Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [20]  PRZYJAC. [100]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Toya
Pamiętnik internetowy
"Przede wszystkim: zero sportu" W.Churchill

Luiza Buryło
Urodzony: --
Miejsce zamieszkania: Oświęcim-Zdrój
16 / 72


2009-07-07

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Wolta (czytano: 250 razy)



Można w wolnym od pracy czasie robić przeróżne rzeczy. Na przykład dać koleżance lekcję konnej jazdy w prezencie imieninowym. Jedni jeżdżą, inni przychodzą popatrzeć. Mogę i ja pojechać i zobaczyć od kuchni stadninę, jakieś 10km od domu.
W sobotę 5.50 budzik wyrywa mnie ze snu. Ubieram się szybko. Lekcja o 8.00 i nie wolno się spóźnić, bo instruktorka spóźnień nie toleruje. Jest druga połowa czerwca, pochmurno i wietrznie. Przez chwile myśli krążą wokół sobotnich dni – tych kiedy wstawałam na wyjazdy o świcie i tych gdy z trudem koło dziewiątej ściągałam się z łóżka. O 6.20 telefon-Nie zapomniałaś, że dziś jedziemy do stadniny? Nie, nie zapomniałam i będę przed czasem.Zabieramy po drodze instruktorkę i w drogę.

Mamy szczęście, bo rzadko kto potrafi umiejętnie, w krótkim czasie, w punktach, wydyktować co jest najistotniejszego w danej dziedzinie. Ja jestem tu tylko widzem, ale słucham z zainteresowaniem szybkiej lekcji kierowanej do amazonki jak do konia podchodzić, czyścić, ubierać i co najważniejsze-nie płoszyć.Zapach siana i owsa, pod sufitem fruwają jaskółki, nieodłączny towarzysz otwartych przecież stajni, wożą się po nas nieuciążliwie końskie muchy. Przechodzimy koleją obok wszystkich boksów, gdzie instruktorka wita się z końmi. Trzeba uważać, bo koń spłoszony czy wystraszony może dotkliwie ugryźć, ale ryzykują i nie wykonując gwałtownych ruchów podchodzę do kilku i głaszczę po mięciutkich aksamitnych chrapach. Pytam czy zabrać „na następny raz” cukier w kostkach. Wtedy instruktorka wyciąga worek jabłek. Bo najlepiej smakuje im nie cukier tylko jabłka. Mogą być również marchewki. Nasze dumne konie zwęszywszy jabłuszka tańczą w boksach i łakomie wyciągają łby. W rogu w boksie stoi ogromny ogier, w kłębie akurat mojej wysokości.
Koń szkoleniowy-siwa klacz Dozyna- osiodłany i prowadzony na wodzy na woltę. Później lekcja, a ja siedzę sobie na ławeczce patrząc na tandem instruktorka-amazonka albo podchodzę ku pasącemu się w niewielkiej odległości stadu. Łąka jest pełna rosy, wieje dość mocny wiatr. Chętnie napiłabym się teraz gorącej herbaty..
Lekcja dobiega końca i wracamy do stajni, a instruktorka opowiada trochę o stadninie, właścicielach, konkursach skoków w których bierze udział. Mikrokosmos. O tej porze robi się ludniej i w stajni pojawiają się juniorki-bo za lekcje płaci się służbą przy koniach. Wesoła gimnazjalistka z kręconymi blond włosami popycha przez przejście furkę siana :-)

Za kilka dni telefon i słyszę, że w niedzielę jestem zapisana na lekcję. No nie wiem, nie za bardzo przypada mi do gustu to przyspieszenie. Bo zawsze myślałam, ze do jeździectwa potrzebna jest decyzja, zakochanie w koniach na zabój, poczucie woli, tradycje rodzinne, albo coś w tym guście. Poza tym z charakteru jestem osobą, która łatwo się nie angażuje, ale jak to angażuje to mocno, wiec na ogół zastanawiam się dokąd mnie "to nowe" zaprowadzi.. Ale nie odmawiam. Tydzień szybko mija. Znamy już drogę i same idziemy ku wolcie. Mnie przypada do jazdy Dozyna. Cieszę się bo już ja znam.. Wsiadanie na konia-z obniżonym strzemieniem jakoś poszło..Koń momentalnie wyczuwa, że ma na grzbiecie neofitę czyli jakby powiedział żeglarz „balast”. Pierwsze 10 minut idzie ostrożnie a ja oswajam się z sytuacją, bo tak nie za bardzo widzę, czego można się tu uchwycić, później trochę jazdy na lonży i pierwsze chwile anglezowania, które wychodzą podobnież bardzo dobrze. Lekcja przechodzi szybko..Na zakończenie karmimy nasze wierzchowce jabłkami, miło patrzeć jak Dozyna przeżuwa ze smakiem podany poczęstunek :-)

Po tygodniu lekcja numer dwa. Jazda po wolcie. Na początku ćwiczenia, tym razem już bardziej karkołomne, na przykład przekładanie jednej nogi przed konia, żeby usiąść tak jak kiedyś bokiem siedziały damy, przeróżne wychyły i skłony. Tym razem ogólnie sporo pracy. Dozyna, która dopiero wyszła ze stajni, jakoś nie chce dziś iść w kłus, co ode mnie wymaga sporo wysiłku. Bo konia przyspiesza się ściskając łydkami. Po kilkunastu minutach ja mam już dość a klacz nadal ma moje wysiłki za nic :-) Teraz już wiem dlaczego na koniu jeździ się w oficerkach, uchwyt jest o wiele mocniejszy. Na którymś zakręcie Dozyna nagle przyspiesza co sprawia, że przekręcam się w siodle i jakoś tak z asekuracji zsiadam z konia. W nagrodę muszę na niego wsiąść z powrotem już bez żadnej pomocy, tylko moja juniorka przytrzymuje klacz za uzdę. Okazuje się, że to wsiadanie nie jest takie trudne. A stępa jeździ się już całkiem przyjemnie. Dziś świeci moce słońce i z wolty chwilami zawiewa mi w twarz piasek. Dozyna prycha, a ja żałuję, ze nie mam na twarzy nasuniętej kowbojskiej chusty.
Odczuwam pewną ulgę gdy już zsiadam z konia i po rytuale obłaskawiania wierzchowca jabłuszkiem oddaję go następnej kursantce, a sama nieco chwiejnym westernowym krokiem wracam do stajni.
Jeżeli kiedyś uda się pojechać koniem na wycieczkę w teren, najlepiej w zimie, to będzie pięknie.





Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
jaro13G
19:03
romelos
18:57
ksieciuniu1973
18:54
JACEK W.
18:43
Raffaello conti
18:22
agajagoda
18:03
BonifacyPsikuta
17:47
siepiet
17:40
Wojciech
17:38
mogebycostatnixd
17:15
gora1509
17:15
drakomir
16:26
ADAXO
16:22
Lektor443
16:12
przemek300
15:57
waldekstepien@wp.pl
15:44
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |