2009-06-29
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| PRZEŁAMUJĄC FALE (czytano: 374 razy)

IV edycja Maratonu Wyszehradzkiego 21.06.2009
O Maratonie Wyszehradzkim-wysokim poziomie organizacyjnym, wspaniałej atmosferze, ciepłej gościnności wobec biegaczy i wreszcie pięknie trasy napisano już wiele. W skrócie powiem, że impreza jest dwudniowa i przejście jej wszystkich etapów od kąpieli w wodach termalnych poprzez passtę, nocleg i zawody spełnia wszelkie oczekiwania biegaczowego serca. Po zeszłorocznym starcie, gdy mnie osobiście bardzo przypadł do gustu kojący spokój Słowacji, nieodwołalnie postanowiłam wyprawić się tu powtórnie.
Tym razem umawiamy się na wspólną podróż z Tytusem, a później dołącza do ekipy Bogdan. Kąpieli w kraterku nie ma. Tytus, który tym razem pełni rolę kierowcy, pracuje do pory tzw. lunchowej, a naszą rodzinę odwiedzają sąsiedzi z informacją, że w przedmaratońską sobotę o piętnastej będzie u nich ślub. W kościele obok mojego mieszkania. Kilkanaście lat dobrego sąsiedztwa, przeżywaliśmy już z nimi chrzciny, pogrzeb, a teraz mamy wesele. Więc idę złożyć życzenia.
Do „Perły Południa” docieramy po 19-tej, witani z otwartymi ramionami przez grupę biegaczy, ponieważ od wypełnienia ostatnich miejsc w busie, od czego kierowca uzależnia odjazd na nocleg, brakuje właśnie trzech dusz. No to nam się poszczęściło i ekspresowo przeprawiamy się na Słowację. W busie przypadkiem siedzę „szyba w szybę” z Dominikiem Drygalskim. Takie właśnie kultowe imprezy to rzadka okazja do poznania biegaczy z odległych, znaczy nie ulokowanych na południu, środowisk biegowych. „To co-improwizuje Dominik-biegniemy razem na 4.20?" Chciałaby dusza do raju..Tylko wcześniej mówiłeś, że chcesz złamać czwórkę. Z Toyą Ci nie po drodze..
Na miejscu stardarcik-pobieramy numery i schodzimy na passtę. Tytus podczas passty mało się odzywa, przeżywa wstrząs charakterystyczny dla przeciętnego biegacza, który jadąc busem ma okazję zobaczyć trasę do jutrzejszego zaliczenia. Ale ja wiem, że przebiegnie. Lata chodzenia po górach stanowią wystarczająca bazę. Obok siedzą Litwini, nowi goście na tym maratonie, tak bardzo słowiańscy-pod względem zachowania i wyglądu..
Na długo przed imprezą wpraszam się (reklamując się jako współspacz bezproblemowy) na najlepszy nocleg na maratonie Wyszehradzkim (bez obrazy, panowie), czyli do babskiego pokoju Lasek Kabackich. Upewniam się jeszcze tuż przed imprezą czy aktualne a w odpowiedzi Żuczek przesyła tajemniczy sms: Koliba 5a :-) Wpadam późno, dobrze po 20-stej do matecznika „moich” dziewczyn i ze zdumieniem odkrywam, że karnie szykują się już do snu. Cóż za wspaniała postawa sportowa! Ale to nie postawa-nie dorabiając niepotrzebnej legendy uczciwe informuje MEL.- tylko niejakie wycieńczenie długimi kąpielami w kraterku. Po przywitaniu wykładam się gościnnie na łóżku Ani i dzielę myślą o wielkim szczęściu tzn., że w mojej kategorii wiekowej jest na liście tylko 2 biegaczki, a mało prawdopodobne jest, żeby ich przybyło w ostatniej chwili, bo trasa ma opinię wymagającej, i najprawdopodobniej jutro czeka wielka gratka w postaci pamiątkowego zdjęcia na podium w kategorii maraton :-). Ty nie myśl o podium-wyrywa mnie z błogostanu dochodzący z pięterka rzeczowy komentarz MEL.-tylko o tym jak dobiec do mety.
