Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [2]  PRZYJAC. [91]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Tomasz Ławniczak
Pamiętnik internetowy
"we all fall down once a while"

Tomasz Ławniczak
Urodzony: 1982-11-06
Miejsce zamieszkania: Poznań
337 / 401


2010-07-12

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
w poszukiwaniu.... (czytano: 289 razy)

 

„Gdzie jest ustalona twoja granica?” Takie oto ciekawe pytanie dostałem od Izy w odpowiedzi na informację że przebiegłem maraton przy ponad 30 stopniach w cieniu i 40 w słońcu. No gdzie jest? ;)

W Chociszewie – bo to tam odbył się kolejny zlot normalnych inaczej – na szczęście się o tym nie dowiedziałem. Choć było blisko. Maraton ten organizowany przez Jaremę i Macias jest jednym z moich ulubionych mimo iż jest dopiero „małym bobaskiem” 2-latkiem ;) Przede wszystkim sami znajomi, fajna trasa po nowiuteńkim asfalcie. Trochę to taka „zakamuflowana” impreza ale to może i dobrze.

Prognozy pogody od tygodnia podpowiadały że to jest czyste szaleństwo, ale ja nie mogłem sobie odpuścić. W zeszłym roku poległem z powodu deszczu i braku zapasowych butów. Tym razem miałem zamiar cokolwiek by się działo dotrzeć do mety. W domu jak zwykle pukano się w czoło. Ale już się przyzwyczaiłem. Na miejsce dotarłem wspólnie z Basią Gil, która zaliczyła swój 248 maraton. Już przed startem czułem się jakbym właśnie wrócił z biegania. Stanie wydawało się męczące. Standardowo jak ostatnio często na starcie stanąłem z tyłu… długo jednak nie zabawiłem „w ogonie”.

Ruszyło mi się jakoś tak rześko i sprawnie, że stwierdziłem że można się trochę pobawić i „postraszyć” odjeżdżającą czołową szóstkę zawodników. To był mega błąd. Dałem się ponieść. Zawiódł brak logicznego myślenie etc. Nie pomyślałem o tym że oni nie biegną całego maratonu. Oczywiście nie byłem w stanie ich dojść a później nawet utrzymać ich tempa. Pierwsze 5km zrobiłem w 22 minuty (sic!). Mając do przebiegnięcia jeszcze 37km pomyślałem „Boże ale ze mnie idiota”. Niesiony tym że odjeżdżam pozostałym zawodnikom postanowiłem ciągnąć tak długo jak to było możliwe. Szybko potwierdziły się moje przypuszczenia że nikt z czołowej grupy nie biegnie całego dystansu.

U mnie z kolei tempo trochę spadało, ale do połówki nadal było super. 1:37 i 10 minut przewagi nad Greyem i Mirzą. I tu w zasadzie mógłbym napisać… resztę dopowiedzcie sobie sami, bo ta historia powinna się skończyć źle.

Czwarte kółko, 24km, wypite izo z punktu przeczyściło mój organizm. Miałem swoje ale skusiłem się na nie sprawdzone. I na odcinku 200m dwa razy lądowałem w krzakach. Zacząłem tracić czas masakrycznie. Już myślałem że skończy się marszem do samej mety. W mp3 grał Dżem i Rysiek Riedel pytał się „człowieku co się z tobą dzieje” ;). Na 5 kółku najpierw doszedł mnie Grey. Próbował mnie zachęcać do walki do końca ale ja nie miałem ochoty. Na 32km mijają mnie Mirza i Konrad. I wtedy nastąpiło dziwne olśnienie „przecież to są drugie i trzecie miejsce”. Jakby dostając drugie życie ruszam do biegu, najpierw spokojnie, trzymając ich tempo. Potem dochodząc obu. Na ostatnie kółko wbiegam z Colą w butelce, ciut przed Mirzą… i prawie tracę oko. Po kilkunastu metrach biegu ciśnienie w butelce „odpala korek”. Jakimś cudem nie trafiając mnie w głowę. Dalej biegnę z odbezpieczoną butelką. Raz po raz oblewając się niechcący.

Cały czas trzymam tempo. Widząc że uciekłem na dobre trochę uspokajam tempo. Jednak gdy w słuchawkach kończy się Dżem a odpala się Opeth (http://www.youtube.com/watch?v=xf8PJvUpjog ), tempo samoczynnie rośnie. Jako że w drodze powrotnej od nawrotu jest więcej z górki dobiegam do mety bez kolejnych kryzysów. Takiego poważnego kryzysu doświadcza Mirza dobiegając pół godziny później, ale najważniejsze że jest cały.

Mój czas w tych warunkach jest czymś niesamowitym. 3:44:31… no i drugie miejsce :] Fajnie że są takie biegi gdzie tacy totalni amatorzy jak ja mogą powalczyć o podium :P

Zimny prysznic stawia mnie na nogi a chodzenie na bosaka jest czymś masakrycznie przyjemnym. Nie mam ochoty nic jeść. Dopiero o północy wmuszam w siebie zupę. Nie mogę zasnąć. Gdy mi się wkońcu to udaje… zaczyna wstawać słońce i znowu się budzę. Znudzony leżeniem idę się przejść raz, drugi. Przed szóstą śniadanie i przychodzi opuścić tę maleńką wioskę, jednak jakże uroczą i spokojną. Cisza potrafi być czymś wspaniałym.

Raz po raz zasypiając docieram w południe do domu. Marek raczył mnie obudzić ze słodkiego snu i wyciągnąć na piwo i na mecz.;) Więcej w takich warunkach nie będę pił piwa, bo w autobusie do domu prawie zacząłem walić głową o cokolwiek tak źle było.

A dzisiaj dzień masakra w pracy… ech nieważne. Przeżyłem, granica nie odnaleziona ;)

Ps. W tym roku przebiegłem dwa maratony. Jeden w ekstremalnym zimnie po lodzie, śniegu i górkach (Kościelna Wieś), drugi w ekstremalnym upale (Chociszew) :]


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Marass (2010-07-13,21:49): Tam, na mecz. To nie był mecz, a finał! Konieczność wyższa. ;)
Piotr Kalisz / Sternik (2010-07-15,20:49): no i wrócimy do chociszewa za rok :) ale prosiłem Jareme o załatwoenie innej pogody







 Ostatnio zalogowani
michu77
07:40
waldekstepien@wp.pl
07:13
Robak
07:09
Leno
07:08
jaro109
06:54
krzysztofl
00:45
Piotr100
23:35
Citos
22:27
Lucas
22:05
seba1
21:59
gpnowak
21:52
Artur z Błonia
21:48
benfika
21:42
drakomir
21:41
marmax3
21:41
Waldek
21:30
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |