Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [22]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Woland
Pamiętnik internetowy
Blog biegowy

Michał Wolański
Urodzony: 1981-07-03
Miejsce zamieszkania: Bydgoszcz
75 / 125


2010-08-24

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Trening-Potwór mnie złamał, ale i tak SETKA PĘKŁA! 105km w tydzień. (czytano: 290 razy)



Ale po kolei.

Po ostatnim mocnym akcencie, 20km w tym 14 dwuminutówkach miedzy 4:00 a 4:30/km, poznałem prawdziwy smak treningu maratońskiego. Nie, nie na tym treningu z akcentem, tylko na następnym. Po akcencie środowym mam zawsze długie wybieganie. Trening mechanizmów energetycznych. Zapasy glikogenu są mocno przetrzebione po szybkim akcencie, a tu trzeba zrobić naprawdę długie wybieganie. Energia musi się skończyć i to dość wcześnie. Właśnie po to ten trening jest. Biegłem 26km i skończyła się gdzieś około połowy, mimo popijanego cały czas izotoniku. A wiecie jak jest potem. Walka o każde kilkaset metrów. "Byle do zakrętu". "Byle do latarni". Pomagała mi wizualizacja mety. Wyobrażałem sobie, że to maraton. Że na końcu czeka medal, wiwatująca publika, pamiątkowe zdjęcie, że na trasie słyszę kibiców podnoszących na duchu... I to pomagało. Żadne odkrycie, bo tę metodę poleca wielu specjalistów. A gdy ukończyłem trening naprawdę podniosłem ręce do góry w geście triumfu. A w domu natychmiast po biegu oczyściłem lodówkę ze wszystkiego co miało cukier. Pół słoika dżemu truskawkowego i cały słoik gruszek z kompotu. Poprawiłem jeszcze odrobiną masła orzechowego i tak zakończyłem ciężki dzień.

Takie treningi są naprawdę ważne. Same kilometry nie są przecież problemem, ale ze względu na trening dzień wcześniej takie wybieganie nie symuluje pierwszych 26 kilometrów maratonu, a raczej ostatnie. Można na treningu poczuć tę walkę z końcówki maratonu.

Następny akcent miał być w niedzielę. Niestety, pogoda podłożyła mi nogę. Cały dzień był upał, więc zaplanowałem trening na wieczór, a wieczorem burza... Nie pobiegłem wcale. Zrobiłem niedzielny akcent wczoraj, po dniu wolnym, czego robić się nie powinno, ale Tomek uznał, że nie ma co kombinować, trzeba zrobić.

I to był najtrudniejszy trening w moim życiu. Miało być 28km biegu z narastającą prędkością. Niestety już od początku wiedziałem, że coś jest nie halo. Ruszając na trening miałem tętno o 20 uderzeń na minutę szybsze niż zwykle. Nie wiem, pogoda, kiepski dzień, złe samopoczucie, a pewnie wszystkiego po trochu. Pierwsza piątka miała być luźnym, naturalnym tempem, a potem miałem przyspieszać. Zrobiłem ją tempem 5:54/km. Już w jej trakcie zaczęło lać. Po piątce przyspieszyłem do 5:20/km i zacząłem biec pilnując tempa. Plan był taki, żeby pociągnąć tak z 17km a potem na jakieś 3 jeszcze przyspieszyć. Lało już naprawdę mocno. Ludzie oczywiście patrzyli jak na szaleńca, ale to mi tylko sprawiało przyjemność. W trudnych warunkach łapiemy taką niesamowitą otoczkę ochronną, która zupełnie uodparnia nas na dziwne spojrzenia, czy docinki. Biegło się przyjemnie, ale niestety tętno bardzo rosło. Ciekawe było to, że oddech nie szedł z nim w parze. Oddychałem jak zwykle w pierwszym zakresie - oddech na 3 kroki. A tętno miałem takie, że już dawno powinienem oddychać oddech na 2 kroki. Niestety po około 15km takiego biegu zacząłem się kończyć. Tempo spadało, a do tego z powodu deszczu padł mi i Garmin i komórka. Straciłem kontrolę nad tempem, tętnem, widziałem tylko po ostatnich kilkuset metrach, że wyraźnie padam, więc odpuściłem. Zatrzymałem się, gdy zostało jeszcze 7km. Naprawdę wyczerpany, z pustymi już bidonami po izotoniku. Tę siódemkę chciałem dobiec truchcikiem i tak zrobiłem, ale musiałem 3 razy robić sobie przerwę. Niestety było już zimno i wiało, więc strasznie marzłem zatrzymując się, ale nie mogłem nic na to poradzić.

Do domu dotarłem na zupełnym zgonie. W domu miałem problem żeby zdjąć buty. Potem rozebrałem się, położyłem pod kocem i tak dochodziłem do siebie. Na kocu od razu rozgościł się Amant, mój kociak i zaczął rozkosznie mruczeć. Niestety z powodu AZS trochę się od niego separuję, ale w tych okolicznościach żadna alergia nie była w stanie zmusić mnie do przepędzenia go. Gdy w końcu wstałem dopadłem do cukiernicy i zacząłem wyżerać cukier...

Trening mnie pokonał, i to okrutnie. Najprawdopodobniej to są następstwa prawie tygodniowej przerwy. Do tego fatalna forma psychiczna, związana z bałaganem w życiu, kiepskie samopoczucie tego konkretnego dnia, wszystkiego po trochu. Ale przede wszystkim przerwa w treningu.

Do Berlina zostało niecałe 5 tygodni, a realizacja planu jest na kiepskim poziomie. Nie rozpaczam, jest jak jest, ale szkoda straconego tygodnia, za który teraz płacę.

Mniej czy bardziej udanie - pobiłem rekord przebiegu tygodniowego - pierwszy raz złamałem setkę. W 7 dni, na 5 treningach przebiegłem 105km.

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Rufi (2010-08-24,10:19): Woland, czasami tak jest. Kompletnie nie idzie. A juz jak masz podwyzszone tetno na wejsciu to wiadomo ze bedzie zle. Nic na sile. Bedzie dobrze, naprawde. Zrobiles baaaardzo duzy postep w tym roku. Nadal jestem pod wrazeniem.







 Ostatnio zalogowani
a.luc
00:56
jacek50
23:35
ProjektMaratonEuropaplus
23:34
gpnowak
22:41
Wojciech
22:30
OSiR Władysławowo
22:20
JolaPe
20:42
Admin
20:41
mirek065
20:38
42.195
20:08
romelos
19:52
VaderSWDN
19:47
maniek79
19:37
Bartaz1922
19:35
czewis3
18:50
janusz9876543213
18:44
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |