Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [76]  PRZYJAC. [95]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
amd
Pamiętnik internetowy
BBB - Biegowo Blogowa Bagatela

Artur Dębicki
Urodzony: 1968-04-27
Miejsce zamieszkania: 3city
101 / 158


2012-08-22

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Dysk olimpijski (czytano: 560 razy)



Wydany 79 lat temu. Na liście lektur szkolnych - w czasach kiedy chodziłem do szkoły - dzięki czemu go wówczas nie przeczytałem.
Nawiasem mówiąc - lista obowiązakowych lektur to świetna sprawa, pod warunkiem że pamiętamy żeby wstawiać tam rzeczy kiepskie i jeszcze gorsze. Na przykład książki laureatów nagród literackich w Polsce.
Przeczytałem całkiem niedawno, zachęcony bardzo ciekawym esejem "Ikkos i Sotion" Bobkowskiego. O czym on pisał - wiem, ale przyznam że ja zwróciłem uwagę na inne elementy powieści.
I mój szacunek i podziw do Parandowskiego wzrasta coraz bardziej.
Książkę warto poszukać (nie będzie to trudne, miała sporo wydań) i przeczytać. Znacznie ciekawsza, lepsza, wciągająca - moim skromnym zdaniem - niż tacy "Urodzeni biegacze", a do tego mówi o czymś co jest częścią naszej kultury, a przez to nas samych.

Na koniec bardzo obszerny fragment z epilogu. Fragment ma przeszło 3/4 wieku. Ile razy go czytam, zastanawiam się. Czy tak wyglądał już sport i społeczeństwo w latach trzydziestych ? Czy też tak jeszcze nie było, natomiast Parandowski z genialną intuicją ostrzegał przed kierunkiem w którym sport i społeczeństwo w którym jest on osadzony - zmierza ?

"[Ikkos] Wychował całą szkołę trenerów, którzy w ciągu jednego pokolenia przekształcili życie sportowe Grecji.
Byli naprawdę mistrzami w swej sztuce. Ciała powierzone ich opiece podlegały świadomym i właściwym ćwiczeniom. Przez krótki czas obserwacji oceniali bez błędu przyrodzone zdolności, aby następnie zaprawiać wychowanków do odpowiedniego rodzaju zawodów. Pod ich kierunkiem nikt się nie błąkał, nie szukał po omacku, ale szedł prosto do celu i zazwyczaj zwyciężał. Kto miał być biegaczem, był nim od pierwszej chwili, zapaśnik, pięściarz czy pankratiasta żył w swoim świecie, w odrębnych warunkach, w innych porach ćwiczeń, inaczej karmiony. To, co młodzi ludzie z czasów Sotiona uważali za szlachetną zabawę, za strząśnięcie paru kropel z nadmiaru swej młodości, stało się poważnym i wytrawnym przedsięwzięciem. Nie wolno było szukać rozkoszy w nieograniczonej możności wyzyskania swych naturalnych sił, wszystko było rozumnie ograniczone.
Te nowe boiska wyglądały jak szkółki drzew albo jak hodowla rasowych psów, gdzie pilnie strzeże się czystości gatunków. Rodziły się tam osobliwe okazy, którym życie powszednie nie potrafiłoby sprostać. Ze zdumieniem dowiadywano się o nadzwyczajnych wynikach, o rzutach dyskiem, skokach, podnoszeniu ciężarów, o bezprzykładnej sile zapaśników i zanim ochłonięto, z innych gimnazjonów nadchodziły nowe wieści, jeszcze bardziej oszałamiające. Po całym świecie greckim szło z ust do ust kilkanaście imion pełnych rozgłosu i ze zrozumiałą niecierpliwością oczekiwano ich spotkania.
Nigdy igrzyska nie zgromadziły tak wielkich tłumów, a było ich teraz znacznie więcej. Każde miasto kilka razy do roku podczas uroczystych świąt urządzało zawody, na które starano się pozyskać owe osobliwości rodzaju ludzkiego. Najsławniejsi nauczyli się ociągać, odmawiać, nieraz daleka podróż nie opłacała im się dla błahej nagrody. Każdy z nich miał w swym dorobku stosy wieńców, szarf, wszelkich odznaczeń, nie mówiąc już o pieniądzach, rzeczach dających się sprzedać albo innych pożytkach, jak domy ofiarowane przez wdzięczne miasta, dożywotnie utrzymanie. Nie było dość wysokich słów na wyrażenie ich sławy, co drugi był „pierwszym atletą wszystkich czasów", nadawali sobie tytuł „następców Heraklesa", ich tablice pamiątkowe układały się w długie litanie najjaskrawszych przymiotników. Sądzono jednak, że nie można ich niczym dość wynagrodzić za zaszczyt, jaki wyświadczają ludzkości należąc do niej, mimo że szybkość nóg lub siła pięści daje im prawo do istot nadludzkich. Jeszcze większy zaszczyt przynosili państwom, których byli obywatelami, i zaszczyt ten, na wzór Astylosa, umieli wyrazić w określonej sumie. Niejeden stawał się w końcu obywatelem całego świata, tyle razy w różnych okazjach powoływał się na inne pochodzenie.
Zwyczajny człowiek, który jak na przyzwoitego Hellena przystało, odbył swe chłopięce lata palestry, zaglądał do tych nowych gimnazjonów z zazdrością. Czuł to, co mogłyby czuć kwiaty polne widząc przez szkła cieplarni stworzenia sobie podobne, ale urastające do niesłychanej chwały dzięki szczególnym warunkom.
Z samych zapachów zalatujących z ich kuchni poznawało się drogocenność tej hodowli. Zwyczajny człowiek żywił się jarzynami, serem, owocami, rybą, mięso widywał rzadko, przy święcie; tu zaś nieustanna uczta parowała znad kotłów. Jakże uboga i prostoduszna była ta rybka Ikkosa, która tak poruszyła gimnazjon elidzki! Niewątpliwie należała do gatunku, który nie był godny tych stołów. Zresztą sam Ikkos odchodził coraz dalej w cień przeszłości, w sto lat po śmierci wydawał się tym, którzy z niego powstali, dziwnym przodkiem z epoki jeszcze skromnej i nierozwiniętej.
W nowych gimnazjonach każdy miał własną dietę, inną biegacz, inną pięściarz, inną zapaśnik. Ten ostatni żywił się mięsem, aby zwiększyć objętość i wagę ciała. Dobierano mu osobne porcje wieprzowiny, tłuste ryby morskie, bułeczki pszenne z makiem. I było to wymierzone, obliczone, czuwał nad tym lekarz, który troszczył się o jego trawienie, o stolec, w ważniejszych wypadkach sprawdzał naocznie jakość wypróżnienia. W łaźni nie opuszczał go balneolog. Każdy dzień miał swoje nasiadówki, natryski, krótkie momenty parni, błyskawiczne zanurzenia w zimnym basenie, stopniowało się je w zależności od tuszy, temperamentu zawodnika, radzono się nawet gwiazd, których konstelacje świeciły przy jego urodzeniu. A potem wyznaczano godziny przechadzki, nakazywano sen, pozbawiano ruchu, trening zaś był ułożony w pracowitych tablicach, aby nie została zmarnowana ani odrobina energii z tych bezcennych brył ludzkich. Byt ich upływał między stołem, łóżkiem, wanną a rękami masażystów. Nie zostawiano ich nigdy bez opieki jak dzieci, dzieci-olbrzymów co prawda, lecz po dziecinnemu kruche, które lada powiew życia mógł zabić.
To wszystko było zbyt drogie, żeby wielu mogło z tych cudów korzystać. Porzucało się dla nich życie jak dla klasztoru i nie wykonywając żadnej pożytecznej pracy należało mieć środki, aby się utrzymać przez szereg lat. Na to zdobywali się tylko ludzie zamożni albo tacy, którzy z przewidywanych zysków obiecywali sobie pokryć włożony kapitał. Zajęcie agonisty weszło w życie jak osobny zawód, bardzo hojny i okryty szacunkiem. Oczywiście nie mówiło się o tym otwarcie, było nawet w zupełnie złym smaku pomawiać zawodników, że gonią za zarobkiem. Stworzono tysiące pozorów, aby im ułatwić życie między surową cnotą a pięknymi dochodami.
Naród, który pół wieku temu składał się poniekąd z samych zawodników, w którym każdy obywatel nie upośledzony kalectwem był gotów podjąć jakąkolwiek walkę na stadionie i zachowywał tę zdolność aż pod próg starości, zrzekł się nagle tych ambicji na korzyść garstki wybranych. Urobiło się powszechne mniemanie, że skoro sport jest rzeczą tak zawiłą, tak trudną, skoro jest niepodobieństwem nadążyć w zwykłych warunkach za szaleństwem rekordów, najwłaściwiej będzie spocząć na ławie widzów pośród biernych wzruszeń. Postarano się przede wszystkim o te ławy i stadiony rozbudowały się w wygodne warstwy siedzeń.
Pozwalały one łatwiej znosić długie widowiska, ale nie chroniły od nudy. Ten gość, nieznany dawnym wiekom, towarzyszył teraz biegom i zawodom pentatlonu, które mimo wszystko zachowały znaczną szlachetność, a w swej prostocie zdawały się mdłe i bezbarwne. Właściwą treść igrzyska stanowiły zapasy, pięściarstwo i pankration, to było główne danie, sute i ciężkie, jak te przekarmione, olbrzymie ciała, które występowały do walki. Bokser najrychlej stawał się bożyszczem tłumu, pod warunkiem, że nie oszczędzał krwi ani przeciwnika, ani własnej. Służyły mu do tego celu osobne rękawice, jakże dalekie od miękkich rzemieni, którymi niegdyś ochraniano palce! Były to kilkakrotne zwoje twardej i grubej skóry, tak ukształtowane, że pięść nabierała w nich siły uderzeń żelaza. Miażdżono sobie nosy, uszy, rozbijano szczęki, były to chwalebne rany, które rzeźbiarze oddawali w brązie z najgorliwszą dokładnością.
Sztuka musiała przejść szkołę naturalizmu, aby zdobyć się na wierne portrety tej nowej odmiany homo sapiens. Tworzyła postacie zdumiewające ogromem mięsa i muskułów, siedzące, oparte o drzewo lub kolumnę, w niesamowitym bezwładzie siły, która wydaje się jedynie ciężarem. I nie cofnęła się przed ich twarzami przekazując kilka wizerunków zupełnej zwierzęcości, o wąskich czołach, pustych oczach, spłaszczonych nosach, o wargach złożonych z dwóch płatów mięsa, to wszystko zgubione w dzikim zaroście. Na końcu tej galerii pojawiły się w czasach cesarstwa rzymskiego obrazy jeszcze bardziej odrażające, spotykane na mozaikach, gdzie atleta zdaje się wyobrażać jakiś twór z innych epok geologicznych, coś w rodzaju ludzkiego ichtiozaura, o gigantycznym ciele i niezwykle małej głowie, w której trudno domyślić się mózgu.
Dość rychło nauczono się łączyć podziw dla zawodowych agonistów z pogardą. Każdy uznawał, że nie podobna im sprostać, ale nikt nie chciał być do nich podobny. Szanująca się młodzież nie marzyła o wieńcach, chyba o tych, które można zdobyć puszczając własne konie na wyścigach. Alkibiades w wieku Sotiona przesiadywał w stajni. Tylko w ustronnych dzielnicach, dokąd nie docierały nowe czasy, w Arkadii, w Epirze, w Etolii, nawet w Tesalii istniały jeszcze gimnazjony ożywione dawnym duchem i wychodzili z nich zawodnicy dobrej woli, którzy jeszcze niekiedy zapisywali się na liście zwycięzców. Powszechnie jednak sport skurczył się do ćwiczeń gimnastycznych i zabaw ruchowych dla dorastającej młodzieży albo w swej pospolitej formie służył do wyszkolenia żołnierza.
Cicero jadąc do Grecji miał nadzieję zobaczyć tam posągi chodzące po ulicach i zdziwił się, jak bardzo niewielu młodych ludzi w Atenach mogło się poszczycić prawdziwą urodą. Oswojono się z widokiem bladej cery, zgarbionych pleców, wąskiej klatki piersiowej, cienkich nóg, obwisłego brzucha, ze wszelkimi kształtami przygasłej ludzkości, uwięzionej w wielkich miastach i ciasnych domach. Na koniec lekarze zapisywali skromne dawki sportu narodowi, który pierwszy otworzył światu oczy na piękno zdrowego ciała."

PS: temat ciekawy jest nie tylko dla mnie:
http://muzeumwspolczesne.pl/mww/edukacja/debata/dyskusja-kinetyczna-o-eseju-andrzeja-bobkowskiego-„ikkos-i-sotion/

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
henry
12:25
Tomek71
12:20
kostekmar
12:03
JW3463
12:03
marynarz
11:54
Stonechip
11:47
1223
11:39
szyper
11:30
drago
11:29
Robak
10:36
Darmon
10:35
njubit
10:12
szymon.gajda800@gmail.com
10:09
biegacz54
09:58
Raffaello conti
09:51
Arasvolvo
09:45
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |