2008-09-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| KONECKA SETKA-nocny patrol (czytano: 300 razy)

Jak byłam małą dziewczynką Ojciec opowiadał mi do snu różne historie. Kiedyś wracał nocą do domu brzegiem lasu i zobaczył w oddali wśród drzew jasne światło. Pomyślał, że ktoś zaprószył ogień. A oto wielka kolonia świetlików obsiadła kilka drzew i od światła miliona mikroskopijnych latarek zajaśniało jak w dzień. Stał w tym tajemniczym lesie jak urzeczony…
I coś pozostało we mnie z tej opowieści, bo wiele razy w życiu miałam nieprzepartą ochotę powłóczyć się w nocy po świecie. Najczęściej na studiach w Krakowie, gdy nadchodziła sesja- pora przestawiająca noc i dzień- nachodziła mnie ochota wyjść z domu o trzeciej w nocy i przejść się po królewskim mieście. Niestety Kraków nie był wtedy tak rozrywkowym miejscem jak dziś i dzięki takim spacerom można było zostać klientem firmy 997, więc rozsądek zawsze zwyciężał. Do czasu. Jak usłyszałam o tej setce ze startem w nocy od razu wiedziałam, że chcę tam być.
Na początku sierpnia kolega, z którym umówiłam się na tę imprezę rezygnuje ze startu. Zamieszanie z tego okresu sprawia, że moja motywacja do treningu na prawie 2 tygodnie spada do zera. Zawalam dwa treningi pod rząd. Bo i po co się starać gdy oto „Impreza roku” przechodzi mi koło nosa? A może pobiegam sobie po tym lesie w nocy sama? Wracając późno do domu robię małą symulację: zjeżdżam na pobocze, zatrzymuję auto, wyłączam światła i patrzę w noc. Co to to nie. Rozsądek bierze górę.
Pocieszam się, że nic to-pobiegnę sobie 15-tkę „na swoich śmieciach” i może jednak przygotuję się porządnie na Koszyce. Nie pomaga, więc zaczynam obmyślać plan B. Trzeba przygadać nowe towarzystwo. „Tylko skąd?” Iwona patrzy na mnie zdumiona, przemyśliwując temat w przerwie na kanapkę nie zauważyłam, że pytanie wypowiadam na głos. Jednak spróbuję. Do czegoś mi się przysłużył rozpoznawalny na forum nick. Piotr w mig domyśla się o co chodzi i oferuje towarzystwo. Super! O zgraniu tempa nie ma mowy, ale na wszelki wypadek podaję swoje najlepsze czasy na maratonie i pół. „Jedyny cel to ukończyć” deklaruje Piotr. Jakoś nie za bardzo w to wierzę, ale to teraz bez znaczenia. Wyłączam komputer i układam się do snu (z nieodpartym wrażeniem, że korzyść z tego partnerstwa jest wyraźnie po jednej, znaczy mojej stronie).
Jakoś tak we wtorek zaczynam odczuwać radość ze zbliżającego się startu. Już w piątek! Uczucie dawno zapomniane, porzucone w dzieciństwie kiedy wszystkie doświadczenia życia były jeszcze nieznane i człowiek cieszył się jak głupi z byle czego…
Moi dotychczasowi szefowie to dzielni ludzie obdarzenie jakimś porażającym szóstym zmysłem. Te nielicznie kilka razy w życiu, kiedy bardzo potrzebuję uwolnić się od obowiązku świadczenia pracy (a jak wiadomo nie ma ludzie niezastąpionych) wyznaczają zlecenie wymagające mojej obecności. I tak jest właśnie w piątek 22-go sierpnia. Dzień w pracy, 250km za kierownicą i wymarsz na nocną marszrutę. Ależ to doskonale podkręci trudność imprezy! Żeby choć odpocząć godzinę po przyjeździe do bazy. Ale radio kierowców uprzejmie donosi o robotach drogowych przed Częstochową. Faktycznie w korku stoję 3 razy. Już wiem, że na odpoczynek nie starczy czasu…Moje łóżeczko! Do Sielpii przed PTTK zajeżdżam 35minut przed startem, w sam raz na odebranie mapy, założenie ekwipunku i odnalezienie Piotra. Tuż przed startem każę Piotrowi obiecać, że nie odbiegnie mnie w lesie. „W nocy nie” pada krótka odpowiedź. Więcej nie trzeba. Przypinam numer do koszulki, żeby było wiadomo, ze jestem uczestnikiem zawodów, a nie włóczęgą. Ta mała przezorność przyda się później…
Odliczanie i wymarsz. Wychodzimy w pięć osób na czoło. „Nie masz ochoty pobiec?” pyta Piotr. Przez głowę przelatuje mi kilka myśli:
-mija 13-ta godzina od kiedy wstałam z łóżka, a przed nami nocka i 100km, zajadę mięśnie; nadmierny wysiłek odczuję gdzieś później…
-na ramionach mam plecak ważący prawie 4kg (na trasie nie ma punktów odświeżania, płyny są piesko ciężkie),nie przećwiczyłam biegania pod obciążeniem….
