Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [20]  PRZYJAC. [100]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Toya
Pamiętnik internetowy
"Przede wszystkim: zero sportu" W.Churchill

Luiza Buryło
Urodzony: --
Miejsce zamieszkania: Oświęcim-Zdrój
21 / 72


2009-10-18

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
JESTEM Z MIASTA (czytano: 373 razy)

 

XXXVI Maraton Pieszy im. Andrzeja Zboińskiego, Kampinoski Park Narodowy, 3-4.10.2009

Jesień to fantastyczny czas na wędrówki po lesie. W tym roku wybrałam Kampinos, w pierwszym rzędzie dlatego, że nigdy tam nie byłam. Kilka lat temu coś mi się przekręciło w głowie i strasznie zaczęła podobać mi się Polska. Zagranica - owszem, jak można to jadę i zwiedzam ale już bez specjalnego drygu w tym kierunku.
Maraton Pieszy im. Andrzeja Zboińskiego to impreza, która odbywa się w pierwszy weekend października dając możliwość 3 startów:
NOCNY SOBOTA 20.00 z możliwością przejścia 50,75 i 100km
NOCNY SOBOTA 23.00 dla biegaczy z możliwością pokonania 50,75 i 100km
DZIENNY NIEDZIELA 8.00 z możliwością przejścia 50km
Są to imprezy, na które decydują się jednostki: tutaj limit 400osób został wyczerpany dopiero w połowie września. Miałam jechać sama, ale na liście startowej zauważyłam Bożenę z Mysłowic, znana mi tylko z widzenia, jako ze specjalizuje się w nordic walking. Posłałam do niej meila. Kontakt okazał się być strzałem w dziesiątkę, bo Bożena jest kobietą energiczna i chętną do organizacji, więc można się było podzielić przygotowaniami, a trochę tego było. Ja wzięłam na siebie dojazd autem i ogólne porady dla wszystkich okiem kogoś kto ma już ukończona jedną setkę, a Bożena rezerwację noclegu, studiowanie mapy i kontakt z organizatorami. Regulamin maratonu pieszego zakłada poruszanie się na trasie z własną mapą Kampinosu, korzystając ze skróconego opisu trasy, konieczność zabrania własnego prowiantu i picia (punkty odżywcze są tylko na 50, 75 i 100km). Ideą jest nacieszenie się pięknem Kampinosu, poznanie różnych miejsc pamiątkowych na trasie i sprawdzenie w poruszaniu z mapą w ręku.
Przed wyjazdem spotkałyśmy się jeszcze z Bożena i Beatą w Mysłowicach na małej naradzie operacyjnej. Gdy dołączyła do nas Celina zrobiło się w ogóle wesoło. Kobiece blebleble, które, pracując w większości z mężczyznami pasjami bardzo lubię :-)
W sobotę przy ładnej słonecznej pogodzie ruszyłyśmy do Warszawy. Nużąca kierowcę droga która upływa na ciągłym rozpędzaniu auta i hamowaniu przed kilkuset radarami regularnie pstrzącymi dwupasmówkę do stolicy. Można pogadać: o perfumach Dolce Vita, zawodowych kierowcach przemierzających Europe, nordiku i takie tam :-) Ale, że ruch był niewielki, zajechałyśmy wcześniej niż się spodziewałam i około 18.00 przebrane wychodziłyśmy na start.
Nocny start sobotni wybrało prawie 300 osób, więc na pętli w Dziekanowie Leśnym było ludni i gwarno. Zapadł zmrok, zajarzyły się czołówki i przygoda się zaczęła. Pierwsze 1,5 godziny szłyśmy w dużej grupie, później przyspieszyłam, żeby wyjść na wolniejszą przestrzeń, drażniła mnie ta atmosfera harcerskiego pikniku. Niby jestem z miasta, ale dla mnie nocne chodzenie po lesie to samotność, cisza i magia..
Od początku stało się jasne, że nawigacja przy pomocy przystępnie wyglądającej mapy wcale nie będzie prosta, że w nocy wszystkie koty są szare.. Duża grupa przemierzających nocną trasę miała swoje plusy, z daleka było widać zawracające czołówki, lub można się było poradzić znajacych te okolice czy droga jest właściwa, dzięki czemu do pierwszego punktu kontrolnego nadrobiłyśmy na dreptaniu w newralgicznych punktach nie więcej sądzę jak 3km. W Kampinosie jest jakiś swoisty mikroklimat, noc była bezwietrzna, bezchmurna przy pełni księżyca co powodowało, że na większości trasy czołówka była właściwie zbędna. Gdzieś w połowie nocki dogonili nas tworzący wesołą szybko przemieszczającą się grupę: Jang z zona, Pit i dwa psy husky. Szara i Biała (zabrana ze schroniska piękna suka biała jak mleko..). Bardzo się z tego spotkania uciszyłam, jedyna okazja, żeby poznać biegaczy znanych mi z internetu.
Przez las idziemy zmieniając się od czasu do czasu na prowadzeniu, czasem przystając przy zaznaczonych na trasie: powstańczym cmentarzyku, kapliczce, zabytkowych dębach; Około pierwszej na małym postoju biegacz informuje nas, że jesteśmy na 26,5km. W ogóle nijak się to ma do mojego wyczucia trasy. Wg mnie powinnyśmy być za 30km. Na chwilę ogarnia mnie troska kiedy dojdziemy na pierwszy punku; powoli nadchodzi znużenie i około 3-4-tej gdy idę na przedzie ścieżyną zalaną białym światłem księżyca, odgarniając gałęzie, nie jestem pewna czy to jawa czy mi się śni. Nad ranem trasa staje się technicznie trudna, pojawiają się regularne wydmy piaszczyste i pofałdowania. Utkwił mi w pamięci taki szczegół: na punkcie kontrolnym gdzieś około 4 rano wyłożyłam się na chwile na ziemi, znaczy na plecaku. Organizatorka zwróciła mi uwagę, że się przeziębię. Wzruszające. Z własnej i nieprzymuszonej woli przejechałam ponad 300km i właśnie włóczę się ósmą godzinę nocą po lesie, gdy na dwie minuty zostaję kruchą laleczką ulepioną z cukru :-) Przychodzi taki moment, że idę jakieś 10m za moimi paniami nie próbując zmniejszyć dystansu. W pewnym momencie Bożena odwraca się i pyta „Luiza, czy ty śpisz?” Gdyby nie zmęczenie roześmiałabym się, bo trudno o bardziej rzeczowe pytanie: oto maszerując nocą przez Kampinos śpię z otwartymi oczami. Pragnienie snu, piasek w oczach i pod stopami; idziemy, idziemy, idziemy przez las, który nie ma końca. Około 5.30 zaczynamy się zbliżać do szkoły, która oferuje bazę na 50km i czas podjąć decyzję co dalej. Następne 50km marszem to jakieś 9 godzin. Na myśl o tym morzu czasu ogarnia mnie zwątpienie i porzucam myśl o setce. Bożena z Beatą tez są zmęczone, ale dla nich to pierwsza taka impreza, ambicja jest silna, chcą iść dalej. Mogłabym zrobić 75km, ale musiałybyśmy się rozdzielić i czy sama nie zgubie się w tym cholernym lesie? Na Koneckiej Setce w najbardziej mylących punktach były strzałki-podpowiedzi od organizatora i można było skupić się na pokonywaniu dystansu. Tu nie ma nic prócz mapy, a jak to wygląda doświadczyłam przez całą noc. Przez całe dziesięć minut wściekła jestem na organizatorów za brak oznaczeń, a z moich ust wyrywa się mocne słowo, za które was słuchające przepraszam. Decyduję zakończyć na 50km. Bożena i Beata idą po odpoczynku dalej.
A teraz o ogólne wrażenia o imprezie:
- biegaczom marszu nie polecam. Gdy już zna się smak szybkiego poruszania się nawet niespiesznym biegiem, sam marsz na takim dystansie dłuży się w nieskończoność,
- albo setka albo czytanie mapy albo oglądanie piękna Puszczy i pomników przyrody. Tych trzech elementów moim zdaniem pogodzić się nie da. Podejrzewam, że większość osób, które ukończyły 100km zna trasę, nawigacja nietutejszym zabiera zbyt dużo czasu, wielu uczestników myląc drogę po nocy nadrobiło drogi i zakończyło imprezę na krótszym dystansie niż zamierzali.
-impreza jest idealna dla osób z Warszawy i okolicy, mogących liczyć na podwiezienie lub wracających po imprezie prosto do domu. Taki szczegół: start i meta są umieszczone w innych miejscach, odległość asfaltem jakieś 12km, dzień wolny od pracy, co w naszym przypadku okazało się być istotnym utrudnieniem. Auto mogłam zostawić na starcie w Dziekanowie Leśnym lub na mecie w Izabelinie gdzie w Dyrekcji KPN można było wykupić nocleg. Organizatorzy oferują odpłatne podwiezienie po imprezie do Dziekanowa lub Warszawy Młociany. Przed imprezą nie, argumentując uprzejmie, że są bardzo zajęci a przecież auto można zostawić na starcie i podwieźć się tam z każdego punktu kontrolnego. Nie dyskutowałam z nimi, choć dla kogoś kto jest kierowcą powinno być jasne, ze po takim wysiłku za kierownicą można po prostu zasnąć i na żaden nocleg nie dojechać.. Autobusem z 2 przesiadkami trzeba było liczyć z mety na start 1,5-2h. W efekcie z Izabelina poszłyśmy pieszo 8km przez las co żadnej z nas na pewno nie przysłużyło się na tę długa wędrówkę. Ja, kończąc trasę na 50km o 5.50 utknęłam na punkcie do 8.30 kiedy odjeżdżał autobus odwożący zawodników. No cóż, na kurtce przeciwdeszczowej wyłożyłam się na podeście klatki schodowej, bo wszystkie materace na sali gimnastycznej były zajęte, i niczym żulik na dworcu odespałam 1,5 godziny co mi się nawet w ramach przygody podobało :-) Potem musiałam podjechać autobusem 50km do Warszawy Młociany i zawrócić tu autobusem podmiejskim, który odbija na Izabelin. Zatem pokonanie 12km zajęło mi prawie 4h. Logistycznie masakra :-(
Dotarłam około 10-tej na nocleg i zadzwoniłam do Bożeny. Dziewczyny były na 70km i chciały iść dalej. Miałam nadzieję, że wiedzą co robią, nie znam ich przecież na tyle, dla pewności obejrzałam jeszcze raz mapę i znalazłam pomiędzy 75 a 100km kilka punktów gdzie szlaki krzyżują się z asfaltem i mogłabym je, gdyby było trzeba, autem ewakuować z trasy. Wzięłam prysznic i wtedy pojawiło się ono. Rozczarowanie - lasem,imprezą, w której nie znalazłam oczekiwanej magii. Rozczarowanie jest najgorszym z negatywnych uczuć, niszczy wszystko bezpowrotnie do gołej ziemi. Zamiast spać udałam się do miasteczka, próbując zwiedzaniem zrekompensować odczuwany brak; pokręciłam się tam trochę, wróciłam by odespać jakieś 4 godziny i obudziłam się krótko przed tym, gdy zadzwoniła Bożena, że z Beatą stoją przed bramą. Zeszłam otworzyć patrzyłam z troską gdy strasznie zmęczone, po ponad 21h i 108km marszu wchodziły po schodach. Herbata, jakieś jedzenie. Położyły się spać, a ja pojechałam do ośrodka dla niewidomych w Laskach, skoro jesteśmy tak blisko. Ciekawa historia-bogata hrabianka Czacka, od dziecka chora na oczy i która, mimo leczenia w najlepszych zakładach Europy w wieku dwudziestu kilku lat straciła wzrok, założyła zakład dla niewidomych; zakład przetrwał wszystkie historyczne polskie koleje losu i jest jednym z najlepszych ośrodków tego typu w Europie, gdzie niewidomych uczy się orientacji i różnych zawodów, najlepiej masażu. Za dużo tam nie widziałam, bo teren jest otwarty i bardzo duży, ot tak-poglądowo. Wróciłam do pokoju, sprawdziłam, że Bożena z Beatą śpią i wszystko jest w porządku i zeszłam do restauracji, gdzie nad talerzem gorących klusek i przy szklance miejscowego piwa jeszcze raz obejrzałam mapę Kampinosu zerkając chwilami na program MTV.
Właściwie to co pisze mogłam zacząć od rozmowy na Maratonie Dinozaura z Piotrem, z którym w zeszłym roku pokonywałam nocną pętlę Koneckiej Setki. Piotr mi powiedział, że doszedł w Kampinosie do 50km i wypiął się z trasy, bo chodzenie po piasku okazało się być nadspodziewanie ciężkie. Zbagatelizowałam sprawę, no bo jak dobry biegacz, który ukończył Kaliską Setkę z dobrym wynikiem może mówić, że 50km pieszo to ciężko. Położyłam opinię na karb zmęczenia startowego. Jeszcze po maratonie we Wrocławiu zagadywałam o Kampinos, a Piotr znowu swoje..A że nie posłuchałam to mam :-)
W poniedziałek rano, gdy wstajemy w nieco mglisty poranek, rozczarowania już nie ma. Bo czym byłyby te nasze wyprawy, gdyby zwycięstwo było z góry wiadome, a przebieg startu jasny i przewidywalny.

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
ProjektMaratonEuropaplus
21:06
JolaPe
20:42
Admin
20:41
mirek065
20:38
42.195
20:08
romelos
19:52
VaderSWDN
19:47
maniek79
19:37
Bartaz1922
19:35
czewis3
18:50
janusz9876543213
18:44
zefir
18:12
sa111
18:11
darfik
17:57
ab
17:33
creas
17:23
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |