2009-02-22
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Krew, pot i łzy (czytano: 460 razy)

Jeżeli krew, pot i łzy mają być wyznacznikiem prawdziwego treningu, to ja dzisiaj takowy odbyłam. Były i łzy, i spociłam się co nieco, i, jak się już potem okazało, była też krew. Ale po kolei. Zachciało mi się dziś, zamiast zanurzyć się w zaśnieżonym lesie, pojechać na Agrykolę. Spodziewałam się cywilizacji, jakiegoś high quality. W ostateczności - jako takiego komfortu biegania. Tym bardziej, że właśnie z Agrykoli mam najlepsze wspomnienia z przygotowań do Amsterdamu i ładnych paręgodzin tam spędziłam.
Przyjechałam chwilę po 15. Wyszłam z samochodu i ... z lekka opadła mi szczęka. Biało. To znaczy ja wiem, zima jest, śnieg padał i w ogóle. Ale CAŁE boisko i CAŁA bieznia pokryte były śniegiem. O, pardon. Nie cała bieznia. Miejscami wystawał spod sniegu tartan. Tam, gdzie wystawał, był przyjemnie oblodzony. Pierwsze trzy kółka jakoś się prześlizgałam, starałam się uważnie stawiać stopy. Jednak na czwartym zaczeło mi się dobrze biec, a na piątym już nie pamietałam o lodzie i... Jeden fałszywy krok i .... Następnie zasłoniłam ręką głowę, żeby nie uderzyć twarzą o ziemię. Wywinęłam widowiskowego orła, aż szkoda, że nie było żadnych obserwatorów. Wstałam, bolała mnie noga, ręka, łzy wściekłości i bólu napłynęły mi w kąciki oczu.
Ze złością poszlam w kierunku samochodu i z silnym postanowieniem powrotu do domu i wybiegnięcia jednak do lasu. Ale... skoro już przyjechałam do centrum, to może jednak bym to wykorzystała...? Zacisnęłam zęby, wyszłam ze stadionu. Dalej w parku alejki były czesciowo odśnieżone , częściowo posypane piaskiem. Dało się biec. Dobiegłam do ulicy wiodącej między Agrykolą a Łazienkami w stronę Alej Ujazdowskich.
Tam jest jeden z najsłynniejszych w mieście podbiegów. Jeszcze nigdy tędy nie biegałam. Może spróbuję, zrobię kilka podbiegów i pomyślę, co dalej. Dalej...zdecydował przypadek. Podbieg sobie zrobiłam taki mniej więcej 300-320 m. I w dół. I z powrotem. Rozważałam, ile takich podbiegów zrobię... 5? 6? I jak drugi raz zbiegałam, usłyszałam pytanie: "How many?" . Machinalnie odpowiedziałam "Ten". Wyraz podziwu który wymalował się na twarzy pytającego wystarczył mi za motywację. Co prawda po trzecim podbiegu stracilam mojego kibica z oczu, ale... Zrobiłam pełne 10 podbiegów. Bardzo dumna z siebie pokręciłam się jeszcze po alejkach, dobiłam do 10 km i lekko spocona wsiadłam do auta...
A w domu okazało się, że nie tylko, że na legginsach mam ślady tartanu, ale też mam przepięknie obdarte kolano, w śliczny krwawy wzorek wielkości pięciozłotówki.
No więc, na Agrykolę następnie wybiorę się, jak śniegi zejdą, a mrozy przeminą... Nie wcześniej.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Grażyna W. (2009-02-22,22:08): Aniu, jestes niesamowita. Ostatnio też miałam podobny upadek, w efekcie zbite do krwi kolano, obtarte obie dłonie i zbite biodro. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym po czymś takim kontynuować trening, nigdy w życiu ;) Jesteś twardzielką :) jacdzi (2009-02-24,09:47): Ja zawsze wole las od miejsc takich jak Agrykola. A zima szczegolnie.
|