No i przechodzimy do spokojnego biegu. Trochę asfaltu i szlak skręca w las. Biegniemy, trochę przerwy i znowu spokojny bieg. Trzech kolegów wybiega naprzód, za nami pusto, zostajemy sami. Pogoda nas rozpieszcza, w tym pogrążonym w ciemności lesie jest zaskakująco ciepło i sucho. Od czasu do czasu zrywa się mocniejszy podmuch i wtedy zastanawiamy się kiedy przyniesie deszcz, ale do końca imprezy spadnie zaledwie kilka kropli. Podobnież dwa lata temu padało całą noc, to musiała być jazda! Z ciekawością rozglądam się po pogrążonym w nocnej ciszy lesie. Białe światło czołówek. Piotr jest rozmowny, słucham tego co mówi o okolicznych imprezach, ludziach. Nie znam Twojego świata, Ty tez nie rozumiesz mojego. Wszystko jakby czarno-białe. Piotr idzie przede mną. Odnajduje, a właściwie przypomina sobie trasę, bo zna nieźle te tereny. To i dobrze, ja mogę patrzeć pod nogi a raczej na dwa ruchome świecące punkty czyli odblaski na butach Piotra. „Dobrze by było, żebyś przyspieszyła, może zrobimy 7 godzin.” W ten sposób docieramy do około 20-go kilometra kiedy szlak w lesie zaczyna wspinać się w górę. Tutaj kończy się wariant biegowy. To znaczy przewracam się na jakimś wykrocie, podnoszę i dalej. Ale po drugim glebnięciu proszę Piotra, żebyśmy bieganiu dali spokój. Prawa dłoń, którą podparłam się przy upadku, intuicyjnie chroniąc kolana, puchnie.
Około północy wyciągam z plecaka pepsi, Piotr stwierdza, ze to dobry pomysł i naśladuje mnie. On też ma taką butelkę. Maszerujemy gawędząc o urokach jej picia i o tym jak dobrze „trzyma” na trasie…(uwaga! :-) to nie jest reklama! :-) ) Mniej więcej co 2 godziny wmuszam w siebie jakieś jedzenie. Myślę, że tak trzeba. Wychodzimy z lasu i docieramy do wsi, teraz jest odcinek po asfalcie. Cieszę się z tego chodzenia w nocy na wolności. Wypatrywałam w lesie zwierząt, ale nic. Za to tu urodzaj na pieski, niektóre poza ogrodzeniem, ujadają zawzięcie a latarki oświetlają fosforyzujące nieprzyjemnie oczy. Jedyne niemiłe doświadczenie to spotykanie we wsi około pierwszej w nocy we wsi szóstki wstawionych młodych mężczyzn. Nie podoba im się, że świecę po oczach latarką. Na szczęście kończy się na wysłuchaniu ordynarnych zaczepek. „Chodź!” rozkazuje Piotr. Na asfalcie jeszcze trochę biegniemy, ale niewiele, ja nie mam już sił. Tempo narzucone przez Piotra powoduje, że do bazy zawracamy w bardzo dobrym czasie jakieś 7:19. Do świtu około 2 godziny. Teraz zmiana warty, bo Piotr chce biec. Czeka uprzejmie aż przyłączę się do innych startujących. Przebieram się częściowo, piję wody do oporu, jeszcze 10-15min siedzenia. I w drogę. Teraz mam dwóch nowych towarzyszy, moja czołówka służy wszystkim, bo maja tylko ręczne latarki. Przy czołówce należy zatrzymać się na chwilę. Wręczyła mi ją znajoma biegaczka, na szczęście na trasie. Porządny, niezawodny sprzęt. Myślałam o tej latarce z pewnym wzruszeniem całe popołudnie. Przed oczami przesuwały mi się te chwile, kiedy otwierałam bęben pralki wyjmując rzeczy uprane po treningu i kilometry burego asfaltu uciekające spod stóp. Może warto było się męczyć tylko dla tego jednego spotkania albo dla okazania się wartym powierzenie drogiej czołówki…
