2009-09-20
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Marathon de luxe (czytano: 196 razy)

27 Hasco-Lek Wrocław Maraton, 13.09.2009r
Tak mi się spodobała jazda pociągiem, że do Wrocławia wybieram się znowu pospiesznym. Ruch mały, leżę sobie na siedzeniu i czytam aż do Wrocławia. Na miejscu, na skutek pewnej rozbieżności w poglądach Wrocławian, którym tramwajem najlepiej podjechać pod Stadion Olimpijski, czeka mnie kilkunastominutowy spacerek. Pogoda piękna, jesienno-słoneczna, walizka na kółkach, żyć nie umierać! Idę wzdłuż parku, dęby sypiące żołędziami, gdzieniegdzie kasztany, a po drugiej stronie ulicy fantastyczne stare wielkie wille. Idealne miejsce zamieszkania dla biegacza – własny park na wprost domu i maraton raz w roku we własnej dzielnicy.
Po Pile całe pięć dni mimo codziennego biegania Prawy Skokowy milczy i już zaczynam się cieszyć, że może go „rozchodziłam”, ale w sobotę rano pojawia się znana sztywność. Myślałam kiedyś, gdy zaczynałam biegać w biegach ulicznych, że w zdrowiu poniżej 100% biegać nie będę, ale to było dawno i nieprawda. Już mnie wciągnęło, już jestem po drugiej stronie.
Zaraz po mnie do biura zawodów dociera Sylwia z kolegami, na chwilę zatrzymuję się przywołana przez Admina i Dalię i idziemy od razu do hotelu przy Różyckiego, który Sylwia wyszukała w internecie. Nie dopatrzyłam rezerwacji, ale na szczęście jakimś cudem znajduje się dla mnie miejsce. Do hotelu właśnie dotarli weselni goście. No to będzie impreza! Bardzo podoba mi się gładko uczesana dystyngowana blondynka dziś występująca w roli panny młodej. Schodzimy do restauracji i kelner usadza nas w epicentrum tej weselnej oprawy - my w pamiątkowych koszulkach z lepszejszych maratonów, a wokół damy w organzie, mężczyźni w muchach i bukiety okolicznościowych kwiatów.
Zakup mineralnej, passta i powrót do hotelu, gdzie wieczorkiem ze względu na przyjecie podadzą nam kolację do pokojów. Posiedzieć później z Grupa warszawską czy wyskoczyć na Starówkę? I to kusi i to nęci. Ale jakoś nie wyobrażam sobie weekendu we Wrocławiu bez wieczornej przechadzki przez Ostrów Tumski, a przystanek tramwajowy jest naprzeciw hotelu. Zabytkowy kompleks wygląda trochę inaczej niż go zapamiętałam przed 8 laty-ciepło, ludno tutaj w ten sobotni wieczór: każdą ławkę na wzgórzu zajmują zakochane pary, są turyści robiący pamiątkowe zdjęcia, a po trotuarze kroczą w blasku fleszy aż trzy pary w ślubnych strojach. Jedna wielka impreza w tym mieście..
Zawracam do hotelu na tyle sprawnie, ze udaje mi się ułożyć do snu jakoś 22.30. Jeszcze tylko jedno dłuższe spojrzenie na starannie ułożone na krześle maratońskie ubranko z przypiętym numerem. Raz, dwa, trzy.. i już dzwoni budzik jest 5.50 i czas na przedbiegowe śniadanie.
Start o 9.00, niby blisko, ale cały poranek to bieganina, na starcie ustawiam się w końcu kilkanaście minut przed rozpoczęciem. Zaczynam myśleć na poważnie czy ja dobiegnę do mety. Z trasy schodzić nie mogę. Kilka razy skróciłam trening i zaraz potem na następnym wybieganiu pojawia się „pracująca w tle”, męcząca myśl: zatrzymaj się-zatrzymaj się-zatrzymaj.. Odkurzam archiwalną poradę Medit z pierwszego maratonu, żeby dobiec do 30km, a później jakby było źle to można w limicie czasowym domaszerować do mety. Trasa jest bardzo ładna-obiegamy pętlą całe centrum miasta. Trasę maratonu przecinają niezliczone ulice, na większości których ruch kołowy nie jest wstrzymany. Gratuluję Orgom świetnych kontaktów z władzami miasta i policją, bo do kierowania ruchem zmobilizowano zapewne całą miejską drogówkę plus posiłki. Kilkakrotnie przebiegamy przez mosty i estakady i na mnie robi to bardzo szczególne wrażenie-jakby przekraczania jakichś niewidzialnych barier. Między szóstym a 24km ciągle myślę o tym czy dam radę do mety, później już wiem, ze się uda. Pogoda wymarzona na bieg-słonecznie, umiarkowana temperatura, czasem trochę mocniejszego wiatru.
Z przyjemnością chciałabym podzielić się z Wami ogólnymi wrażeniami z maratonu, bo są to same superlatywy:
-obiekt: biuro maratonu, prysznice, start i meta w odległości jakieś 300m, w przestronnych budynkach, dogodny dojazd autem i tramwajem
-w pakiecie folder informacyjny A4 o maratonie z dużą kolorową mapą trasy i wszytkimi przydatnymi informacjami w wersji pol-ang
-obsługa biura zawodów sprawna, zaangażowana
-w pakiecie prezent od sponsora głównego: kilka dużych opakowań suplementów typu Omega-3, Q10, lecytyna
-punkty odżywcze na medal-wszystkiego było w bród, a obrane banany podawane w rękawiczkach ;-)
-bardzo uroczyste wręczanie na mecie medalu każdemu maratończykowi przez Organizatorów
-ładna trasa pokazująca całe miasto
-przyjemny doping kibiców: nie było ich bardzo dużo, za to naprawdę serdecznych
-imprezy towarzyszące: przygotowywanie do pierwszego maratonu grupy młodych biegaczy, konkurs fotograficzny, najlepszy doping na trasie
-bezpłatny przejazd po mieście dla maratończyków
Po biegu można tym razem w komfortowych warunkach wziąć prysznic i znowu spotykamy się z Grupą Warszawską w hotelu, żeby wspólnie wyjść na zakończenie. Tylu widzę po drodze znajomych biegaczy, ale nie ma czasu, najdłużej rozmawiam zaraz za metą z Joasią i Jarkiem. Chodzę cierpliwie po placu pytając o Grażynę Witt-tak rzadko mamy okazję zobaczyć się osobiście. W końcu dostrzegam ja gdzieś pod parasolem. Zakończenie z losowaniem samochodu, który wygrał nasz kolega TEAM-owicz z MP i trzeba zbierać się na pociąg.
Pesymista żałowałby, że nie porozmawiał nawet z połową znajomych obecnych na tym maratonie.
Optymista ciszyłby się, że nadeszła taka chwila, że wszystkich znajomych fajnych biegaczy nie jest już w stanie ogarnąć :-)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora jacdzi (2009-09-21,20:25): Mysle ze magia Wroclawia uniemozliwia zlekcewazenie atmosfery i urok Starowki czy Ostrowa Tumskiego. To jedyne takie niezwykle miejsce pod sloncem (dla mnie)
|