2013-09-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Krynica nie jest tym, czym się wydaje... (part two) (czytano: 839 razy)
PATRZ TAKŻE LINK: http://www.youtube.com/watch?v=lMY9vLhoOAs

...Rano wstałam.
Obudziłam Michała (nie powiem jak spał!), zjadłam śniadanie i do pracy!
Z ciekawostek: nie wiedziałam (a teraz już wiem), że piersi kobiece w czasie biegu odchylają się od ciała w ten sposób, że odległość przebyta przez te piesi da się dokładnie policzyć.
I nie jest prawdą, że pracują tylko piersi duże – małe też pracują, tylko mniej.
Małe w czasie maratonu „przebywają odległość” 450 metrów; duże około 1,5 kilometra niezależnie od trasy i naszego ciała. Ergo – moje machają (w dosłownym tego słowa znaczeniu) te swoje 1,5 kilometra i nic dziwnego, że jeżeli nie mam na sobie pancernego sportowego stanika, to po prostu bolą. Muszą boleć! Nie ma innej możliwości.
Potem przerwa w pracy, a potem moja dyszka:)
Cieszyłam się na nią i wcale się nie zawiodłam.
Już na starcie spotkałyśmy się z Ikusią i postanowiłyśmy biegnąć razem - lajtowo.
Ale ponieważ biegło się znakomicie, to ten lajcik był taki nieco mniejszy:)
Po drodze ucieszna przygoda z pewnym znajomym biegaczem, który - acz starszy już mężczyzna, okazał się być gówniarzowatym, humorystycznym dość chamciuchem.
Ja opowiadałam Ikusi treść wykładu Izy Zatorskiej, Ikusia dyszała i biegłyśmy sobie. Potem Ika nieco zdychała, więc ją ładnie motywowałam, że da radę i że jest świetna, i zakończyłyśmy w Muszynie:)
Było mi niesamowicie miło, że Michał, Benek i Sebastian poczekali na nas (a w każdym wypadku wyglądało to tak, jak gdyby poczekali, bo reszta skończyła znacznie wcześniej, a jednak czekali:)
Z Muszyny Miniuś zabrał nas z powrotem do Krynicy, szybki prysznic Gabuni i z powrotem do pracusi.
Wykład Darka Kaczmarskiego był znakomity!
Tak po prostu :)
Wysłuchałam go z największą uwagą, bo i temat bliski (niestety) moim zainteresowaniom (waga! i walka z nią)
Potem wykład Jerzego Skarżyńskiego, szybkie napisanie tekstu i koniec pracy na dziś:)
(Wiem, że o Jerzym i do Jerzego wszyscy mówią Jurek. Ale ja z uporem maniaka wciąż tego "Jerzego" używam, bo to piękne imię:) Do mojego synka też mówię Jerzyku, albo Jerzy właśnie:)
Potem niespieszne pochłonięcie obiadokolacji (straszne słowo, ale posiłek pyszny), w czasie której dowiedziałam się, że wraz z innymi jestem zaproszona na urodziny Martyny.
- Gdzie?
- No, tam gdzie mieszkają.
- Ok, ale to znaczy gdzie?
- Tam.
- Aha, a na którą?
- Wtedy, kiedy my pójdziemy.
Bardzo konkretne odpowiedzi, osobliwie w sytuacji, kiedy chciałam iść pokrzyczeć na mecie Radkowi, a potem obiecałam Kamilowi drzeć dla niego gębę podczas dekoracji:)
Ruszyłam w okolice mety, tam spotkanie z Miniaczkami i Miłoszem i rozpoczęcie oczekiwania na Radka a przy okazji darcie gąb dla finiszerów.
W końcu – JEST! Nadbiega. NASZ RADEK.
Jak to ktoś powiedział (niezamierzona przez autora wypowiedzi dwuznaczność) – Radek, jesteś wielki!
