Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [20]  PRZYJAC. [100]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Toya
Pamiętnik internetowy
"Przede wszystkim: zero sportu" W.Churchill

Luiza Buryło
Urodzony: --
Miejsce zamieszkania: Oświęcim-Zdrój
13 / 72


2009-03-15

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Zapętleni w Bochni... (czytano: 525 razy)

 

...czyli prawdy i półprawdy o podziemnym Dniu Kobiet

Od sztafety tydzień już minął, zdjęcia jeszcze napływają, to co? Podsumowujemy?

Z Oświęcimia startowały aż trzy sztafety:
-ja z kolegami z Rudawy – Piotrem i Gabrielą Kucharskimi i Katowiczanami Tomkiem i Olą Stęclik w drużynie Arcybractwo Uciech Wszelakich,
-Marian Bukowczan, Bogdan Brandys, Roman Czaja i Marek Przewoźnik jako Człapaki Oświęcimskie oraz
- Andrzej i Małgorzata Obstarczyk, Tadeusz i Monika Sambak w zespole Zadyszka.
Zadyszka nie przedarła się przez losowanie, do reszty szczęście się uśmiechnęło.
W kopalni byłam kilka lat temu na zwiedzaniu czysto turystycznym. Po spektaklu światło-dźwięk wiem wszystko o królewnie, górnikach i duchu Skarbnika ostrzegającym przed wybuchem. A najbardziej podobała mi się jazda korytarzem na linijce. Tym razem królewna i towarzystwo znów z nami będą, ale jeździć nie będziemy tylko zapylać na butach :-)
Bochnia zaczyna się od niemiłej dla mnie niespodzianki. We wtorek wieczór przytrafia mi się coś, co w moim życiu zdarza się równie często jak kometa: zaczyna mnie nieoczekiwanie boleć żołądek. I to mocno. Po nocy wypełnionej szarpanym snem, kilkakrotnie przerywanym łykaniem węgla aktywnego i kropli miętowych z radością witam ranek, bo myślę, że to już koniec. Ale to nie będzie koniec. Przy każdym obciążeniu większym posiłkiem żołądek, drwiąc sobie z prawideł grawitacji, zaczyna natychmiast dryfować do góry. W czwartek wychodzę na siłę na trening, bo przed takimi zawodami nie biegać nie wolno i niniejszym poznaję uroki biegania z kurczami żołądka, o których tyle słyszałam od kolegów. Jest źle. Czasu nie zostało wiele, a wiem, że 3 osobom będzie ciężko udźwignąć trudność tej imprezy, więc wychodzę w piątek na spotkanie z Olą i Tomkiem jedynie mając nadzieję, że w ostatniej chwili mi przejdzie.
Czas jaki mamy na drogę do Bochni, oprócz pilotowania, próbuję wykorzystać na mini lekcję bardzo lubianej przeze mnie gwary śląskiej, a konkretnie jakichś śmiesznych wyrażeń, którymi mogłabym okrasić niniejszą opowieść o podziemnym kopalnianym życiu, na przykład „Po kiego pierona żek przyszła na ta gruba...:. Ale Ola nie umie uczyć gwary. „Zaskakuje” na nią tylko w momencie, gdy znajdzie się rozmówca również mówiący dialektem.

Przypadek sprawia, że przy recepcji, już w komplecie z Gabą i Piotrem spotykamy się z Człapakami Oświęcimskimi. Długie akurat z powodu końca zmiany oczekiwanie na przewóz windą zabijamy pogawędkami i robieniem zdjęć. Później wsiadka do windy i nasza przygoda sztafetowa rozpoczęta. Spać kładziemy się późno, bo rozlokowanie trochę trwa. Zamykam oczy i gdy je otwieram jest już sobota rano. Jest 7.10 i mój sąsiad z pryczy, dziewięcioletni Kuba syn Gabi i Piotra informuje mnie że „o tej porze nie wypada już być w łóżku”. Próbuję wdać się z nim w dyskusję dlaczego nie, ale jest nieubłagany. Nie wypada i już. Zbieramy się wszyscy, bo start o 10.00, a debiutanci w dużej grupie wychodzą „na górę”, żeby zobaczyć jak to wszystko wygląda. Sztafetę otwiera Gabi jako kapitan, mnie przypada czwarta pozycja w rotacji. Czuję się sprawna na 90%. I tak biegaczka, w której aktualnych możliwościach na dzień dzisiejszy mieści się przebiegniecie ciurkiem do 18km stoi w strefie zmian z lękiem odliczając minuty do swojej pierwszej pętli, niepewna, czy przy aktualnej dyspozycji dnia sił starczy na 2450m...Miała być zabawa a może być męczarnia..Na szczęście daje się żyć.
Biegacze rozpędzają się na dobre. Po pierwszych wynikach widać, ze w tegorocznej edycji szpica jest wąska, a przeważają średnio-szybko biegający zawodnicy. Właściwie cała esencja tej imprezy to swoisty, generujący się na gorąco, kawał sytuacyjny, którego nie sposób oddać w opowieści, choć spróbuję dać przykład. Zaraz po rozpoczęciu sztafety do strefy zmian nadbiega zawodnik z daleka sygnalizując ręką zmianę. Jego kolega stoi niczym słup soli. Biegacz przebiega matę, zatrzymuje się, klepie zmiennika w rękę, a kolega nie wiadomo dlaczego dalej stoi. :Stasiu! K....! Nie śpij!-wyraża swoje niezrozumienie dla takiej postawy biegacz i kopalnia zatrząsa się od salwy śmiechu z kilkudziesięciu rozbawionych ust.
Powoli, w tej całej atmosferze zaczyna się wpadać w taki ciąg, a trasa do przebiegnięcia zaczyna wyglądać jak dla mnie tak: zakręt, podmuch, zakręt, podmuch, mata i abarot do strefy zmian, a teraz głośnik, zapach drożdżówek, głośnik, głośnik, mata i abarot do strefy zmian.
Mniej więcej w połowie sztafety na plan pierwszy zaczyna się wysuwać pewny problem techniczny, a dokładnie ubraniowo-techniczny, którego nie przewidziałam przed wyjazdem. Jesteśmy z różnych miejscowości, więc umówiliśmy się z Arcybractwem, że kolejność biegu ustalimy na miejscu. Na miejscu okazuje się, że wejść na trasę mam pięć. Złudzona zdjęciami w poprzednich edycji zabieram na bieganie część „krótkich” ubrań, które mnie się nie przydadzą, bo w zimnej wietrznej część ku Campi jak dla mnie jest na taki strój za zimno. I tak zostaje mi w ręce jedna bluza z długim rękawem i dwie pary spodni. Po kilku godzinach od wciągania wilgotnego już stroju zaczyna mi się robić zimno. I tu z pomocą przychodzą słynne schody (jakieś 350 stopni). Błogosławione schody, idealna rozgrzewka, w połowie których przestaję drżeć z zimna i zaczynam z entuzjazmem myśleć o kolejnym kawałku.
Prawdą okazuje się to, o czym mówili zeszłoroczni uczestnicy, że przerwy staja się z czasem w subiektywnym odczuciu coraz krótsze. Spędzam je na docieplaniu się w śpiworze, zaglądam chwilami do Człapaków. U nich też niespodzianka: Romanowi odnawia się kontuzja i musi go zastąpić Marek z Bogdanem, bo Marian biegał 3h non-stop. „Chopie”broni się Marek, ale jest uśmiechnięty „ trzeba było wcześniej mówić, nie zrobiłbym pięciu pętli w godzinę” Ale nie ma zmiłuj się, i niespodziankom trzeba sprostać. Biegacze koczujący w oczekiwaniu na swoją kolej zaczynają przypominać toczące ciężkie walki wojsko w obozowisku: siedzący, okutani dresami, kocami, niektórzy w czapkach,zmęczeni choć z iskrą w oczach. Na tym tle bardzo odbija się od tła wesoły uśmiech Kowala, który dotrwa w takim stanie do samego końca.
