2012-07-30
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| po swojemu, jak mi dobrze (czytano: 1022 razy)

To było jak pić herbatę i ciągle ją dosładzać. Każdy jej łyk był mało słodki. Dosypuję cukru i nadal czegoś brakuje a przecież powinna już być słodka… Od dawna szukałam przygody. Głodna biegania w pięknych okolicznościach przyrody miałam ochotę się sponiewierać na jakimś trudnym biegu. Może chciałam sobie coś udowodnić, może pokazać na co mnie stać, może sprawdzić a może … zwyczajnie się zmęczyć :).
Dotąd Puck kojarzył mi się z wiatrakami i korkami przed wjazdem do Władysławowa i Półwysep Helski. Teraz w mej pamięci są oczywiście wiatraki, są korki ale jest i molo, fontanna na Rynku i sklep z przeróżnymi piwami w okolicach naszej noclegowni.
Pakiety odebraliśmy dużo wcześniej – biuro zawodów czynne było w piątek do północy. Przygoda zaczęła się już w piątkową noc: szukanie miejsca do spania. Nie było to łatwe… ale jedna pani zadzwoniła do drugiej pani, która ma syna, który ma kolegę a który był na imprezie i nie odbierał komórki, a gdy już odebrał podał numer do mamy a mama nie odbierała a jak odebrała to przyjechała i dała na klucze do pokoju na poddaszu domu w którym mieszkała drużyna nastolatek … oj nie pospaliśmy sobie…
Pierwsze śniadanko wzorowe :) potem spacer, następnie drugie śniadanko i w drodze na start banan. Siedząc na ławce molo w Pucku obawiałam się braku ‘dyspozycji dnia’. Wiatraki kręciły się w oddali a we mnie moc nie wzbierała. Wiem od zawsze, że w taki upał ambicje należy odsunąć na dalszy plan, że należy słuchać tego co mówi do mnie me ciało. Obiecałam sobie w tym roku mądre i zdrowe bieganie – i obietnicy staram się dotrzymać.
Kilka tygodni minęło od czasu jak złamałam 1:50 w półmaratonie w Grodzisku – wiele się od tego czasu wydarzyło - gdy dziś patrzę na wyniki z tych zawodów, nie mogę uwierzyć, że to ja tak biegłam… jak ja to zrobiłam ? - nie wiem do dziś… nie wiem jak to powtórzyć… Emi pełna wigoru skakała przede mną – ociekała energią, dzika w oczach ona już chciała biec… – Peter jak zwykle miał sprężysty krok … a ja czułam się słaba. Upał jest fajny kiedy leży się na plaży i popija zimne piwko ale na półmaraton to chłodek by się przydał. Wiatraki kręciły się w oddali, powietrze parzyło zawodnicy rozgrzewali się przed startem a ja jak pijany wróbel..nogi mi się chwiały, zapadały pod siebie, oddech ciężki woda była za sucha… zdjęłam z siebie ile się dało – zostawiłam minimum odzieży…
Wcześniej mówiłam, że oczywiste jest, że chciałabym wyjechać z Pucka z życiówką … ale obawiam się, że to nie jest mój dzień, że to nie dziś, jeszcze nie dziś. Emi mówiła do mnie jakim tempem planuje biec… ‘biegnij Emi i nie oglądaj się za siebie – obiecuje Cię gonić – wstydu nie będzie :)’ Próbowałam robić rozgrzewkę… masakrycznie trudna była. Było ciepło, gorąco, upalnie… zapowiadał się trudny start…
W Pucku rozpoczęła się dla mnie nowa era biegania: bieganie bez tempomatu. Bieganie na tętno (jak się ma HRmax 241) dla mnie okazało się bezcelowe, na tempo się zarzynałam i przeciążałam … wcześniej już kilka razy zapominałam o pulsometrze i fajnie mi z tym było. Sprzedałam garmina. Koniec. Jestem wolna.
14:15 . Wystartowaliśmy. Już na pierwszym kilometrze trudno mi było dotrzymać kroku Emi i Piotrkowi. Nie mogłam wejść w ich rytm. Nie pozbędę się całej energii na początku trasy… zwolniłam, starałam się znaleźć swój tor, swoje idealne na ta pogodę tempo. Pozwoliłam się wyprzedzać… a inni mijali mnie jedni szybciej drudzy wolniej, trącali, popychali gnając do przodu. Mną targały różne emocje: Emi już nie było widać, poszła jak burza do przodu, o Piotrku nawet nie wspomnę. Pozwolić się wyprzedzać czy może przestać się mazgaić i wziąć się do roboty… Jak mi dobrze? – tak mi dobrze – pomyślałam – tak jak teraz sobie biegnę :) właśnie tak. Wiedziałam, że taka pogoda może zgubić. Kilka razy biegłam w takim upale… np. Półmaraton Piła 2011, lub dycha w Radziejowie 2012. Tak pogoda wystawia na poważną próbę gromadę biegaczy … widziałam nie raz jak ludzie zaliczali ściany … a potem szpital i powroty do domu bez medalu… i po co ? dla wyniku lepszego o kilka minut ?
Trasa była dla mnie niespodzianką :) zupełnie obce mi strony, piękno Kaszub urzekało z każdej strony. Pola, pagórki, lasy, aleje drzew…. Pierwsze kilometry to slalom ulicami Pucka następnie wybieg za miasto … cieszyć się z tego wiatru czy nie… wiał dość mocno – chłodził mało – trudniej się z nim biegło… może gdyby wiał w plecy…
z utęsknieniem wyczekiwałam pierwszego punktu z wodą… W biurze zawodów zapytałam wcześniej o kurtyny wodne – Pani nie wiedziała co to jest i głową pokiwała przecząco, co sugerowało, że nie ma co się spodziewać ochłody z hydrantu na trasie… powiedziała też że punkty odświeżania będą tylko 3 – na 5, 10 i 16stym km… na 20stym już nie będzie ‘bo potem to już blisko’ – ‘blisko’ – to pojęcie względne…
słońce grzało … stawka się rozciągnęła, ludzie biegli, inni sapali a jeszcze inni przechodzili do marszu… już nikt mnie nie wyprzedzał… nie miałam zegarka… na endomondo nie zerkałam celowo :) ale zabawa :) nie wiem gdzie jestem, nie wiem która godzina, nie wiem dokąd zmierzam… wiem że cel jest jeden ukończyć z godnością. W oddali dostrzegłam punkt z piciem :) bosko! Ale przedtem podbieg. Kubek do picia, kubek na głowę, kubek na klatę, kubek na plecy… najprzyjemniej było kiedy zmoczyłam opaski kompresyjne… nogi odżyły. A potem kubek w rękę, gąbeczka do środka, prysznic od pana z ogródka… i go do przodu… do następnego punktu z piciem… wtedy te 5 km nie wydawało się tak ‘blisko’… i biegłam sobie biegłam, biegłam tak jak mi dobrze… i co jest grane? Albo ja przyspieszam albo oni słabną ? zaczęłam [niechcący] wyprzedzać. Nie było sensu [w moim przypadku] robić treningu na tempo – postanowiłam zrobić dobry trening techniczny. Tak jak Dario i Tomek uczyli nas w Pszczewie podbiegać i zbiegać – zastosowałam… i wyprzedzałam… spodziewałam się, że wyprzedzeni będą potem mnie mijać… ale nie… on zostawali w tyle…
i tak sobie biegłam i biegłam licząc wyprzedzanych… na zegarek zerkałam, z przyzwyczajenia ;) , ale ręka była pusta :)
kiedyś już powiedziałam sobie, że rozpędzam się po 7 km :) i tak było :) na asfalcie wielka biała 8semka :) to dlatego biegnie mi się tak komfortowo :) weszłam na swoje obroty :) drobny krok – sylwetka wyprostowana i pochylona do przodu, ramiona pracują - wbiegłam na kolejny podbieg – ciesząc się zbiegiem – pochylona, puściłam nogi luźno… - widziałam jak przede mną grupa biegaczy zmaga się z kolejnym podbiegiem – nie wyglądało to zbyt optymistycznie ale mi się podobało… pamiętam jak Jarek i Dario mówili: ćwiczyć podbiegi i zbiegi! Więc zasuwałam do przodu – swoim własnym komfortowym tempem :) kibice pokrzykiwali, niektórzy mieli osobiste wsparcie na rowerach z wodą i izotonikami :) okazali się na tyle sympatyczni, że i ja skorzystałam z ich wodopojów :)
na 10 – 11 km – nie wiem dokładnie – zaliczyłam kolejny wodopój. Nasączyłam gąbkę w kubeczku i do przodu. Gdzieś na odcinku 12-13-14-15 km trasa nie była zabezpieczona prze ruchem kołowym w obie strony. Nie było to mile ani dla kierowców ani dla zawodników… bieg w kolumnie aut… to jakby podłączyć nurkowi zamiast butli tlenowej butlę ze spalinami… ale… wszystko trzeba biegać… pomarudzisz Aga na mecie i biegłam dumnie równo obok auta wyprzedzając je o pół kroku… spojrzeć kierowcy wtedy w oczy…. Fantastik! Podarować mu uśmiech – bezcenne :)
Zaliczyłam też punkt odświeżania na 16 km – czas przygotować się na ostatnie kilometry – po raz pierwszy od Krakowa mój żołądek otrzymał izotonik – cały biały kubeczek – kostka cukru i kubek wody. Karetki krążyły … zbierały ludzi ze ścian. Taka przestroga dla tych, którzy nadal walczą z upałem... Czułam na plecach oddech Towarzystwa – tylko jeden pokazał mi swe plecy reszta oglądała moje… nie traciłam Gościa z oczu – miał czerwoną koszulkę – nie było to trudne :) - i dalej równo swoim tempem – wzięłam kolegę :) jakiś czas potem … a on zaczął iść… no nie... popsuł całą zabawę.
Finisz jak to finisz… darłam jak tylko tyłek mi pozwalał nogi wysuwać przed siebie. Te ostatnie 400 metrów na bieżni dość długie było… Emi z Piotrkiem czekali tuż przed metą - jej spojrzenie było moim lustrem. Wyglądałam strasznie, chyba na zmęczoną… ale mi się podobało. Zaliczyłam ten bieg pagórków, wiatru i upałów po swojemu.
Ten bieg był dla mnie oczyszczeniem. Tego mi było wtedy trzeba – sponiewierania w upale, wietrze i ciekawym terenie . Chętnie powtórzyłabym go jeszcze raz :)
Foto z portalu : puck.naszemiasto.pl
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu adamus (2012-07-31,00:42): Nikt nie komentuje to będę pierwszy:) Ale w sumie nie mam wiele do napisania, jedynie tyle iż zazdroszczę Wam całego wyjazdu!!!! P.S. Gratki dla fotografa, wyglądasz zajefanie:)) mamusiajakubaijasia (2012-07-31,01:56): To odchudzania to Ci całkiem fajnie wyszło:) cander (2012-07-31,07:33): Fajnie wyszło... chodzący a w zasadzie biegający przykład dlaczego warto biegać:) michu77 (2012-07-31,08:22): ...pewnie fajny bieg był w tym Pucku, tylko to tak daaaalekoo ;P jacdzi (2012-07-31,08:48): Ja z polowki w Pucku ktora bieglem przed rokiem pamietam upal i nic wiecej, nawet na wiatraki nie mialem sily patrzec. Natomiast samo miasto zrozbilo na mnie dobre wrazenie. paulo (2012-07-31,09:24): Co czytam o jakimś biegu nad morzem, to coraz większa ochota napełnia mnie, zeby tam pojechać. Tylko ta odległość :( Gratuluję tego oczyszczenia z uśmiechem na twarzy. Ja tak miałem w tym roku z Mogilna do Trzemeszna. Potworny upał, ale teraz miło wspominam to zmęczenie i przebieganie z piekieł do nieba :) Marysieńka (2012-07-31,14:23): Wielki gratki...zgrabnisio:))) shadoke (2012-07-31,17:50): Rzeczywiście...całkowite minimum odzieży;) Na półmaratonie w Pucku chyba zawsze jest gorąco i zawsze wieje:) birdie (2012-08-13,18:49): chyba sobie to zdjecie na tapete wstawie w motywacyjnym celu ;) Gratulacje miriano (2012-08-21,07:38): Nie będę komentował treści ..zbyt skupiony jestem na zdjeciu
|