Krzyki, uściski, oklaski, gratulacje... Ukończył w limicie, żyje i ma się dobrze, acz z miejsca zaczął marznąć (i nie jest to dziwne, w sytuacji, kiedy właśnie zmierzchało a wszak mamy już jesień). Radek z Miłoszem poszli do siebie na kwaterę przebrać się i odświeżyć Radka po biegu (Miłosz zszedł z trasy na 66 kilometrze trasy i był już odświeżony), my zaś w trójkę udaliśmy się pod scenę, bynajmniej nie po to, by słuchać Budki Suflera, tylko by krzyczeć Kamilowi.
Rozpoczęła się dekoracja i poczęto wywoływać zwycięzców. Nasz Kamilek wyglądał przy tych kosmitach (sam niewątpliwie nim będąc) jak krasnoludek z innej bajki. Inni zawodnicy ubrani w sportowe ciuchy a nasz dzieciak w białych spodniach, białej koszuli i różowo-koralowej marynarce! Robił wrażenie.
Pokrzyczeliśmy na początek tak na „iiiiii” i oklaski, a potem jęłyśmy oczekiwać na dekorację w kategoriach wiekowych – tam już chciałyśmy krzyczeć po imieniu:)
Na marginesie – czułyśmy się tam z Iką nieco dziwnie. Dookoła nas kuracjusze w różnym wieku, którzy najwyraźniej przyszli na koncert Budki Suflera, który miał się zacząć bezpośrednio po dekoracji, a wśród nich my – drące się i oklaskujące dekorowane panie i panów:)
Kiedy na scenę (w kategorii wiekowej) wyszedł Kamil, poszłyśmy na całość, i jęłyśmy opętańczo zgoła krzyczeć „Kamil, Kamil”, podskakiwać i klaskać nad głowami. Cel został osiągnięty! Kamil nas zobaczył, rozpoznał i pomachał nam przyjaźnie:)
Pani stojąca przed nami spojrzała na nas z wyraźnym przestrachem w oczach, na co odpowiedziałam jej z uśmiechem „To nasz kolega”, pani zrozumiała nasze potężne uczucia i uśmiechnęła się również:)
Po dekoracji Kamila wycofałyśmy się dyskretnie robiąc miejsce dla coraz liczniej napływających fanów Budki Suflera.
I tu dygresja, bo są rzeczy, które mnie zwyczajnie rażą.
Otóż...
Mam pełną świadomość tego, że kobiety biegają wolniej od mężczyzn. Inna motoryka, inny poziom innych hormonów, inna budowa, inne uwarunkowania, no w ogóle wszystko inne. Nikomu, kto choć raz widział kobietę i widział choć raz mężczyznę, różnic tłumaczyć nie trzeba, bo te rzucają się w oczy same.
Jeżeli już organizatorzy jakiegoś biegu (w tym przypadku Biegu Siedmiu Dolin) zauważają te różnice i szanują je na tyle, że robią osobną klasyfikację generalną dla pań i osobną dla panów (a nie po prostu jedną klasyfikację open), to nie powinni różnicować zawodników ze względu na płeć przy nagradzaniu!
Nagrodzonych zostało 12 mężczyzn i 6 pań(sic!).
Głowna nagroda dla mężczyzny wynosiła 15.000 zł, główna nagroda dla pani 6.000 zł, czyli mniej niż połowę tego, co wybiegał najlepszy mężczyzna.
(Na marginesie – pierwsza kobieta na mecie była ósmym zawodnikiem (celowo napisałam to w rodzaju męskim), więc jakoś tam szczególnie poziomem biegowym od tych cudownych i odpowiednio wysoko nagrodzonych facetów nie odbiegała.
Mnie coś takiego oburza!
Albo uznajmy, że płeć nie ma znaczenia i zróbmy jedną klasyfikację generalną bez podziału na płci, albo, jeżeli już te różnice płciowe widzimy i pragniemy docenić, to nagradzajmy je równo.
To moje zdanie i niekoniecznie trzeba się z nim zgadzać.
Do rieczi!
Po dekoracji udało nam się odnaleźć Radka i Miłosza i jęliśmy się zastanawiać nad dalszą organizacją wieczoru. Wiadomo było, że obaj są potężnie wykończeni (Miłosz chodził w taki sposób, jak gdyby przez dwa miesiące dzień i noc nie schodził z konia. Ułan to mało powiedziane), ale nie mieliśmy też wątpliwości, że następne spotkanie czeka nas nieprędko.
A wiśniówka w plecaczku Miniaczka czekała!
Skierowaliśmy swe kroki w stronę słynnej krynickiej fontanny, jeszcze szybkie spotkanie z Kamilem, który już zmierzał do Martyny na imprezę urodzinową, jeszcze telefon od Sebastiana z prośbą o kupienie zwykłej czarnej herbaty, wręczenie Kamilowi piątaka na tę herbatę i.... zasiedliśmy:)
Drewniane ławeczki były wygodne, widok przyjemny, okazja niebanalna... Grzechem byłoby tego nie uczcić:)
(Ostatni raz alkohol w miejscu publicznym – ale puszkę z piwem miałam ukrytą w papierowej torebce - piłam w dniu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, czyli jakiś czas temu:)
Ale, jak to kiedyś trafnie zauważył Grześ Turnau:
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita, albo zachód słońca,
lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się nic
I nie stanie się nic aż do końca.
No i nic się nie stało:)
A już na pewno nic się nie stało do końca ;)
Wiśnióweczka krążyła między nami i rozgrzewała nam krew, my z każdą chwilą szczęśliwi coraz bardziej cieszyliśmy się wzajemnie swoją obecnością, a przechodniom zaczepiającym nas z pytaniem „którędy na deptak?”, odpowiadaliśmy grzecznie którędy, a ja za każdym razem dodawałam grzecznie „Państwa zdrowie!”, budząc tym zdumione spojrzenia.
No, naprawdę strasznie już dawno nie piłam wódki w parku:)
Wszystko co zaczęte kiedyś się jednak kończy a marna półlitrówka nie jest naczyniem bez dna:(
Powstało pytanie „Co dalej”; ja stwierdziłam, że muszę już do Martyny, moi towarzysze (i towarzyszka) stwierdzili, że mnie trochę odprowadzą. Po drodze zapadła decyzja, że nie tylko mnie odprowadzą, ale i przyłączą się do uciech:)
Jeszcze krótkie i przypadkowe spotkanie w sklepie z Anią Arseniuk (bo w Krynicy chyba najłatwiej spotkać się przypadkiem w sklepie) i marsz do celu (z kolejną prośbą od Sebastiana - tym razem o kupienie wody. Kamil herbaty nie kupił, więc i o herbatę przy okazji).
Dotarliśmy na miejsce, uściskali czcigodną jubilatkę, zostali powitani serdecznie i zapadliśmy w jedną z najdziwniejszych imprez urodzinowych, w jakich zdarzyło mi się brać udział...
Fajnie było:)
Setkowicze byli zmęczeni, ale szczęśliwi. Tylko ruszać się za bardzo nie mieli ochoty;)
Siedzieliśmy, gadali, degustowali, co było do zdegustowania. Potem młodzież biegowa się pożegnała, Sebastian zaczął przeżywać utratę palmy pierwszeństwa w kategorii „najprzystojniejszy”, potem – zapewne w charakterze słodkiej zemsty – jął ze mnie zdejmować napięcie i nieuświadomioną złość, która spinała i usztywniała mi łopatki. Było to bardzo przyjemne, acz bolało jak jasny gwint!
Kiedy się zorientowałam, że Smolny z diabolicznym uśmiechem na twarzy dokumentuje wydarzenie, rychło zakończyłam ekscesy:)
Czas płynął i Smolny dał sygnał do odwrotu. Wszak on jutro biegnie maraton!
No dobrze, cóż było robić, poszliśmy.
A ten piekielnik miał swoje plany i jeszcze zawlókł nas do dyskoteki!
Kiedy zobaczyłam, co tam się na parkiecie wyrabia, mocno skonfundowana szepnęłam Ice do ucha, co o tym myślę, a chwilę później zupełnie nie pytana przez Miniusia, co o tym sądzę, zostałam porwana w tany.
Danserką to ja nie jestem! Oj, nie...
Ale postanowiłam sobie nie zaprzątać tym mojej ślicznej główki i z zapamiętaniem oddałam się dzikim harcom, zupełnie się nie oszczędzając, bo i po co?
Fajnie było:)
Po chwili już nieźle spocona wywijałam z Miłoszem aż miło:)
Czegośmy tam nie robili?!
Ale zabawa była naprawdę przednia! Przy wodzie z cytryną!
Oj, pobrykałam z naszymi panami, pobrykałam jak głupia.
Smolny w pewnym momencie zmył się po angielsku (maraton rano!), a my niezrażeni szaleliśmy dalej:)
Do czasu... kiedy około 3 rano Sebastian dał sygnał do odwrotu:(
Więc odbyliśmy wielki odwrót w doskonałych nastrojach, dworując sobie z szeroko rozumianych stosunków damsko-męskich, bo i atmosfera zdecydowanie temu sprzyjała:)
Że ja się nie przeziębiłam, to się szczerze dziwię. Byłam mokrusieńka!
Dotarliśmy na miejsce, pożegnanie z Miniaczkami i czas spać...
Kiedy rano wkładałam dżinsy, wciąż jeszcze były wilgotne po nocnych szaleństwach:)
A rano wtsałam, by iśc na start maratonu...
C.D.N.
P.S. Wszystkie te szaleństwa wyprawiałam zupełnie anonimowo, nie dając pożywki plotkarzom wyczulonym na koszulki i kurtki z napisem MaratonyPolskie.PL TEAM.
W linku piosenka:)
Był taki czas, kiedy w Krakowie większość imprez kończyła się chóralnym odśpiewywaniem tej pieśni. Tak 14 - 12 lat temu to było.
Mnie zarówno sposób śpiewania tej pieśni, jak i jej tekst wybitnie do minionej soboty w Krynicy pasują:)
Natężenie świadomości :)
Fotka: pewnie będzie, jeżeli tylko Ikusia coś mi przyśle.
Bo na razie nie mam nic!
Obiecana fotka autorstwa Miniaczka:)))
1. Przed startem na dyszkę
2. Kamil w swojej różowej marynarce - po prostu młody bóg!
3. Wódka w parku wypita...
4. Tańce (jak widać)
5. Kto ma cycki, ten ma władzę;)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora jacdzi (2013-09-10,20:57): Czekamy na kolejny fragment!
A skoro tak jest jak mowisz z tym dystansem pokonywanym przez piersi, w czasie maratonu wzgledem ziemi wiec przemieszczaja sie 42195+1500=43695m, nalezy Ci sie wiec handicap na starcie. (2013-09-10,21:07): z całym szacunkiem - póki co pań w POLSCE biega naprawdę mało... odpowiedni przelicznik nagrodowy jest jak najbardziej uzasadniony - moim bardzo skromnym zdaniem :-) ikusia (2013-09-11,01:08): nic dodać nic ująć tzn. nie dodać oczywiście zdjęcia, które już przesłałam :) Tr (2013-09-11,09:11): To nie jest tylko Twoje zdanie Gabrysiu. Tak myślą wszyscy, ktorzy myślą. Nie rozumiem jak można nadal traktować różnie kobiety i mężczyzn. To głupie, poniżające i po prostu chore. Marysieńka (2013-09-11,11:37): Dopóki facet będzie decydował o wysokości nagród(podobno tak własnie jest w Krynicy), dopóty kobiety będą zaliczały się do "drugiej" kategorii.....jeśli chodzi o nagradzanie...:) mamusiajakubaijasia (2013-09-11,11:41): Dokładnie, Marysiu!.......... A! Spotkałam się ostatnio z teorią, głoszącą, że o prawdziwym równouprawnieniu będziemy mogli mówić dopiero wtedy, gdy mężczyźni zaczną walczyć z dyskryminacją :) Tr (2013-09-11,12:46): A tam, gópoty opowiadacie dziewczynki. To nie ma nic wspólnego z płcią decydenta. Raczej z mentalnością, a ta jest jaka jest. Praca, praca i jeszcze raz praca nad sobą i nagrody będą równe. :)
|