2013-09-13
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Krynica nie jest tym, czym się wydaje... (part three) (czytano: 509 razy)

...rano wstałam, by iść na start maratonu...
Bo ja bardzo lubię chodzić na start maratonu i chłonąć atmosferę przed:)
W rejonie startu krótkie spotkanie z Radkiem i Darkiem, chwila pogawędki, życzenia powodzenia dla Marysi i... poszli!
Ja też poszłam, ale gdzie indziej (kaweczka!).
Okazało się, że Mateusz boi się mnie już jakby mniej (i zrozum tu faceta! Nawet młodziutkiego ;)
Potem kolejny wykład - Wojtka Staszewskiego tym razem. I od razu ciekawostka:
Otóż istnieją dwie teorie dotyczące biegania maratonów:
- jedna z nich głosi, że drugą połówkę powinno się biegnąć odrobinę szybciej niż pierwszą
- druga, że maraton należy biegnąć w idealnie równym tempie - obie połówki.
Pod to układa się plany treningowe i rozpiski międzyczasów na sam maraton.
Wojtek Staszewski po przeanalizowaniu wyników zawodników biegających w okolicach 3 godzin Maraton Warszawski (a więc już dobrych biegaczy, przy których wynikach różnica pomiędzy czasem brutto a netto jest minimalna) stwierdził, że to niekoniecznie jest prawdą. Zaledwie jeden zawodnik z próbki (wybranej losowo) tę druga połowę biegł szybciej. Cała reszta drugą biegła minimalnie wolniej.
Wnioski:
Zamiast dążyć do mało realnego ideału, należy realnie rozpisywać międzyczasy na maraton i realnie planować czas jego ukończenia. I nie popadać we frustrację, że druga połowę biegło się nieco wolniej.
Boże mój! Jakież to proste, logiczne, banalne i oczywiste:)
Potem jeszcze trochę pracy i zasadniczo... jestem wolna:)
Ach, piękna chwilo:)
Idę więc do pokoju naszych panów, gdzie właśnie cierpi po ukończeniu maratonu Smolny; cierpi, bo go łydki bolą.
Wtedy to Dybol proponuje mu pomoc w postaci masażu, na którą Sławek zgadza się ochoczo.
Wojtek nie uprzedzając go, na czym to będzie polegało, wbija mu kciuk w łydkę. Sławek ryczy strasznym głosem i wypowiada wszystkie te brzydkie słowa na K. i P.
Ja patrzę zafascynowana. Wojtek mało subtelnie traktuje łydkę Sławka, za co ten mu płomiennie dziękuje, bo metoda okazał się być skuteczną.
Przed drugą łydką Wojtek już Sławka ostrzega.
Ech ci masażyści - sadyści:)
Potem żegnam się z panami i idę do siebie, a następnie na obiad - po drodze panowie zgarniają mnie ze sobą.
Obiad jest smaczny - nie powiem, ale czas oczekiwania na niego (godzina bez jednej minuty) nieco nas wkurza. To nie była wykwintna restauracja! Hotel Copernicus w Krakowie też nie!
Przy stole niewinne żarciki i przekomarzanki, gang bang szaleje w tle. Zaczynam się nieco obawiać...
A potem, po obiedzie idziemy do siebie.
Tam zaleganie z Martyną, Sławkiem i Benkiem na moim szerokim łóżku i głupie zabawy z futrem w tle;)
A potem ból pożegnania i żal rozłąki.
Michał ze Sławkiem idą pościągać flagi, my z Sebastianem na krótki spacer na deptak. i ... czas do domu czas...
Wyjeżdżamy z Michałem z Krynicy, chwilę później dołączają do nas Sławek z Sebastianem, pakujemy quada na przyczepkę i ruszamy w drogę.
Na wstępie dowiaduje się, jakie są objawy buractwa. Zasadniczo z przykładem się zgadzam.
Potem wałkujemy odchudzanie. (Zasadniczo zamiast wałkować odchudzanie, należałoby się po prostu odchudzić:)
Jedziemy.
Gang bang w tle...
W pewnym momencie z żywym zaciekawieniem w głosie pytam szanownych panów, co też to takiego ów "gang bang".
Panowie robią dziwne miny (pod tytułem "jestem strusiem i gdzie do diabła jest ten piasek") i odmawiają odpowiedzi. Sławek sugeruje, żebym sobie wygooglowała. Na głos wyrażam obawę, że po wygooglowaniu może się przypadkiem okazać, że jestem niewiarygodnie głupią i naiwną dupą. (Wygooglowałam. Potwierdziło się. Jestem. Nie chowam urazy.)
Jakiś czas potem Sławek rzuca propozycją "Gaba, zgwałcę cię" i puszcza na komórce budujący utwór o Bożence. No zgwałcił mnie ewidentnie i przeorał mi psychikę. Potem drugi (już nie o Bożence, ale też typu "radło do orania mózgu"), a na koniec pyta "pozwolisz, na jeszcze trzeci?".