Idziemy razem-koło piątej dnieje, dalej maszerujemy szosą. Do ósmej nie spotykamy ani człowieka ani nawet auta, świeże powietrze.. Przez las i teraz cały czas idę na przedzie nadając tempo, od czasu robiąc trochę aerobikowych ruchów ramionami. Prawa dłoń dalej spuchnięta, trochę nieczuła, ale nie zwracam na nią uwagi. Tak koło ósmej rozdzielamy się – Staszek nagle przyspiesza. Leszek coraz bardziej zwalnia. Na drogę pod górkę po lesie przyłączam się do Waldemara, prawie biegnę za nim przez 45 minut. Na zejściu zwalniam, nie mam ochoty na następne glebnięcie. Odtąd sama na trasie. Nie widzę nikogo ani przed ani za sobą i w pewnej chwili zastanawiam się nawet czy nie pomyliłam trasy. Ale nie, wszystko w porządku. Maszeruję na pamięć. Zapomniałam, że jedna z mijanych miejscowości nie miała tablicy. Zerkam do opisu trasy i wypatruję nazwy miejscowości, tak jest opisany na instrukcji kilometraż. Idę, idę, a tu nic! Mylnie interpretując ten brak tablicy, której ma nie być przeliczam , że w ciągu godziny zrobiłam ledwie 3km. No nie, jeżeli tak osłabnę to kiedy dowlokę się do bazy.. Na domiar złego na niebo wychodzi mocne letnie słońce. I wtedy przychodzi kryzys. Mam wrażenie, że przegrzeje mi się mózg, przydaje się bandana, która szczelnie owija głowę. Właśnie trasa prowadzi przez szosę we wsi, po obu stronach ukwiecone łąki. Położyć się przy drodze... Jest jakiś 66-ty kilometr. No i co z tego, jeżeli nie ukończę tej setki…Poddaje się słabości, przysiadam na obrzeżu i wyciągam się wygodnie. 10 minut odpoczynku! Mija wieczność.. Otwieram oczy i patrzę na zegarek-minęły dopiero 4 minuty. Jeszcze chwila odpoczynku, nogi zaczynają boleć nie na żarty. Jeszcze chwila i naprawdę już nigdzie nie dojdę. Wstaję. Jem rozmoczone rodzynki. Dalej idzie mi się kiepsko. Pije mineralną i to mnie otrzeźwia. Odnajduje następny punkt wskazujący kilometraż. Jeszcze coś, idąc na pamięć zapominam podbić kartę startową w sklepiku. Masz ci los! Jeszcze tylko tego brakowało, żeby wprawić organizatorów w zakłopotanie przy weryfikacji trasy. Nie zawrócę przecież i nie nadrobię 4km! Na szczęście dostrzegam dom sołtysa, który na pewno ma pieczątkę. Kosztuje mnie to z 10min czasu. Sołtysem okazuje się być kobieta, patrzy na mnie z chłodnym dystansem, wiadomo, persona urzędowa jest :-) I dalej, tym razem przez las. Mimo wszystko cały czas rozglądam się wokół i podziwiam przyrodę-dorodne wrzosy, paprocie zielone a przy nich wysuszone złociste, sosnowy las. Pod stopami piasek, pięknie współgra z otoczeniem, choć wiadomo, spowalnia marsz. Około 7 km przed bazą spotykam w lesie Piotra, spaceruje w kierunku nadchodzących. „Nieźle!” rzuca na powitanie. „Jeszcze nie doszłam do mety” prostuję. W ostatnich 45 minutach przed PTTK-iem przyspieszam. Już jest promenada wokół jeziora. Jeszcze tylko kilkanaście schodów w górę do biura zawodów. Jestem na mecie.
Zastanawiam się po fakcie jak ocenić trudność tej imprezy. Była jak na moje możliwości średnia. Połowa pętli po lesie, z czego jakieś 5km niezbyt ostro pod w górę. Prawdę mówiąc trudność zwiększyłam sama wychodząc na start po dniu pracy, bez odpoczynku i prawie nie robiąc przerw na trasie (w ciągu całej imprezy siedziałam około 30 minut w kilku krótkich przystankach, najdłuższy 15-to minutowy w bazie po pierwszej pętli). Taktyki wśród bywalców są różne, niektórzy po pierwszym okrążeniu idą się przespać i dopiero wychodzą na trasę. Właściwie marszobieg na setkę to nic wielkiego, od kiedy dowiadujesz się (chyba każdego to dziwi), że start w biegu nie oznacza obowiązku biegnięcia bez przestanku wszystko staje się osiągalne. Chytrze kombinując „właściwy bieg” z marszem można fuksem osiągnąć całkiem niezły czas. Testowałam to na Wyszehradzkim, z dystansu przemaszerowałam jakieś 10-11km w tym całe podejście na Vabec, i można powiedzieć, że mimo patelni owego dnia dotarłam na metę z uśmiechem na ustach i całkiem na chodzie.
