2009-06-17
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| ALPIN FOREVER! (czytano: 318 razy)

10-ty jubileuszowy LGT Alpin Marathon, 6.06.2009 Fuerstentum LIECHTENSTEIN
gdzieś w okolicach Triesen, Malbun, Vaduz i Benden
Z Firearrow znamy się od jakiegoś czasu. Tak jak ja jest biegaczką biegająca „za czymś”, posiada rzadką w dzisiejszych czasach sztukę pisania listów i rozumie moje ulubione łacińskie powiedzenia. Jest od czego zacząć z tym drugim człowiekiem.
Wiem już, ze od czasu do rzuca wszystko i wyprawia się w daleką podróż, że tak lubi. Zimowym wieczorem zapytuję czy nie wybrałaby się na bieg na Bornholm. Moje stare marzenie, dla urzeczywistnienia którego muszę znaleźć człowieka, co mu ze mną będzie tam po drodze. Ale Festiwal Biegowy jest w ostatnim dniu miesiąca, a wtedy u Firearrow w firmie najwięcej pracy. Trzeba szukać dalej. Kilka dni później pisze do mnie: w zasadzie rzadko coś organizuję dla innych, czas to zmienić. Zapraszam jedź ze mną w Alpy na Maraton Skalny (bo alpin po niemiecku to po prostu skalny) i podsyła linka. Zdecydowałam się natychmiast zanim zobaczyłam w co się pakuję. Jeżeli powiem „nie” to takiej możliwości już nigdy nie będzie. Oglądam profil trasy, swoimi słowami wygląda tak: 10km po prostce, 11km bardzo ostro w górę (różnica poziomów blisko 1000m), 3km w dół, pagórki i 2 km tuż przed metę ostro podbiegiem. Porównuję z wyszehradzkim i wychodzi, ze trudniejszy, czyli poprzeczka za wysoko. Więc trzeba potraktować wyjazd do Liechtensteinu jako zwiedzanie i przygodę, a bieg tak przy okazji-pooglądać widoki i zmieścić w limicie czasowym 7h. Należy coś przedsięwziąć żeby zmęczyć tę wymagają trasę. Pomyślałam jakoś o sztukach walki: styl małpy, węża itp. Czemu nie wymyślić czegoś swojego? :-)
POKONYWANIE DYSTANSU MARATOŃSKIEGO-TAKTYKA PRZEDSZKOLAKA
Copyright by Toya
1.Gry chce Ci się biec-biegniesz.
2.Gdy nie chce Ci się biec-nie biegniesz
3.Jeżeli zacznie Cie wyprowadzać z równowagi włożona z rozsądku czapka-wyrzucasz ją po drodze.
4.Jeżeli spotkasz ludzi kierujących do ciebie kibicująco-dopingująco-sympatyczno-matczyne stwierdzenia „Go go!”, „Już niedaleko!”, „Dobrze się Pani czuje?”-opluwasz ich
Wiadomo co się robi przed taka imprezą: opłata wpisowego, plan podroży, urlop. No właśnie, urlop. Myślałam, że to będzie formalność, ale mój nowy szef po dłuższej przemowie niczego nie obiecuje, bo zmiany organizacyjne itp. Kronika towarzyska to nie jest moja mocna strona, mało pytam i niewiele mówię o sobie, ale tym razem robię wyjątek i drugie podejście do urlopu-opowiadam po co i gdzie jadę. Mój nowy szef porzuca na chwile sztandarowe zadania naszego działu i opowiada jak był za juniora w kadrze judo i kontuzja wyautowała go ze sportu.. Jest 15.30 i jak to się u mnie w firmie mówi „sukcesu już dziś nie odniesiemy”. Przyrzeczenia urlopu jednak nie ma. Przysługuje 4 dni urlopu na żądanie, ale czy warto w dzisiejszych czasach tak pogrywać z pracodawcą? Siedzę na wprost człowieka, który zagradza mi drogę do przygody starając się aby z mojej spokojnej na pozór twarzy nie wyczytał jak wielką w tym momencie czuję do niego awersję. Oczekiwanie na finisz tej najważniejszej przecież kwestii wprowadza w oczekiwanie na wyjazd pewne napięcie i nieco mąci radość. Ryzykuję wpisowe i czekam. Od czasu do czasu zaglądam na aktualności na stronie maratonu. Bieg jest 10-ty, jubileuszowy i wspomniana jest grupa kilkunastu biegaczy i biegaczek, którzy pokonają trasę po raz 10-ty i zostaną w specjalny sposób uhonorowani przez organizatora. Na biegu zaznaczeni jako związek/Verein. Jak bardzo to niemieckie: społeczeństwo w którym jak tylko znajdziesz ludzi mających z tobą coś wspólnego: hobby, sport, spędzanie czasu, przychodzi ci na myśl zrzeszyć się w grupę-Verein. Happy end w kwestii urlopu nie następuje - zamiast 4 dni potrzebnych na podróż i start dostaję dwa. Konieczna poważna korekta wyjazdowego planu.
Mieliśmy jechać z Firearrow i jej mężem Adamem w środę rano do Polic, poimprezować nieco z ekipą Adama-z-Polic (106 maratonów na koncie), przenocować na miejscu i w czwartek rano wyjechać w 3 samochody. I wrócić w poniedziałek. Proponuje, żeby Firearrow i Adam jechali zgodnie z planem, a ja dogonię ich nocnym pociągiem do Szczecina. Ale Firearrow wspaniałomyślnie decyduje, że poczekają na mnie w Warszawie i pojedziemy razem, a z ekipa policką spotkamy się już na miejscu, na campingu w Triesen. Nie pragnę tego, ale przyjmuje z wdzięcznością. Ten jeden raz w tym roku czuję się jak księżniczka na ziarnku grochu.
Kilka dni przed wyjazdem czytam na stronie biegu, że zszedł śnieg z alpejskich ścieżek, po których pobiegniemy. Zapala mi się w głowie jakaś czerwona lampka, bo poprzednie dwie zimy były suche i zdjęcia biegaczu ubranych w tych edycjach na letnio wcale nie powinny nas zachęcać do takiego samego stroju właśnie dziś. Już raz się przejechałam w Bochni na nieodpowiednim ekwipunku, więc zabieram do walizki kilka wariantów ubraniowych.
Dzień wyjazdu to jedna wielka nerwówka. Nieoczekiwanie nasz dyrektor zabiera mnie w roli tłumacza na jakieś spotkanie. Rozmowy się przedłużają i zaczynam siedzieć jak na szpilkach, a w konsekwencji bardzo późno wychodzę na ekspres do Warszawy, nieomalże biegnąc na dworzec by zdążyć 10 minut przed odjazdem. Uff, teraz można się odciąć od wszystkiego i ciszyć się chwilą która jest mi dana.
Trzy godziny później, siedząc nad talerzem makaronu z pesto i szklanką niezłego wina wyboru Firearrow wyglądam ciekawie w kierunku Placu Konstytucji. Dzięki Firearrow Warszawa od dziś stanie się miastem bliższym niż dotychczas. Bo ja znam samych warszawiaków w pierwszym okoleniu, którzy tu tylko zarabiają i miasta nie lubią, uciskając z niego przy każdej okazji. A miasto powinno mieć własna historie i opowieści o ludziach: obojętne powstańcach czy komunistach. Kiedyś, na 3-tygodniowej praktyce magisterskiej, obeszłam wszystkie ważniejsze punkty stolicy i znalazłam wiele takich, które mogłabym polubić. I tak właśnie patrzy na nie Firearrow. Owiewa twarz niesamowite jak na duże miasto świeże powietrze.
Pobudka o 3.15, ale Gospodyni budzi mnie pół godziny później. Trochę nam się obrywa od Adama, że zmarnowaliśmy taki kawał wolnego od ruchu czasu. Ale nastroje są już bardzo dobre. Jedziemy sobie, gawędzimy, przeżywamy kilka drobnych niespodzianek, jakie serwuje amatorom techniki nawigacja satelitarna, z których najmniej radosna jest konieczność zakupu rocznej winiety szwajcarskiej.”No to teraz możecie przez rok jeździć do Szwajcarii,”rozpraszam pewną zadumę w jaka wprawia nas czynność wydania 40 szwajcarskich Franków w czterdzieści sekund :-) Gdzieś w trakcie zaczyna się trwający później nieustająco konkurs dźwiękonaśladowczy „jak śmieje się Doda” :-0 Tak docieramy w czwartek 4.06 około 19.00 do naszego campingu u stóp góry Triesen. Rozglądam się i miejsce widokowo od razu zaczyna przypominać mi „piknik pod wisząca skałą”. Polacy z Polic są już na miejscu, poznajemy się, rozkładamy obozowisko. Po kilku godzinach nasza mała ekipa zaczyna się przebierać w charakterystyczne dla siebie społeczne role: Firearrow-przywódca, Adam-opiekun i mistrz kierownicy, Toya-tłumacz.W najbliższej restauracji jemy kolację. Na każdym daniu właścicielka kładzie delikatny alpejski kwiat. Firearrow wplata wszystkie trzy we włosy i robi się uroczyście. Wszak maraton to święto biegacza.
