2008-11-30
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Guano (czytano: 217 razy)

Tak się jakoś utarło, że listopad jest u mnie miesiącem totalnego sprzątania.
Bo ciemny (w tym roku jakoś wyjątkowo słoneczny).
Bo luźniejszy czasowo z powodu roztrenowania (jeszcze dwa lata temu nie wiedziałam, że istnieje coś takiego).
Więc wywracam całe mieszkanie do góry nogami, przestawiam meble i pozbywam się sterty niepotrzebnych już papierów.
W czwartek zabrałam się za mycie okien. Dobrze, że nie zrobiłam tego w poniedziałek, tak jak planowałam, bo w międzyczasie od wschodniej strony gołąb nabrudził na okno. Czwarte piętro, piękny punkt obserwacyjny. Machając raźno ramionami zerkam na przechodniów.
Po pierwszym myciu widać, że przypadek uporczywy. Ignoruję wszystkie półśrodki i od razu zaprzęgam do roboty ciężka artylerię czyli mydło Biały Jeleń. Pierwszy raz w życiu bez efektu. Guano wydaje się być przylutowane do okna. Rozmiękczanie. Bez skutku. Zdejmuję na chwilę rękawice i myślę „Czego ten biedny ptak się nażarł i czy po tym menu jeszcze żyje??” Wyciągam ze skrzynki tępy nóż przeznaczony do drobnych prac technicznych i zaczynam zdrapywać plamę. Zostają ślady. Jeszcze jedno mycie. I jeszcze jedno. Uff...
Trzydzieści minut. Można było pobiegać. Albo wypalić papierosa. Albo co tam sobie chcesz...
:-)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |