2013-09-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Krynica nie jest tym, czym się wydaje... (part one) (czytano: 683 razy)

Byłam cztery dni w Krynicy z okazji Festiwalu Biegowego (nawet pobiegłam, choć nie tyle, ile bym chciała).
I tak się zastanawiałam, czy o tej Krynicy pisać, czy nie.
A jeżeli pisać, to jak?
Bo to absolutnie nie był wyjazd oczywisty.
W związku z tym, ponieważ to mój blog i poza kilkoma wpisami to co tu piszę, piszę dla siebie, postanowiłam jednak napisać, ale w różnych ujęciach.
Bo potraktować tego wyjazdu jednoznacznie nie potrafię a przede wszystkim nie chcę:)
Po kolei.
Przyjechaliśmy w czwartek wieczorem i już sama jazda nastroiła mnie bardzo pozytywnie. Co prawda jazda z przyczepką siłą rzeczy nie może być jazdą zbyt szybką, ale jechało się bardzo miło:)
Niesamowicie fajnie rozmawiało się z Michałem o historii: Zygmuncie III Wazie, głodzie na Ukrainie i w Indiach, Hitlerze, Stalinie... historii, czyli moim koniku (jego, jak się okazało, również). Bardzo fajne było to, że mamy do tej historii bardzo podobne podejście - to znaczy: nie daty. Daty można wykuć na pamięć (tylko po co, jeżeli w razie potrzeby zawsze można każdą datę sprawdzić na tablicy historycznej), ale związki przyczynowo skutkowe.
Psiamać, nie pamiętam, w którym roku królewicz Władysław (późniejszy Władysław IV Waza) został carem Rosji! Naprawdę nie pamiętam, ale nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Wiem za to, że Rosjanie sami o niego na swój carski tron prosili, wiem, że niesamowitą chrapkę na ten tron miał jego ojciec Zygmunt III, wiem, że Polacy jako jedyni pokonali wojska moskiewskie i jako jedyni Moskwę okupowali! I wiem, że data zakończenia tej polskiej okupacji Moskwy jest największym świętem narodowym Rosji. A datę zawsze sprawdzić mogę (sprawdziłam, to było w latach 1610 - 1612).
Tyle historii:)
Dojechaliśmy sobie do tej Krynicy, okazało się, że pierwszy nocleg mamy w Czarnym Potoku (ciekawy ośrodek z czasów "socjalizma" bardzo fajnie odnowiony i wyremontowany. Wieczorem szybka nasiadówka i ułożenie strategii na dzień następny. Potem spać.
Po śniadaniu dowiedziałam się, że mam dwie godziny czasu, no, 2 godziny i kwadrans.
Decyzja mogła być tylko jedna - na Jaworzynę!
Być może istnieje całe mnóstwo osób, które widząc Jaworzynę z okna nie odczuwają pokusy postawienia stopy na jej szczycie, ale ja do nich nie należę. Odczuwam! Potrzebę, wolę, konieczność!
Kurcze, przecież ta Jaworzyna to moja wczesna młodość (młodość aktualna trwa wciąż).
No to aparat na ramię, nogi pod pachę i ... hajda na kondory!
Kiedy tak szłam sobie do góry, rozglądałam się dokoła i jako typ mocno sentymentalny wspominałam sobie. "O tutaj zawsze wchodziłam na szlak, a pięćdziesiąt metrów poniżej stacji kolei gondolowej było pole namiotowe, na którym spaliśmy"; pamiętam, że leżeliśmy chyba w siedem osób pokotem w namiocie dwójce, ułożeni na sobie w różnych konfiguracjach i gadaliśmy o głupotach (wtedy jeszcze nie bałam się Pawełka C. i leżenie na ramieniu tego dzieciaka sprawiało mi niczym niezmąconą radość).
Potem, już na szczycie Jaworzyny, momencik sentymentalnego smuteczku, bo kolej gondolowa tę górę zepsuła. Oczywiście zrobiła z niej dość poważną stację narciarską, ale odebrała jej sporą część duszy.
Potem droga do schroniska i kolejne wspomnienia: kiedyś pojechaliśmy tam zimą (kolei jeszcze nie było) i w śniegu do połowy uda (zawsze byłam dość niska) przecieraliśmy przez kilka godzin szlak. Po przyjściu do schroniska (jeszcze przed remontem) siedliśmy w jadalni, ja przebrałam dżinsy na ciepłe leginsy, a dżinsy POSTAWIŁAM obok kaloryfera, żeby rozmarzły. Długą chwilę stały sztywno i dzielnie - no cóż, były zamarznięte do samych pośladków:) Spojrzenia ludzi, którzy na te samodzielnie stojące dżinsy wchodzili - bezcenne:)
A potem miejsce w lesie, w którym została zrobiona mi fotka, kiedy mam pełne dłonie lekkiego jak puch śniegu i w ten śnieg dmucham, a ten niczym puch unosi się do góry i opada mi na twarz. Podobno zdjęcie wyszło rewelacyjne, choć nigdy go nie zobaczyłam. Ale jestem zdolna w to uwierzyć, bo było robione z prawdziwą sympatią przez doświadczonego fotografa:)
Następnie w dół, bo czas kurczył mi się niemiłosiernie, a Michał kazał o określonej godzinie być z powrotem, ja zaś jestem posłuszna.
Więc fru na dół! Po drodze jeszcze telefon do siostry i małe zwierzenie (musiałam!) i już jestem z powrotem, już proszę, by chłopaki dali mi jeszcze 10 minut czasu, już po błyskawicznym pięciominutowym prysznicu wskakuję do auta i jedziemy po akredytację do Biura Prasowego, a potem zameldować się naszym docelowym ośrodku Boży Dar.
Potem jeszcze chwila czasu, więc Gabunia MUSI iść na kubek Zubera. No, po prostu muszę, bo ja tego śmierdziela po prostu uwielbiam!
I tu zaskoczenie, ponieważ pijalni nie ma!
Całkiem odłubana z szyb i roślinności przechodzi generalny remont. Na szczęście jest pijalnia tymczasowa i tam kieruję swe spragnione usta (na marginesie... Spragnione usta dość często były moim udziałem w trakcie tego wyjazdu. Pragnienia nie zaspokajałam :( ) i wychylam kubeczek śmierdolnika:) Zuberka kochanego:)
A potem zaczęła się praca, która wspomnień już nie nasuwała (i dobrze! Gdybym miała odpowiedzialnie ją wykonywać, kryjąc się za zasłoną zamglonego wspomnieniami spojrzenia, czułabym się i wyglądała jak krasnoludek z kompletnie innej bajki!).
Najpierw bieg przebierańców i robienie fotek, potem wykłady i praca z kamerką.
Po pracy, wizycie w biurze prasowym i napisaniu tego, co było do napisania, postanowiłam udać się do sklepu po mleko do kawy (no cóż, ja bez kawy na dzień dobry mam problem z rozpoczęciem egzystencji. Kawę miałam, mleka nie).
O dziewiątej wieczorem w Krynicy sklepy są już pozamykane, więc bacznie rozglądając się na boki, szukałam jakiegokolwiek otwartego. Łatwe to nie było!
I nagle... promyczek nadziei. Sklep MONOPOLOWO - Spożywczy czynny do 21.00. Rzutem na taśmę wkraczam do środka i ...
Kogóż widzą moje zmęczone oczęta?
Na środku stoi Miniuś, Ika i Miłosz:) Więc radosne powitanie, a po chwili z za ich pleców wyłania się Radek!
Powitanie zgoła płomienne:)
Jak to mówią: góra z góra się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem ... i tak dalej:)
Więc jeszcze chwilka spacerującej pogawędki i każde z nas udaje się spać (panowie w nocy startują na setkę).
Powrót do pokoju i do łóżka.
I tu dochodzę innego - może nieco bardziej sportowego aspektu tego wyjazdu. Oczywiście nie uprawiałam żadnych sportów w łóżku, ale...
W pewnym momencie Kamil zapytał mnie grzecznie, czy idę na start Biegu Siedmiu Dolin. O czwartej rano!
No, nie planowałam, bo nie jestem szalona a i potrzebę snu mam sporą, ale kiedy popatrzyłam na tego dzieciaka i zobaczyłam jak potężne błaganie ma w oczach, powiedziałam, że jasne, mogę iść. Dziecko ucieszyło się ogromnie i powiedziało, że to byłoby super, bo wtedy poszedłby ciepło ubrany a tuż przed samym startem oddałby mi ciepłe ciuchy. Na takie dictum wycofać ze zgody już się nie mogłam! Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Stwierdziłam, że przy okazji wezmę aparat i porobię zdjęcia z tego startu, bo cóż mi szkodzi, jeżeli tam już będę. Wymogłam tylko na Kamilu, by mnie obudził, bo sama z siebie o trzeciej z minutami mogę mieć zrozumiałe problemy ze wstawaniem:)
Kamil snuł się po pokoju, usiłując pakować się na przepaki. Nie szło mu! Oj, jak mu rozpaczliwie nie szło:) Był tak mentalnie niegotowy do tego biegu, że aż głowa bolała.
W pewnym momencie dotarło do mnie, że jak go nie wygonię spać teraz, już, natychmiast, to on gotów spać pół godziny przed biegiem górskim na sto kilometrów, albo i to nie!
Napoiłam dzieciaka gorącą herbatą i powiedziałam głosem jak spiż, żeby kończył te swoje przygody, bo jeżeli mam wstać o trzeciej, to ja muszę iść spać. JUŻ!
Kamil posłuchał, położył się do łóżka i....
Z hukiem otwarły się drzwi i wkroczyli Benek, Smolny i Sebastian, witając się z nami tyleż energicznie, co głośno.
I tu maleńka dygresja: otóż nie mam problemu z ganianiem w koszulce z budującym napisem "Kto ma cycki, ten ma władzę" i w Krynicy ganiałam w nim wyjątkowo chętnie, ale kiedy leżę już sobie w łóżku w piżamce, bez bielizny pod spodem, to wylezienie spod kołdry i prezentowanie się w pełnej bezbieliznowo-piżamowej okazałości ogromnie mnie peszy i jest rzeczą nie do przejścia. W efekcie tego moje powitanie z panami wyglądało tak, że witali mnie płomiennie w łóżku (cokolwiek by to nie znaczyło!), niemalże kładąc się ze mną.
Po czym temu zasypiającemu Kamilowi włączyli nad głową telewizor (mecz był) i jęli rozgłośnie ryczeć, kiedy był gol (nie został zresztą uznany przez sędziego).
Nic, tylko zasypiać:)
Na szczęście sytuację uratował Michał, zabierając ich do siebie i do ich właściwego pokoju.
Jeszcze wpadł Mateusz (miał spać z nami), speszony dość konkretnie przywitał się ze mną (też spod kołdry nie wylazłam) i poszedł do swoich obowiązków, a my spać...
Po trzeciej luby Kamilek obudził mnie, ubraliśmy się jak Pan Bóg przykazał i poszliśmy na start.
Kamil był pogubiony, ale już mniej niż wieczorem.
Jeszcze fotki, jeszcze Kamil oddał mi ciuchy i bieg ultra ruszył! Jeszcze uściski na szczęście ze startującymi Radkiem i Miłoszem i ja też ruszyłam.
Z powrotem do łóżka...
Rano wstałam...
C.D.N.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Henryk W. (2013-09-10,13:35): Czekam na C.D. jacdzi (2013-09-10,14:56): I tu maleńka dygresja: otóż nie mam problemu z ganianiem w koszulce z budującym napisem "Kto ma cycki, ten ma władzę"
Jak dolozyc do tego zdanie o nie uprawianiu noca w lozku sportow ale... moznaa miec wyobrazenie ekscesow zwanych DOMINACJA. Ale nic w tym zlego ;-) Gerhard (2013-09-10,22:33): Zupełnie nie rozumiem, dlaczego zdziwiło Ciebie spotkanie z Miłoszem. Przecież to oczywista oczywistość, że wieczorem, przed biegiem długodystansowym, należy Go szukać w sklepie monopolowym :)
|