Gdzieś koło północy pakujemy się do swojego namiotu. Kiedy ja ostatnio nocowałam w polowych warunkach? Nie pamiętam, naprawdę dobrze czuje się w samochodach, hotelach, mając w kieszeni, gdyby było trzeba, pieniądze na taksówkę do domu. Gdzieś za godzinę okazuje się, że z materaca Firearrow i Adama zaczyna uchodzić powietrze. Wywołuje to falę spontanicznych żartów i śmiechu. Świnie jesteśmy, bo to pora ciszy nocnej, ale tak bardzo chce nam się śmiać..
W piątek zwiedzamy stolicę Vaduz. Ładnie urządzone centrum z ławeczkami i rzeźbami, ale Księstwo jest dla mnie ogólnie niezrozumiałe. Na ulicy dużo luksusowych samochodów: kilka razy mija nas Ferrari, Porszaki, na parkingu przy McDonalds oglądamy fantastyczna Corvettę, jaka znam tylko ze zdjęć. A nieco wyżej, na łąkach-stadka krów :-) Każda ma na szyi charakterystyczny dzwonek , a od Unii Europejskiej żółte kolczyki w uszach. Krówska są bardzo ruchliwe i nieustannie brykają. I tak zapamiętuję Liechtenstein: szum drogich aut i brzęk krowich dzwonków na łąkach :-). Po zwiedzeniu Centrum stolicy wychodzimy ku Zamkowi, siedzibie miłościwie panujących i organu władzy. Niestety, w pewnej chwili droga do zamku jest zamknięta dla zwiedzających. Włóczymy się po uroczych uliczkach na wzgórzu, gdzie spostrzegamy strzałkę „Liechtenstein marathon”. Oj, robi się ruch w zespole, przyspieszamy kroku. Oceniamy, ze jest to miejsce, gdzie zaczyna się podbieg na 10km. Trasa nie jest nam już obca :-) Po chwili na stromym podbiegu, mija nas jakiś biegacz i zaczepiam go pytając czy startuje w maratonie. „Ależ nie -broni się-żaden ze mnie sportowiec, mam pracę :-) No ładne rzeczy, byle kto u nas nie wbiegnie na tę górkę, którą właśnie pokonał. . Po południu jedziemy do Benden, do biura zawodów. Trochę trwa zanim znajdujemy biuro mieszczące się w prywatnej firmie produkującej karmy dla zwierząt domowych i z zewnątrz wyglądające tak niepozornie, że nawet nie robię zdjęć, tylko wypijam mineralkę przysiadając na chodniku obok tabliczki „Wujek Herbert”, jaka w humorystyczny sposób zarezerwował dla siebie miejsce łaściciel firmy. W biurze zawodów oglądamy trzykrotnie film z zeszłorocznego maratonu. Ze wszystkich stron zaczynają napływać biegacze. Firearrow na widok kobiet, bo to same atletyki, zaczyna się trochę niepokoić, a w konsekwencji ja również. Wyglądają jakby całe życie biegały po górach. Tu na chwilę spotykamy się z kolegami z Polic i wspólnie jedziemy na passta. Miła restauracja na przeszklonym tarasie na wzgórzu z jakiego roztacza się imponująca panorama na okolicę. I powrót do bazy. W aucie słuchamy radia Liechtenstein i prognoza pogody zapowiada zachmurzenie średnie do dużego, przelotne opady, temperaturę 16-17 stopni.
W dzień zawodów trzeba wstać o 5-tej rano, dojazd jest na jakieś 25 minut, start 9.00. Zastanawiamy się jak ostatecznie ubrać się na ten maraton, bo pogoda ostatnio płata figle, zostaje wersja „krótkie spodenki, koszulka z rękawami”.
I już jesteśmy w Benden, na starcie. Przed biurem zawodów powiewają flagi 20 krajów, z których przyjechali zawodnicy.Wg narodowości dominują Szwajcarzy (ponad 500 osób), Niemcy (blisko 250) i książątka z Liechtensteinu (134 osoby), zaskakujący dla mnie jest wysoki udział kobiet (około 20% startujących). Niebo zasnuwają chmury i zaczyna mocno padać, więc znikamy w budynku. Wewnątrz można po raz setny obejrzeć film z zeszłorocznego maratonu albo wypić starannie wybraną na tę imprezę przez Firearrow zieloną odżywkę marki „3 x las” :-) Pada ulewny deszcz i zaczynamy się zastanawiać jak my to pobiegniemy..
Adam-z-Polic posyła mnie w celu zasięgnięcia języka u miejscowych odnośnie temperatury panującej na górze. Wybieram jednego z biegaczy ubranego w koszulkę LGT Marathon 2007. „2-3 stopnie mniej, nawet tego panie nie poczuje” stwierdza uspokajająco. Jakże bardzo się myli..Z pewnym ociąganiem nadajemy z Firearrow nasze kurtki przeciwdeszczowe na depozyt. Adam odjeżdża na metę w Malbun, gdzie będzie czekał. Jednak gdy wychodzimy na start przejaśnia się, a obok nas rozgrzewa się zeszłoroczny zwycięzca Nowozelandczyk Watts o posturze kozicy śmigającej po skałach. Piękny widok. Robimy pamiątkowe zdjęcie i zaczyna się. Po jakichś 20 minutach niebo nad Alpami zaciągają bure chmury i pogoda się załamuje. Zaczyna mocno padać. Na razie biegniemy po prostej. Teraz już nie pada tylko leje. W ten sposób docieramy do miejsca, gdzie wyrasta przed nami góra. Regularnie podnoszę twarz ku niebu szukając oznak przejaśnienia i beznadziejnie trwonię czas przeskakując kałuże i omijając brzegiem błoto. Żeby zachować w miarę niezmoczone buty i nie otrzeć stóp. Mniej więcej na 17km dociera do mnie, że deszcz nie ustanie. Znaczy alpejskie widoki mogę sobie narysować. Zaczynam się mimo wszystko nieźle bawić zaistniałą sytuacją. Po asfalcie płynie cienka warstewka na całej szerokości woda. Na ścieżkach leśnych błoto i bajorka. I deszcz omiatający całe ciało. Przed startem nieopatrznie wypowiadam słowa, że chciałabym, że by na trasie nie było nikogo z widzów, żeby był spokój. Mówisz masz! Oprócz obstawy trasy w tym deszczu prawie nie ma widzów. Organizatorów widać zaskoczyła ta aura, bo na punktach nie ma nic ciepłego do picia, tylko woda, izo i Cola. Po kilkunastu kilometrach z wychłodzenia zaczynają mi sztywnieć ramiona. Na 21km miało być już po punkcie przewyższenia, ale nadal jest pod górę. Na dodatek stopniowo zaczyna spadać temperatura. Jeszcze trochę, zanim zaczyna się pierwszy zbieg. Tu niespodzianka. Potrzebuję kilkudziesięciu metrów zanim zaczynam truchtać, mięśnie mocno już zmarzły. Patrzę na zegarek i stwierdzam, ze na punkt kontrolny na 25km dotrę w limicie czasowym, czyli na następne pagórzysto-błotniste 17km zostanie mi 3.15 minut. Po płaskim odcinku to morze czasu. Ale nie tu i nie przy tej pogodzie. Za bardzo guzdroliłam się na błotnistych odcinkach, trzeba było iść na przełaj nie patrząc pod stopy. I dociera do mnie, ze w tych warunkach w limicie czasowym na maraton najprawdopodobniej się nie zmieszczę. I że należy skorzystać z planu B czyli zejść na 25km w Steg, na mecie Halbmarathonu. Przez chwile myśl ta sprawia mi wielka przykrość, nie tak to miało być, jakże pięknie byłoby dotrzeć do mety tego bardzo trudnego biegu i obejrzeć w słońcu niezapomniane alpejskie widoki. Ale leje, nad Alpami wiszą bure chmury a doliny zasłania mgła. Już nic tu po mnie. Jakiś czas spędzam na trasie z mieszkającą w Londynie Czeszką, schodzimy w dół po śliskiej błotnistej ścieżce. W pewnej chwili na szlaku stoi stado krów i pasterz. Krówska są rogate, patrzą na nas zuchowato i wcale nie pala się do ustąpienia drogi :-)) Znowu marnuję czas z wysiłkiem meandrując pomiędzy wtopionymi w błoto krowimi plackami..
Na mecie organizator zarzuca mi na ramiona gruby koc, w którym pakuje się do busa odwożącego na metę maratonu. W busie dowiaduję się, że maraton wygrał powtórnie Watts z nieprawdopodobnym czasem 3:01, poprawiając zeszłoroczny rezultat o prawie 6 minut. Niesamowity wyczyn! Organizator już w Malbun zadba o to, żeby wiedziała gdzie prysznic i lekko popycha w stronę depozytu. Pod prysznicem, który jakoś mocno przypomina mi obozowe klimaty (metalowe zraszacze pod sufitem, kłęby pary i wspólna sala) z wysiłkiem slalomem pomiędzy nagimi ciałami biegaczek wynajduję jakieś wolne miejsce. Wszystkim ciepło wody sprawia wielką przyjemność. Kapiąca się obok Liechtensteinka zwraca mi uwagę, żebym nie myła włosów, bo nie ma suszarek. Ale teraz to choćby i potop. Wykręcam biegowe ubranko zwracając naturze jakieś 0,5l żywej wody :-) i z przyjemnością przebieram się w suche rzeczy.
Dla mnie już relaks, myśli biegną ku Firearrow i reszcie ekipy, która jeszcze na trasie. Wiem, że nie zabraknie im hartu ducha, tylko czy organizm nie zawiedzie w tych trudnych warunkach? Dzwonię do niej, ale tam chyba nie ma zasięgu albo w ferworze walki nie podnosi już słuchawki. Chłodno jest tak, zż para idzie z ust, a ja chodzę z mokrymi włosami i w klapeczkach pod prysznic :-) bo Adama jakoś nie mogę spotkać. Można schować się w miarę ciepłym namiocie konsumpcyjnym, ale stanie na mecie to też atrakcyjne przeżycie i wole tutaj. Patrze z podziwem na zbiegających maratończyków, większość z nich wygląda na niezmęczonych. Wielu to ludzie mizernej postury. I te kobiety-silne, twarde góralki. Zastanawiam się, czy przypadkiem na to, żeby tak biegać, nie trzeba się tutaj urodzić. Ale chyba nie, chyba można to wyćwiczyć. Powoli odnajdujemy się i przybiegają po kolei nasi koledzy i koleżanki z polskiej ekipy. Mniej więcej po 5 godzinach Adam pokazuje mi na widocznym z daleka zbiegu sylwetkę Firearrow i spieszy rozgrzać do czerwoności auto. Ale końcówka trasy poprowadzona jest pętlą i mija jeszcze blisko 15 minut zanim Firearrow pojawia się na mecie. Folia termiczna, dużo ciepłego powietrza i kawa na rozgrzanie. Nie jest źle.
Maraton kończy 754 biegaczy (619 facetów,136 babeczek), a bieg na 25km (zwany tu nie wiedzieć czemu półmaratonem) 242 biegaczy (w tym 63kobiety). Słucham opowieści „z drugiej strony góry” o przelotnym deszczu ze śniegiem, woreczkach na napoje porywanych z punktów odżywczych by choć nieco ochronić zziębnięte dłonie i ramiona i guzikach rozpinanych przez obsługę gdy zesztywniałe palce maratonki nie są w stanie niczego uchwycić. Nasi maratończycy czują się nieco rozczarowani opisem trasy po 30km. Wyglądało na pagórki, faktycznie cały odcinek wypełniały konkretne stumetrowe podbiegi-zbiegi. Zostajemy jeszcze jakiś czas tutaj, jeszcze ostatnie chwile napawania się ta szczególną, inną niż na naszych imprezach atmosferą i zawracamy do bazy. Nadal leje. Adam decyduje, żeby wynająć na ostatnią noc domek bo jesteśmy wszyscy zmarznięci i wieczór spędzamy w komfortowych warunkach-sucho, drewniano, a wieczorem uroczyste zakończenie naszej ekipy na którym serwujemy sobie miejscowe białe wino. Na wieczór polopiryna. Mniej więcej koło północy przestaje padać i w niedziele robi się piękny dzień. To tylko na start tak nas ochrzciło:, co za kaprys losu. Czas wyjeżdżać.
Wyprawa, już po powrocie do Polski, wprawia mnie w stan takiego oderwania od rzeczywistości, że długo nie potrafię się otrząsnąć. Zapomniałam kim jestem, zapomniałam o przeszłości i nie myślę jeszcze co dalej. Tak jakbym wróciła z kosmosu.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora firearrow (2009-06-18,10:39): alpejski trening nie poszedł na marne, w pracy stanowię zdecydowaną czołówkę w....śmianiu się Dodopodobnie :) jacdzi (2009-06-25,21:54): Gdy denerwuje Ci czapka- wyrzucasz ja. A co gdy obciera Cie lub przeszkadza Ci reszta odzienia? Toya (2009-06-25,23:24): Przyjrzyj się przy najbliższej okazji przedszkolakowi wracającemu do domu. Osiągniesz wyższą świadomość :-)
|