Wtedy umieram ze śmiechu i mówię, że w życiu jeszcze nie rozmawiałam z facetem, który z grzecznym uśmiechem na ustach pyta: "Gaba, pozwolisz, że cię trzeci raz zgwałcę".
Chwila zrozumiałej w tej sytuacji uciechy i gwałt się dokonuje.
Jedziemy dalej, panowie odstawiają mnie do Rudawy, ja do domku, oni do Sosnowca, Opola i dalej.
W domu stęsknione dzieci witają mnie ogniście, stęskniony mąż również.
Co sądzę o Festiwalu Biegowym Forum Ekonomicznego w Krynicy?
To wielkie biegowe święto - to raz.
Fajnie to pomyślane, bo biegać tam może każdy: od dziecka, do człowieka po zawale, i generalnie nie ma tam czasu na nudę - to dwa.
Nawet jeżeli ktoś nie biega, to raczej się nudził nie będzie, bo przez całe trzy dni festiwalu odbywa się cykl interesujących wykładów - to trzy.
Można się najeść darmowych lodów (jeżeli ktoś lubi lody firmy Koral - ja nie przepadam) - to cztery.
Można dzieciaki obsypać gadżetami - to pięć.
Naprawdę ciężko nie spotkać tam ŻADNEGO znajomego, bo w Krynicy jest wtedy pewnie 2/3 biegowej Polski - to sześć.
Minusy?
Są, a jakże, bo być muszą.
Osobiście nie podoba mi się to, że organizatorzy nie liczyli się w ogóle z głosami znawców tematu i sugestiami ambasadorów festiwalu, w wyniku czego Bieg Siedmiu Dolin nie był aż tak wspaniały i nie budzący złych emocji, jak mógłby być, czy jak był w zeszłym roku.
Dekoracje trochę zagubione w gąszczu imprez.
Pewien chaos informacyjny, który zaobserwowałam w pierwszych dwóch godzinach po otwarciu biura zawodów.
Pewnie było tych minusów więcej, ale nie chciałam chyba ich widzieć, a teraz nie chcę ich punktować.
Generalnie fajny weekend za mną. Bardzo Fajny, i cieszę się, że w tej Krynicy byłam, że robiłam tam to, co robiłam, że spędziłam czas tak, jak spędziłam:)
To są MOJE największe plusy.
No i po Krynicy przestałam się AŻ TAK BARDZO bać Wrocławia, do którego jadę jutro.
Po dokładnie dwuletniej przewie (ostatni maraton biegłam dokładnie dwa lata temu we Wrocławiu), po trzech operacjach (w tym dwóch bardzo poważnych) w zeszłym roku, pojutrze o dziewiątej rano znów stanę na starcie maratonu.
Tym razem się tego boję.
Tym razem nie mam nastawienia "Przecież wiadomo, że ukończę, a czas jest sprawą wtórną".
Tym razem BARDZO CHCĘ skończyć, i daj mi Panie Boże mądrość i rozwagę, bym skończyła, nie robiąc sobie krzywdy!
PS. W poniedziałek - zimno i lało,
we wtorek - ciepło i sucho,
w środę - zimno i lało,
w czwartek - ciepło i sucho,
w piątek (dziś) - zimno i leje...
...jeżeli ta szachownica się utrzyma, to jutro będzie ciepło i sucho, zaś w niedzielę na maratonie odmoczę i odmrożę sobie nerki.
Witaj przygodo!
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora jacdzi (2013-09-13,12:38): A jutro bedzie cieplo i sucho ;-) sugar32 (2013-09-13,16:06): Może z tym ciepłem to nie przesadzajmy ,żeby tylko nie padało no i nie wiało-no chyba że w plecy :) do zobaczenia na trasie :) Magda (2013-09-13,21:19): będę trzymać kciuki :)))) paulo (2013-09-13,22:03): powodzenia :) (2013-09-13,22:07): skończysz, na pewno! jann (2013-09-18,07:34): I ja tam byłem miód i wino piłem. Imprezy biegowe super, dyskusje i wykłady super, lekki bałagan organizacyjny no cóż to wielka impreza widziałem gorszy, spotkania z przyjaciółmi i atmosfera super, gadżety mogą być- to przyjemny dodatek drażniący naszą próżność, najgorsze było wyśrubowanie czasów na BSD a dyskutowałem o tym z twardymi gościami.Ogólnie 4+. Sprawdzimy czy się poprawią w przyszłym roku. Pozdrawiam. PS. widziałem że Wrocław nie taki straszny dla Ciebie:) mamusiajakubaijasia (2013-09-18,07:39): Wrocław przeżyłam. Z przyjemnością:) Wpis będzie dzisiaj:)
|