Śmieszy mnie nieodmiennie pomaratoński prysznic. Nie jedzenia i picia mi trzeba tylko łaziebnej, nie jestem w stanie przebrać się nie przytrzymując ściany :-)
O 19-tej tradycyjne ognisko z kiełbaskami. „Przyjedź na rajd unijny, Przyjedź na Kierat!” Nie, nie, nie! Mam nadzieję, że nie po to tu przyjechałam, żeby złapać bakcyla kolejnej ekstremalnej imprezy. Wyglądająca bardzo rozsądnie Elżbieta stwierdza, że z tymi długimi dystansami jesteśmy inni od pozostałych. Jestem zachwycona. No pod tym akurat stwierdzeniem to mogę się podpisać obiema rękami.
Ognisko przygasa, ludzi ubywa, a ja wykładam się na ławeczce i patrzę w rozgwieżdżone niebo. W tym całkiem nieznanym mi środowisku, w nowym miejscu, przypominam sobie nagle jak to jest być naprawdę szczęśliwym, nie mieć żadnej troski. Przedostatni weekend lata, a w Sielpii nie czuć wcale a wcale jesieni. Pogadanka ze znajomymi biegaczami z forum. Teraz spać..
-----------------------x
Niedziela rano. Rozmowy, wspólne jedzenie grochówki. Jest okazja do zobaczenia ciekawych ludzi-taki na przykład długonogi Szczepan, emanujący mocnym wyprawowym entuzjazmem, uczestnik siedmiu (sic!) Supermaratonów Calisia z rekordem życiowym bodajże 7:35. Na nocnej pętli chodziarskim krokiem minął nas jak w przyspieszonym tempie. „Jak leci?” pyta obrzucając uważnym spojrzeniem moje nogi. :-) „Powolutku” odpowiadam zgodnie z prawdą :-) Spojrzenie nie było bez przyczyny, Szczepana już nosi i szuka ochotników na szybki wypad wokół jeziora :-0 Mnie wystarcza mała przechadzka nad jezioro. Tatarak zarasta taflę wody, dorodne brązowe pałki, ważki na liściach pełnych rosy lśniącej w słońcu. Jest pięknie.
No i mamy uroczyste zakończenie. Stroje u wielu galowe tzn. pamiątkowe koszulki z rajdów i maratonów. Wojtek prowadzi zakończenie wesoło, anegdotycznie, ze znajomością uczestników. Taka spikerka to skarb. Na zakończenie podrzucam jeszcze Piotra i Dorotę na dworzec w Końskim. Jest niedziela po południu, piękny słoneczny dzień.
----------------------x
Ten jeden jedyny raz na twarzy Forresta Gumpa nie widać charakterystycznego otępienia, kiedy zatrzymuje się w środku autostrady i, mając za plecami plener zaskakująco piękny jak na wszechogarniającą rzeczywistość kiczowatego amerykańskiego kina, mówi jakby do siebie „Nie chcę już dłużej biegać, chcę wrócić do domu.”
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora mamusiajakubaijasia (2008-09-03,17:40): Piękna relacja Luiza...zachwyciła mnie:) ........a teraz przystąpię do lektury drugiej relacji...podobnoż zupełnie innej:))) kwiatek_polny (2008-09-03,20:27): i pomyśleć , że to ja byłem tym tyranem z nocnego patrolu :) Marysieńka (2008-09-04,14:37): Po przeczytaniu pierwszej cześci, z przyjemnością zabieram się za czytanie drugiej...podobno całkiem innej(czy może być ciekawsza?):-))) MEL. (2008-09-07,16:03): Gratuluję! Nie pokonania setki, bo to młoda, zdrowa kobieta zrobi bez żadengo tam och!-i-ach!, ale decyzji i konsekwentnej realizacji marzeń. Tak trzymać! Grażyna W. (2008-09-23,16:19): Luizo, przyjmij ode mnie ogromne gratulacje za odwagę, jesteś wielka. Dla mnie to nieosiągalne...mogłam tego dokonać kilka lat wstecz, teraz żałuję. Toya (2008-09-24,07:34): Dojrzałam do takiego życiowego podejścia, że prawie niczego nie odkładam na później. Doświadczenie bardzo interesujące :-) Cieszę się, że się odezwałaś...
|