patrząc na nich, wybuchamy gromkim śmiechem i wchodzimy do Maca normalnie:)
Niektórych, doprawdy, nie nauczono w domu nic więcej oprócz jedzenia nożem i widelcem (niektórych nie nauczono nawet tego).
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora jacdzi (2013-10-18,11:48): Fajnie trojka "inwalidow" musiala wygladac. Skoro to Mac w Kepnie to dlaczego nie zaprosiliscie Radka na piwo??? On mieszka kilka kilometrow od niego. Tr (2013-10-18,12:19): Gabrysiu, gdyby nie Ty i Miłosz to nie wiem jak dojechałabym do domu. Towarzystwo było bezcenne. :) Czytałam Twój wpis i rżałam sobie jak koń na wspomnienie tych tam, co się tak gapili. Dodam tylko, że za karę muslie wysłuchiwać naszych historii maratońskich i do tego jeszcze znosić nasz rechot nieziemski z historyjech tychże. :))) A co sobie myślieli to mnie tam guzik obchodzi. Grunt, że big mac został pożarty przeze mnie bez żadnych, absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. :) cander (2013-10-18,14:23): A w tym czasie w Poznaniu winogradzka ekipa zjadała kebaby na Rodzie Solidarności. To jest piękne w maratonie, że można zjadać dosłownie wszystko bez żadnych wyrzutów sumienia:) Gratulacje dla maratończyków, ja w tym roku brałem udział jako kibic... (2013-10-18,19:16): pewnie nic ciekawszego tam po prostu sie nie dzieje... Peepuck (2013-10-19,09:52): Jestem chyba jednym z ostatnich żyjących Polaków, który nigdy nie jadł nic w tej sieci. U mnie na wiosze jest jeden lokal. Z ilości opakowań porozrzucanych jeszcze daaaaleko (2-3km) od lokalu wnioskuję iż trzon klientów tej sieci stanowi raczej dolna półka naszego społeczeństwa jeśli chodzi o intelekt i wychowanie. Twój opis tylko utwierdza mnie w przekonaniu... choć nie jest to jedyny powód dla, którego tam nie bywam :). Kapitalny pomysł z tym tańcem paralitycznym... :D jann (2013-10-21,07:46): Na mnie nawet w pracy patrzą jak na dziwadło jak im mówię gdzie i ile ostatnio biegłem a w Mc"Donaldzie na szczęście nie musimy jeść nożem i widelcem :),Pozdrawiam
|