2013-09-18
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Wrocław (powrót po latach dwóch)... (czytano: 831 razy)
PATRZ TAKŻE LINK: http://www.youtube.com/watch?v=LIBjUBn_TJY

Kiedys dawno, dawno temu zamarzyłam sobie, by pobiegnąć maraton.
Śmiałe marzenie zważając na stan mojej ruchliwości i mego usportowienia.
Ale... postanowienia moje mają to do siebie, że na ogół je realizuję; może niekoniecznie po trupach, ale jednak.
Wtedy też. Na miasto debiutu maratońskiego wybrałam Wrocław, bo w gruncie rzeczy nie mogłam wybrać innego miasta. Ja po prostu mam do Wrocławia wielką słabość; lubię to miasto, uważam, że - podobnie jak Kraków - ma genius loci.
Ergo: Wrocław!
To był 2008 rok, przygotowałam się najlepiej jak potrafiłam, stanęłam na starcie maratonu i ten maraton ukończyłam. Idealnie zgodnie z założeniami - chciałam złamać pięć godzin i je złamałam, chciałam to zrobić metoda Gallowaya, i tak właśnie to zrobiłam. Generalnie bardzo wtedy byłam z siebie zadowolona.
To była pierwsza odsłona Maratonu Wrocław na Stadionie Olimpijskim. Rewelacyjna organizacja i w ogóle wszystko super.
No i debiut!
Udany:)
A potem biegałam sobie dalej. Różne dystanse w różnych miejscach - mniej i bardziej pięknych. W tym oczywiście maratony. Natrzaskałam ich troszkę:)
Zeszły rok był dla mnie rokiem walki o zdrowie; trzy operacje (w tym dwie bardzo poważne), które to problemy wykluczyły mnie z biegania (oj, źle mi z tym było, bardzo źle nawet). W zasadzie nie wolno mi było biegać do lipca tego roku, ale nie strzymałam i w połowie lutego zaczęłam nieśmiało pobiegiwać.
Apetyt rósł w miarę jedzenia:)
W marcu pierwsza po przerwie połówka i zaskoczenie. Stres, jaki przezywałam, dał się porównać tylko ze stresem debiutantki.
A potem w ogóle zaczęło być zabawnie, bo okazało się, że przed każdym jednym startem (nawet na dystansie pięciu kilometrów) stres chrupał mnie aż miło. Sama z siebie się śmiałam, ale nieco mnie to niepokoiło.
Stwierdziłam,że czas wrócić do maratonów, bo ja ten dystans po prostu kocham.
Wybór mógł być tylko jeden - Wrocław!
Przygotowywałam się do tego powrotu trochę - tyle, ile mogłam.
Biegi próbne nie napawały mnie przesadnym optymizmem, ale:
- po pierwsze na ogół biegałam je w upale
- po drugie wiedziałam, że jeżeli już, to tylko Wrocław!
W przyszłym roku 19 marca czeka mnie kolejna operacja, która znów na rok wykluczy mnie z biegania, a wiedziałam, że jeżeli teraz nie podejmę wyzwania, to po trzech i pół roku przerwy mogę się na maraton nie zdecydować już nigdy i zamienić się w mentalną matronę;)
Maraton Wrocław nadchodził wielkimi krokami.
Jeszcze był bieg ku Madonnie, który pokazał mi, że kilka godzin wysiłku mnie nie złamie, ale i niepewność jeszcze większa, bo boleśnie ta Madonna ukazała mi moje braki.
Mentalność zaczynała siać defetyzm...
A potem Krynica i Życiowa Dycha - śmieszny bieg, który jest małym kłamstewkiem, bo co to za bieg, na którym przeważnie jest z górki:)
Ale na mnie podziałał dobrze, bo wtedy właśnie podjęłam decyzję ostateczną: Nie tylko wystartuję we Wrocławiu, ale ja ten maraton ukończę i nie umrę! Koniec! kropka!
A ponieważ- jak wspominałam wcześniej - ja swoje postanowienia na ogół realizuję, nie było odwrotu:)
Pogoda w tygodniu poprzedzającym napawała mnie żywym niepokojem, ale cóż... słowo się rzekło!
Pojechaliśmy do Wrocławia. Do biura zawodów na początek.
A początek zachęcający nie był, bo okazało się, że w przeciwieństwie do lat ubiegłych przy wjeździe pod biuro zawodów pobierana jest opłata parkingowa. Rzewne jaja:)
W biurze zawodów było jeszcze rzewniej, bo wszystko działało sprawnie (bardzo sprawnie nawet), ale... organizator w tym roku ustanowił kategorię debiutantów maratońskich i stosownie do tego zaistniał stosowny oddzielny stolik, przy którym osoby debiutujące w maratonie miały się weryfikować.
Fajnie, nie?
Jeszcze fajniejsze było to, że ów stolik był podpisany wielkim i rzucającym się raczej w oczy napisem o wielce znaczącej treści DEBIUTAŃCI.
Ci "debiutańci" przez Ń mnie rozwalili i wprowadzili w doskonały nastrój:)
Potem pojechaliśmy do klasztoru i rozlokowaliśmy się przykładnie. Jasiek i Kuba dostali jeden pokój, my drugi.
Chwila odpoczynku i złożyłam Piotrkowi wielce interesującą propozycję spaceru po nocnym Wrocławiu. Bez dzieci!
Młodzież została usadowiona przy laptopie i filmach na internecie, a rodzice ubrali się ciepło i... poszli w długą:)
Nie będę się specjalnie rozpisywać, ale to była naprawdę fajna randka:)
Co prawda Piotrek miał żywe obawy, czy w trakcie pozowania do zdjęcia nie wpadnę do fontanny, ale ja podeszłam do tego z całym spokojem. "Jeżeli wpadnę, to znaczy, że było mi pisane i już" :)
Nie wpadłam; ergo: pisane mi nie było.
Powrót do klasztoru, przygotowanie ciuchów biegowych na następny dzień, przypięcie numeru do koszulki i czas spać!
Rano wstałam bez problemu, acz pełna obaw dotyczących mojego startu. I pogody.
Mam bardzo niską odporność, od byle czego choruję, katar łapię szybciej niż oddech i w związku z tym wolałam, żeby mnie wiatr na trasie nie smagał zbyt mocno. Ulewny deszcz również.
No, nie do końca się to spełniło:)
Z przygodami (komunikacja miejska) pojechaliśmy na miejsce. Jeszcze ciuchy do depozytu, jeszcze wizyta w toalecie, małe truchtanko przed startem i... czas na start się udać.
Smolny! Idzie.
Ego: szybkie dodawanie mi ducha przez Sławka.
Jacek! Idzie.
Ergo: szybkie dodawanie mi ducha przez Jacka.
Gabrysia Haczyk! Idzie.
Ergo: szybkie dodawania mi ducha przez Natalię i Jarka, bo Gabrysia sama dziś debiutuje i sama jest w stresie (acz pełna wiary. Uzasadnionej. Ukończyła i to na podium!).
Żegnam się z Piotrkiem, oddaję mu kurtkę i staję w swojej strefie startowej. Małe rozciąganie, stres mnie chrupie, i... jakoś tak szybko to zleciało, bo już start.
Postanowiłam ten maraton przebiegnąć bardzo uczciwie. Bez pogaduszek, bez wygłupów, skupić się na swoim biegu i zrobić to najlepiej, jak obecnie potrafię.
Drogę do celu obrałam następującą: do 15 - 17,5 kilometra biegnę z grupą na 4.45 (wtedy ustalę sobie tempo biegu), potem przechodzę do Gallowaya (bieg pomiędzy punktami odżywczymi i odświeżania, przy punktach minutowy marsz. Taktyka nie najgorsza, osobliwie, że ja i tak w biegu z punktów odżywczych korzystać nie umiem. No i żadnego maszerowania pomiędzy punktami, żadnego wyszukiwania pretekstów!).
Jak postanowiłam, tak zrobiłam.
Byłoby milej, gdyby od samego początku nie chciało mi się sikać (mnie się zawsze chce i zawsze tracę na to sporo czasu).
Ale nie myślałam o głupotach, tylko dzielnie biegłam.
Bez gadania, bez wygłupów. Skupiona na sobie maksymalnie.
To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo w czasie tego biegu w zasadzie nie myślałam.
To dziwne, bo dla mnie bieg zawsze jest czasem bardzo intensywnych rozmyślań i rozmowy z samą sobą (czasem na głos:)
Tym razem nie oddawałam się rozmyślaniom, tylko w duchu śpiewałam sobie piosenki, które pomagały mi utrzymać moje tempo biegowe, czyli 6:30/km
To poskutkowało, bo nawet, kiedy mi tempo spadało, to piosenka śpiewana w duchu pozwalała mi na nie z powrotem wskoczyć.
Na 15 kilometrze mój pęcherz postawił mnie pod ścianą (albo w tej chwili skorzystam w toitoia, albo się zesikam)!
Skorzystałam.
W tym czasie grupa na 4.45 pobiegła dalej, a ja nie zamierzałam ich gonić, bo chciałam ukończyć maraton w dobrej formie a nie zagonić się bezsensownie i nie wiadomo po co.
Sikanie ujawniło niestety jeszcze jeden potężny minus.
Mianowicie od jakichś siedmiu kilometrów padał deszcz. Nie przeszkadzało mi to, bo nie było wiatru i w gruncie rzeczy było dość ciepło. Ale po siedmiu kilometrach biegu w deszczu byłam, jak się nietrudno domyślić, kompletnie przemoczona.
Kiedy zdjęłam spodenki i majtki, nie udało mi się ich już niestety założyć idealnie, co w efekcie musiało się skończyć raną w pachwinie. I się nią skończyło. Na szczęście w czasie biegu tego nie czułam.
Nie czułam też tego, że - jak zwykle - do krwi tnie mnie stanik. (No, psi syn jeden zawsze tnie! Kiedy był nowy nie ciął, a teraz nieco się chyba zużył i po każdym biegu mam pocięte do krwi ramiona, piersi, plecy pod zapięciem stanika. Wkurzające i bolesne jak jasny gwint!)
Sobie biegłam, dzięki deszczowi biegło mi się znakomicie i była to duża przyjemność, ale ...w pewnym momencie poczułam, że pod lewą stopą zrobił mi się bąbel. Chyba.
Potem okazało się, że nie "chyba", tylko na pewno i duży drań. Nic to!
Póki co, biegłam:)
No i tak biegłam sobie i maszerowałam przy punktach, zastanawiając się jednocześnie, co przyświecało organizatorom, kiedy w zeszłym roku wpadli na pomysł zmiany trasy.
Poprzednia trasa była gładka jak stolnica (no dobra, tendencyjnie pomijam te dwa malutkie podbiegi na wiadukty) i bardzo ładna.
Trasa obecna jest trudniejsza (i pikuś!), ale jest też po prostu brzydka!
Wrocław jest pięknym miastem i poprzednia trasa to pokazywała a ta obecna pozwala się tego jedynie domyślać, i to przy sporej dozie dobrej woli. A szkoda!
Trudy maratonu zaczęłam odczuwać (ku swemu ogromnemu zaskoczeniu zresztą) dopiero na 38 kilometrze. Do tego czasu biegło mi się genialnie a na 38 zaczęłam czuć, że to jednak maraton.
Odczuwałam, ale biegłam. Na 40 zaczęło być bardzo ciężko. Nie jakaś ściana czy tym podobne hopsztosy, ale po prostu zmęczenie, ból lewej stopy (nieszczęsny bąbel) ból kolan (zaradziłam, polewając je obficie zimna wodą), i generalnie takie "zmęczona jestem".
Z drugiej zaś strony potężna ulga, że takie coś poczułam dopiero dwa kilometry przed metą, więc generalnie nie mam najmniejszych powodów do narzekania:)
Co ważne: ja na trasie w ogóle nie myślałam na temat "czy zdążę", "jaki będę miała czas", "kiedy przejdę do marszu". Nie, tych myśli nie było.
Była potężna koncentracja na samym biegu i zadowolenie, że nie jest ze mną tak źle:)
A potem słynny szpaler drzew przy wbiegu na metę, jeszcze Piotrek cykający mi fotkę i meta:)
5:04:38
Jestem bardzo zadowolona, bo bałam się tego powrotu bardzo a tymczasem poszło jak z płatka:)
A że człowiek jest stworzeniem głupim, to już pod prysznicem zaświtała mi myśl, że może bym tak pobiegła w Poznaniu? No bo skoro i tak tam będę:)
Potem powrót do stęsknionego i zmarzniętego Piotrka, maleńkie co nieco i czas do klasztoru, do dzieci.
Jak było?
GENIALNIE!
Cytując słynną kwestię Jacka Nicholsona z "Lśnienia" Stanleya Kubricka, mogę powiedzieć śmiało:
Wendy, I"m home!
W linku piosenka miła:)
Fotki to nocny spacer i dzienna meta.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora jacdzi (2013-09-18,13:40): OCZYWISCIE ZE GENIALNIE! A wybor mogl byc tylko jeden - WROCLAW! DamianSz (2013-09-18,17:04): Gratuluję. Jakie to wspaniałe uczucie ukończyć maraton. Twoja postawa powinna zachęcić tych, którzy jeszcze się wahają i boją. Tr (2013-09-18,18:18): Tylko cztery minuty i masz to Dębno! KUrczę no.. Gratulacje Gaba. Bardzo ładny czas. alchemik (2013-09-18,18:45): Gratuluje uporu i ukończenia maratonu.Masz rację maraton to coś magicznego a maraton połączony z Wrocławiem to dopiero jest super mieszanka. ikusia (2013-09-18,21:54): Brawo Gaba! aż zaczęłam żałować, że nie biegłam tego maratonu z Tobą :) mamusiajakubaijasia (2013-09-19,06:39): Iza, Dębno odpuściłam. Za daleko i za dużo mnie kosztuje psychicznie. Póki co, BYĆ MOŻE, Poznań, a potem przerwa do Wrocławia 2015 roku. Słuch ważniejszy! jann (2013-09-19,08:02): Dałaś radę , Gratulacje, Dla mnie Wrocław był też fajniutki chociaż liczyłem na lepszy czas. Pozdrowienia Marfackib (2013-09-19,09:01): Gratulacje Gabrysiu :-)) Powroty są piękne. paulo (2013-09-19,09:16): i proszę, ze śpiewem na ustach jakże ładnie można pobiec :) Gratuluję! kluseczka (2013-09-22,14:34): gratuluję Gaba, powroty są bardzo trudne, pisałam, że nie wrócę, ale...zbieram się i zaczynam wszystko od podstaw, wracam powoli, ale nie mam jeszcze odwagi o tym pisać, ściskam
|