Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [20]  PRZYJAC. [100]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Toya
Pamiętnik internetowy
"Przede wszystkim: zero sportu" W.Churchill

Luiza Buryło
Urodzony: --
Miejsce zamieszkania: Oświęcim-Zdrój
11 / 72


2009-02-23

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Maraton Dinozaura (czytano: 342 razy)

 

Zaczyna się od listu, który znajduję w poczcie elektronicznej. Wojtek kończy 50 lat [nie wygląda :-)], uzbierało się 200 maratonów i ultra [o! Nie wiedziałam] i organizuje z tej okazji jubileuszowo-biegowo-marszowe urodziny. Sielpia..Tylko to będzie po śniegu..Dobrze, że pierwszy sezon, w którym zagarnęłam do biegania także zimę czyli 2006/2007 przypadł na aurę sucha, bo można by się zniechęcić. Z tego powodu dotychczas omijałam starty gwarantujące „mokrą robotę”. Maraton jak dla mnie w ogóle nie wchodzi w tych warunkach w grę. Ale na mniejszy dystans i sam jubileusz z chęcią pojadę.
Rano przed startem o 9.00 jest dość mroźno, nie wiem ile, ale na odczucie to i -8C mogło być. W biurze i przed startowym banerkiem zaczyna się pospolite ruszenie. Na trasie będą biegacze, piechurzy, kijkarze, marszerzy-cała sportowa różnorodność, jaką przyciąga do Sielpii miejscowy PTTK. Dalej, po południu pojawiają się jeszcze przeróżni goście-znajomi solenizanta. Bieg odbywa się na pętli 3km do pokonania dowolną ilość razy. Myślę, że Wojtek startuje dziś jednak pod pewną presją wydarzenia. Bo myśli zapewne zaprzątnięte organizacją, a maraton w zimowych warunkach trochę trwa.
Na drugim kilometrze dogania mnie Grzegorz J, a za chwilę Beata J, którzy przyjechali od Krakowa tuż przed startem. Zaczynamy z Beatą rozmawiać o tym, owym. Każda z nas wyszła na trasę z myślą o jakiejś piętnastce, no góra półmaraton, zależnie od warunków. Nawet nie zauważam kiedy na rozmowie w spokojnym biegu mija 12km. Mocnych akcentów rozrywkowych brak. Tusikowi zepsuła się znana połowie biegowej Polski trąbka, a żywiołowy zazwyczaj Wasyl jest dziś wyjątkowo dostojny. Na nawrocie widać, że coraz bliżej za nami, spokojnie, ale konsekwentnie truchta Tytus i na którejś tam prostej wybiega do przodu. I tak biegamy z Beatą spontanicznie okrążenie po okrążeniu bez żadnego planu co do dystansu do pokonania. Śniegu tutaj jest połowę tego co aktualnie w Małopolsce, dobrze, że już kilkudniowego. Bardzo przyjemny kawałek przypada nam tak między 12 a 20tym km, bo śnieg zostaje ubity butami i robi się prawie płasko. Później efekt zaczyna się odwracać i odcinki trasy pokryte głębszą warstwą białej nawierzchni czyli mniej więcej 1,5km zaczynają wyglądem przypominać miejsce harców stada mustangów, co przemienia bieg w trucht przeplatany z szybkim marszem. Z trasy najbardziej utkwi w pamięci migawka: jedna z piechurek stojąca przy brzegu i wystawiająca twarz do słońca. Jest możliwość poznania osobiście znanych z forum Zulusa i emka64. Dość już nabiegałyśmy i co dalej? Beata jeszcze nie przekraczała na zawodach dystansu 21km. Biegnie się fajnie, możemy zejść albo kontynuować. Co ja będę robiła jak zejdę z trasy? No przebiorę się i w oczekiwaniu na uroczyste zakończenie pójdę włóczyć się po wsi, przecież nie będę siedziała w budynku, jak na dworze świeże powietrze i słońce. To po co schodzić z trasy, lepiej dalej robić pętle. Beata mówi kilkakrotnie: to przebiegnijmy następną pętle i zobaczymy co dalej”. Ale jest dobrze i coś tak widzę, że kusi ją możliwość zrobienia konkretnego kilometrażu. I tak sobie gonimy po tej pętli, ale jeżeli Wojtek się niepokoił, czy się nie znudzi, to niepotrzebnie. Las, świeże powietrze, jezioro pokryte lodem-ładna trasy, nawet do obejrzenia 14 razy. „I wybiegamy na następne okrążenie” wykrzykuje do podsuniętego przez spikera na punkcie kontrolnym mikrofonu Beata. „Bawimy się fajnie” dodaję. Po trzydziestym kilometrze mamy się ostatecznie rozmówić: schodzimy z trasy czy dalej. Żadna nic nie mówi tylko wbiegamy na 11tą pętlę. I będzie maraton. Bo skończyć na 34km, jak zostaje tylko 9km, a czasu jest bardzo dużo – bez sensu. Po trzydziestu kilku kilometrach dokładnie przed punktem odżywczym robi mi się jakoś miękko i przypominam sobie, że ja przecież praktycznie śniadania nie jadłam. Bo przed maratonem jem zawsze solidne, a na 10-15km mało co. Na następnej pętli to samo-glukoza we krwi najwidoczniej się kończy i należy coś zjeść. Na mecie otrzymujemy pamiątkowy kuty i bardzo ciężki medal przysługujący maratończykom i nieznany organizator woła nas do pamiątkowego zdjęcia. Schodząc po posiłku po schodach żartuję do Beaty, że muszę chwycić się poręczy bo medal ciągnie mnie ku ziemi. „Nie medal” dobiega mnie komentarz ze strony dwóch biegaczy właśnie znikających w drzwiach „tylko cycki..” ?? :-D
W sali biesiadnej ładny pomysł z ekspozycją osiągnięć sportowych Wojtka - medale, dyplomy i zdjęcia (jak na załączonym obrazku, tylko żeby objąć je wszystkie musiałabym mieć porządny obiektyw a nie telefon). Urodzinowe zakończenie – co Wam będę opowiadać, na pewno każdy wyobraża je sobie podobnie: życzenia, także wierszowane, upominki dla solenizanta, przemowy i olbrzymi tort. Myślę, że wszystko się udało wg planu.
--------------
Toya:zaliczyłam maraton po asfalcie, zaliczyłam maraton po śniegu, no to teraz czas na Maraton Piasków :-))
ale.mocarz (lekko przewracając oczami): przyjedź do Kampinosu, tam będziesz mieć swój Maraton Piasków, 80% trasy jest piaszczystej.
Brawo! Wolę wiedzieć jak jest, a nie słyszeć zwyczajowe „dasz radę”. Ale może się nie przestraszę.

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


Henryk W. (2009-02-23,08:31): Chciałbym też tak sobie, ot od niechcenia biegać maratony. Cienias ze mnie jednak.
Grażyna W. (2009-02-23,23:34): To jest właśnie cała Toya, nieprzewidywalna i odkrywcza :)







 Ostatnio zalogowani
gandhi88
23:18
enrico
22:30
benfika
22:24
szmaj
22:23
filips1
22:20
perdek
22:18
mandos
22:11
uro69
22:09
piotrhierowski
22:06
wieslaw44
22:02
."RoBsoN".
21:50
gpnowak
21:49
Mr Engineer
21:42
VaderSWDN
21:26
soniksoniks
20:54
gijom
20:21
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |