2008-12-24
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Czwarta Wigilia (czytano: 233 razy)

Kurcze, nogi mnie trochę bolą, nie ma to jak przysiąść na odpoczynek przy kompie...
------x
Pomyślałam, że dobrze byłoby wprowadzić jakieś urozmaicenie do naszych rodzinnych bożonarodzeniowych spotkań. Dotychczas kolacja wigilijna była nieodmiennie u rodziców, zaproponowałam, ze zapraszam wszystkich do siebie. Dziś był czwarty raz.
W menu zero potraw, które je się normalnie w roku. Z tego powodu barszcz czerwony wypada z kręgu zainteresowania. Zawsze wina okolicznościowe tzn. z kraju gdzie akurat byłam albo podarowane; jedno białe, jedno czerwone. Były już niemieckie, rumuńskie, a w tym roku czeska Frankovka. W momentach, kiedy mogę pokucharzyć dla większego gremium i szarpnąć się na jakieś bardziej wypracowane przepisy ogarnia mnie radosne podniecenie. Przy okazji odkrywam nowe potrawy. Tak było z zupą rybna, której nigdy wcześnie nie robiłam. A zrobiona na szczupaku z kawałkami duszonej na maśle soli, dużo czosnku, majeranku, jest rozgrzewająca i bardzo smaczna. Z pomocą prostych narzędzi: sól, sok z cytryny i czosnek kucharz może postawić na stół czaru-maru.
Właściwie mało czasu spędzam z gośćmi, bo gotowanie w mieszkaniu ma swoje wąskie gardła: piekarnik nie pozwala na przetrzymanie w cieple więcej niż kilku potraw więc kolację układam wg schematu: 2 zupy do podgrzania na gazie, 1/3 potraw na zimno, 1/3 gorących. Nie da się też przygotować przybrania dań z braku powierzchni na te 40 talerzy, zatem pomiędzy potrawami jest krótka przerwa. Słyszę biesiadników gawędzących wesoło. Szykując kolejne porcje przypominam sobie stary przebój: „na przyjęciach najlepiej bawię się w kuchni” :-)
Jak to bywa, przy cyklicznych imprezach czasem dzieją się rzeczy, które później można opowiadać jako anegdoty. Taka na ten przykład:obudziłam się Rankiem Wigilii Drugiej, a był dniem wolnym zaplanowanym na świąteczne gotowanie i miałam ochotę trochę jeszcze pospać gdy poczułam ze powinnam natychmiast maszerować do kuchni. Na ogół lekceważymy tzw. wyczucie ale na szczęście pomaszerowałam. Było koło 14-tej, właśnie kończyłam nastawiać ostatnie danie tzn kroiłam karpia na dzwonka. Mówiąc żargonem biegowym wyrobiłam się z wystarczającym zapasem czasu, bo kolacja była umówiona na 17-tą. I wtedy pękła rura wodociągowa i na całym osiedlu wyschły krany. Zapanował popłoch, dało się słyszeć trzaskanie drzwiami i wykrzykiwane pełnymi determinacji głosami dialogi:
-Jadzia! Jest u was woda?!
-Nie ma! Nie ma!
-To gdzie jest??
-Idę z wiaderkiem na drugą ulicę, może tam mają...
Awarie usunięto dopiero jakieś 2,5h później i wierzę, że mogła pokrzyżować niejedne kulinarne plany.
Albo inna: na Wigilii Trzeciej mieszkała u mnie akurat bezdomna kotka Miciusia, czekająca na znalezienie jakiegoś docelowego domu. W wdziękiem baletnicy chodziła za mną krok w krok po kuchni, aż w końcu oparła białe jak mleczko przednie łapki o krzesło i zaczęła: „a..aaa..aa”. Przerwałam gotowanie patrząc na to dziwowisko, bo ona wyraźnie coś do mnie MÓWIŁA, pomiaukiwanie miało artykulację i kręciła pyszczkiem w taki sposób jak kręci głową człowiek wyrażający silne emocje. „Ejże”, odzyskałam rezon „poczekaj do północy!”
Po kolacji rozdajemy prezenty, na ogół niewielkie rzeczy ale sporo i ładnie zapakowane. No i zgaduj-zgadula wg konceptu mojej siostry: na bileciku zamiast imienia wpisuje się wierszyk albo zagadkę charakteryzującą daną osobę. Przy zgadywaniu sporo śmiechu, bo przypominamy sobie różne zabawne sytuacje z ostatnich miesięcy.
Tak właśnie wyobrażam sobie Święta: świętować na całego.
Wesołych Świąt!
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Henryk W. (2009-01-05,22:49): Świetny pomysł z tymi zagadkami na prezentach, chyba się skuszę na to w przyszłe święta. Toya (2009-01-05,22:57): Heniu, mam nadzieje, że nie zapomniałeś zabrać zapasu grogu na morze, jedyny sposób na taką pogodę jak teraz :-).
|