Czas płynie i wolno i szybko i kończy się dwunasta godzina biegania.Przypada mi w udziale bardzo fajna przygoda czyli zamykanie sztafety. Zabawa jest przednia-mijam rozpędzonych biegaczy, bo każdy z nas, świadom kończącego się czasu, biegnie w tej chwili na maksa, gdy rozlega się zapowiedź, że już tylko półtorej minuty, a później odliczanie 10, 9, 8..i ryk syreny unieruchamia nas w miejscu. Posłuszni poleceniom sędziów zostawiamy na ziemi numery startowe i zawracamy do strefy zmian. Zbliżając się do wyjścia słyszę nagle „Luiza!”. Miła niespodzianka. To Gabi i Piotr czekają na mnie przy schodach, które pokonujemy powoli w dół racząc się aromatycznymi mandarynkami, które zabrałam z punktu odżywczego.
W niedzielę rano budzę się o dziwo już przed szóstą rano, siadam na pryczy, żeby wypić kilka łyków mineralnej i moim oczom ukazuje się niezwykły jak na masowy nocleg widok: nikt nie chodzi, nikt nie gada, a ciszę przerywają jedynie oddechy śpiących. Całe sztafetowe towarzystwo leży pokotem :-)))
Mniej więcej o 7.20, gdy bardzo dziś zaspany Kubuś, który w sobotę wyszalał się na zjeżdżalni otwiera oczy rewanżuje mu się za wczoraj stwierdzając, że o tej porze nie wypada już spać :-) „Ale ja wcale nie śpię” przekonuje po czym gwałtownym ruchem przytula się do mojego ramienia i zamierza spać dalej. Niestety, jeżeli chce pójść na zwiedzanie kopalni, a warto, musi już wstać.
Opowiadając o tej imprezie nieco uwagi należałoby poświecić osobie Tomka Głoda. Biegacz lat dopiero około trzydzieści, a już od kilku lat (dokładnie historii nie znam) jest współorganizatorem dwóch (z półmaratonem) dużych imprez biegowych. Jak się okazuje można być dyrektorem Sztafety i jednocześnie biegać na wynik zajmując ze swoim zespołem czwarte miejsce. Można umiejętnie promować imprezy, prowadzić wątki internetowe [autor kultowego już powiedzenia „czytać należy uważnie i ze zrozumieniem” :-) ] odpuszczając sobie promocję swojej osoby..To się nazywa solidne ukierunkowanie sportowe. Tak trzymać!!
Żałuję tylko, że musiałam wyjść przed dekoracją, ale mając w perspektywie konieczne w poniedziałek wyruszenie z domu o świcie musiałam się czasowo streszczać.
Na zakończenie, bo to Dzień Kobiet przypadał i ze strony kobiet oczekiwania były :na uroczyście” trochę posłodzę;
dziękuję mojej sztafetowej zmienniczce Gabi za niezawodność. Gdy po wezwaniu sędziego „55!” jej ciemna sylwetka pojawiała się na pasie startowym nieodmiennie czułam ulgę, że w zaistniałych okolicznościach nie będę musiała ciągnąc kolejnej pętli,
dziękuje Tomkowi, który mając mniej doświadczenia biegowego niż ja i Gabi zrobił największy kawałek,
dziękuję Oli za serwisowanie zespołu,
dziękuję biegaczowi, który między 11 a 12 godziną biegu w strefie zmian zapytał czy chciałabym usiąść,
dziękuję trzem młodym biegaczom, którzy już po sztafecie, przed ekranem z wynikami, na moje wesołe dzieńkobieciane„czy ktoś nie chciałby ustąpić kobiecie miejsca” natychmiast przyjęli postawę zasadniczą :-)
I to by tyle było na dziś.


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


mamusiajakubaijasia (2009-03-16,17:28): Powtórzymy to za rok, mam nadzieję:))







 Ostatnio zalogowani
Wojciech
18:13
bogaw
17:58
entony52
17:31
benfika
17:26
conditor
17:24
uro69
17:19
."RoBsoN".
17:00
robert77g
16:32
biegacz54
16:10
BonifacyPsikuta
15:54
bur.an
15:38
mariuszkurlej1968@gmail.c
15:35
JolaPe
15:33
42.195
15:09
Michał
15:02
jantor
14:39
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |