2009-07-19
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Rodeo (czytano: 284 razy)

W komunikacji z Dozyną robimy postępy. Sadzę, że rozpoznaje mnie już po zapachu. Na razie jestem na etapie, że skupiam się na warsztacie, a nawet nie silę na rozpracowywanie reguł i zwyczajów, a jest ich cała masa, tego sportu z tradycjami. Nawet nie wiem, ze nic nie wiem. Umiem skręcić koniem, zawrócić przez pólłwoltę, odbić od płotu. Koniem kieruje się ściskając łydkami i lekko pociągając wodze. Trzymasz się kolanami. Przyspiesza cmokaniem, zatrzymuje komendą „Prrta!” Żadne tam „Wio!”, to jest u jeźdźca obciachowe :-) Przydałyby się oficerki, ale czekam jeszcze z rozsądku – sprzęt jest na nasze warunki dość kosztowny. „A teraz ruszamy kłusem” wykrzykuje instruktorka i Dozyna przyspiesza natychmiast. „Kto Ci pozwolił pójść w kłus?” karcę konia, zatrzymuję i staram się wprawić w kłus ruchem łydek i cmokaniem, zgodnie z zasadami sztuki. Oczywiście skuteczność bywa różna :-)) Instruktorki mają u koni mores. My-przynajmniej na razie i na długo-nie.
Instruktorka opowiada chwilę o wycieczce do lasu, na którą kiedyś nas zabierze, jak będziemy już wprawne. Najfantastyczniejsze w tej opowieści jest to, że podobnież sarny spotkane w lesie nie reagują na człowieka na grzbiecie końskim, nie rozpoznają go, biegną bok. Magia.
Na lekcji robi się całą masę ćwiczeń mających na celu oswojenie z koniem. Różnorodność-jak u Izy na aerobiku. Zwykle na raz-dwa. Puszcza się wodze, podnosi ramiona, wysuwa stopy ze strzemion i wsuwa. Dotyka naprzemian strzemienia i końskiego ogona. Albo przekłada pod wodzami jedną nogę na drugą stronę. Przytulasz się do końskiej szyi a za chwilę kładziesz na plecach. W pewnej chwili instruktorka długo nie mówi „dwa” i leżę na końskiej szyi, niczym kaskader „ranny” w akcji aż Dozyna obraca ku mnie łeb jakby chciała sprawdzić czy wszystko w porządku. Odkrywam, że koń jest zwierzęciem ciepłym, przyjemnie ciepłym. Później w interwałach: jazda stępa i kłusem, stępa i kłusem. I obowiązkowa nauka anglezowania. Koń kroczy w taki sposób, że zad podrzuca jeźdźca do przodu ruchem wyrzutnym. Należy ten ruch naśladować (żeby utrzymać się na koniu)czyli anglezować. Na początku anglezowanie wymaga intensywnego wysiłku, później z każdą godziną staje się bardziej naturalne. Na ostatniej lekcji dochodzi jazda kłusem szkoleniowym czyli celowo bez anglezowania. Przygotowanie do jazdy galopem. Czuje się to jak jazdę samochodem po rozkopanej drodze: du-du-du.. Rodeo na nieszkodliwą skalę. Po powrocie do zwykłego kłusu od razu samorzutnie „nawracam się” na anglezowanie. I bez wyjaśnienia zdaję sobie sprawę, ze koń szkoleniowy jest wierzchowcem starannie wyselekcjonowanym, do nauki-spokojnym, stępionym. Podczas godzinnej lekcji myślę o różnych popisach kaskaderskich, które oglądałam, woltyżerce, galopie. Porównuję z rzeczywistymi doznaniami, zastanawiam się jak się je ćwiczy.
Jest bardzo gorąco i od wolty (która musi być piaszczysta na wypadek upadku) od kroczącego na przedzie konia zawiewa pył. Zakładam na nos i usta, po kowbojsku, bawełnianą chustkę. Nie powiem, żeby się to spodobało. Pytają po co mi to, tutaj jeździ się w stylu angielskim. Taka mała maskarada. Kobieta lubi się wszak przebierać, grać role..
Dozyna kojarzy już, po lekcji dostanie jabłka i zaraz gdy zeskoczę na ziemię zaczyna węszyć i wyciągać łeb. Karmienie konia po lekcji jest bardzo przyjemne, tworzy więź. Tym razem przynosimy jabłka dla naszych instruktorek. Umyte oczywiście :-)
Głowię się skąd by tu wytrzasnąć ludzi, którzy mieliby sad na tyle duży, żeby podarować stadninie kilka skrzynek owoców, zrobilibyśmy wielkie święto jabłka: dla koni, kursantów i instruktorów. Coś trzeba wykombinować, jabłka nie schodzą mi z myśli.. :-)
Tuz przed wejściem na woltę jest taki pocieszny kierunkowskaz, z daleka widoczne graffiti z napisem „jazda konna” (na zdjęciu).
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |