2009-09-06
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 47 bieg Westerplatte (czytano: 323 razy)

ojeeeeeeeej, ale było fajnie :)
wyjechałam z warszawy w piątek zaraz po pracy. zmęczona potwornie, ale trochę się przespałam w pociągu.
w sobotę pobudka o 7.00 - jak na mnie, wyjątkowo późno. wyglądam za okno, a tam potwornie leje..ohhhhhh :/ i ja po to taki kawał jechałam, przez pół polski, żeby wlec się na samym końcu biegu w ulewnym deszczu?????? uhhhh. no ale nic, przecież nie zrezygnuję... na długim targu okazało się, że za chwilę odjeżdża ostatni autobus na westerplatte. ledwie zdążyłam odebrać numer startowy i biegiem do autobusu. oczywiście zaraz zaczął dokuczać żołądek, a w butach już chlupała woda...nie sądziłam, że aż tak szybko przemoknę. na miejscu spotkaliśmy grażynkę, henia, olę, leszka i jeszcze parę innych, znajomych osób.
zorientowałam się, że leje coraz mocniej, a ja nie mam nic na głowę, ale za to posiadam perfekcyjny makijaż :)
udało mi się kupić jakąś idiotyczną czapkę z napisem "FBI", bo swojej niestety nie wzięłam... dzięki grażynce miałam chociaż przez chwilę suche skarpetki. trzęsłam się z zimna, a chłopakom jeszcze udało się namówić mnie, żebym nie biegła w kurtce. w ostatniej chwili przepinałam numer. później im w duchu za to dziękowałam przez cały bieg :) tuż przed startem przestało padać. ale głupiej czapki już nie miałam jak zdjąć. tym razem chyba ja byłam największym przebierańcem biegu (mimowolnie) - spódniczka z falbankami i czapka FBI...
postanowiłam biec wolno, bez ciśnienia, tak jak to zapowiadałam. po pierwszym kilometrze czułam się dobrze, zrównałam się z jedną kobitką i biegłyśmy właściwie do końca razem. trasa mi się bardzo podobała, jak dla mnie, dziecka z mazowsza - bardzo urozmaicona. może te trzy długie podbiegi to trochę za duże urozmaicenie, ale dałam radę. pamiętałam, żeby na podbiegu pracować mocniej, ale nie przyspieszać. efekt był taki, że na podbiegach wyprzedzałam innych :) biegłam sobie równo, cały czas w taki samym tempie. bardzo się dziwiłam, że jeszcze nie zdycham. w końcu te fajki w pracy z agą... mało treningów, intensywne odchudzanie. i jeszcze w dodatku rano wypiłam tylko dwie kawy i herbatę. ojojoj, nie mogło się dobrze skończyć. ale się skończyło :P
kiedy zobaczyłam żuraw ucieszyłam się przeokrutnie. chwilę później - linia mety. myślałam, że to już koniec więc bardzo mocno przyspieszyłam, niestety okazało się, że przede mną jeszcze kilometr. on zabolał najbardziej, bo na chwilę straciłam oddech. jakoś się dotelepałam i całkiem przypadkiem zrobiłam życiówkę. nie jest porażająca, ale jest MOJA. postanowiłam, że za tydzień pobiegnę jakąś dyszkę i życiówkę poprawię! o!
dobrze, że w końcu gdzieś wystartowałam - to bardzo motywujące!
P.S.
WIELKIE GRATULACJE DLA GRAŻYNKI WITT, KTÓRA KOLEJNY RAZ ZNALAZŁA SIĘ NA PODIUM!!!
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga Marass (2009-09-06,12:11): świetna relacja! gratuluję więc podwójnie :) fog (2009-09-07,13:20): Niezły był wystrzał z armaty!...:)) Foxik (2009-09-07,17:20): świetna relacja no i oczywiście WIELKIE GRATULACJE z powodu życiówki :)
|