Krzątam się jeszcze wokół swojego posłania, szykując wszystko do gotowości na jutro i w końcu wyciągam kosmetyki. Po jakimś czasie Żuczek zwabiona kwiatowo-kokosowymi zapachami rozchodzącymi się z mojego kącika zapytuje „Toya, czy Ty się aby nie szykujesz na jakiś wielki podryw?” :-) Przed oczami staje mi komedia „Wielki podryw” z Sigourney Weaver-aktorką, którą lubię we wszystkich jej ekranowych wcieleniach. Mogłabym oddać co najmniej kilka rzeczy za to, żeby w tym momencie przed moim łóżkiem pojawił się telewizor z jakąś dobrze nakręconą, jeszcze nieznaną mi komedią, podczas oglądania której można by się dużo pośmiać. Nie dorabiając niepotrzebnej legendy powiem tylko, że kremowanie miało na celu uniknięcie otarć odzieżą na jutrzejszym (nieuchronnie widać za oknem że deszczowym) biegu. No..a ten krem kokosowy do rak to faktycznie dla przyjemności :-))
Budzik-śniadanie-picie-toaleta-ubranie-chip-buty i już wychodzimy z gościnnej Koliby. Niebo zachmurzonej. Oj, będzie lać, tak jak na wszystkich zresztą biegach w tegorocznym czerwcu..Nadanie bagażu-ostatnie, zabawne bardzo rozmowy-start honorowy, podczas którego zaczyna padać-bus i stoimy na starcie. Po alpejskim doświadczeniu sprzed 2 tygodni nauczyłam się jak ustawić się na taką pogodę. Zabieram wiatrówkę i rozbieram się z niej dopiero w ostatniej chwili. Na strój worek plastikowy. Nie ochroni przed ulewnym deszczem, ale trochę zatrzymuje ciepło. Szorty-tak jak na Alpinie-najkrótsze i najcieńsze jakiem mam, żeby zmoczone nie krępowały ruchów. Odliczanie i w drogę! Kierowcy, którzy w zeszłym roku tak gorąco nas pozdrawiali, w tym roku są jakby zażenowani naszym wyczynem, kiedy ignorując pogodę biegniemy w strugach deszczu. Tylko żeby nikt nie narzekał, że monotonnie było. Najpierw zaczyna przedstawienie deszczyk polski, czyli kapuśniaczek; później mamy deszcz europejski, czyli średni taki jak wszędzie; na wysokości przejścia granicznego ścianę prostopadle równomiernie spadającego deszczu bez wiatru czyli monsun, a na ostatnich 10km-no proszę Państwa-to jest klasyczny szkwał-mocny deszcz w porywistym choć niezbyt silnym, wietrze. Bieg jest dla mnie inny niż w zeszłym roku. Ponieważ udaje mi się zatrzymać ciepło, w chłodzie biegnie się lepiej niż w upale. Podejście na przełęcz Vabec, po alpejskiej traumie, wydaje mi się płaskie. Śmiesznie płaskie do tego stopnia, że choć moje wytrenowanie w podbiegach ogranicza się do cmentarnej górki (ostro 150m w górę), miejscami zaczynam podbiegać :-0 Tym razem na pochyłości inaczej, bardziej miękko zginam kolana i w efekcie nie bolą mnie na przegięciu stawy skokowe, więc w dół normalnie potrafię zbiegać, ciesząc się chwilowo mniejszym obciążeniem i niejakim odpoczynkiem. Na ostatnich 4 km przestaję przejmować się podłożem i biegnę na przełaj; na efekty długo nie trzeba czekać-woda zaczyna chlupać w butach. Na 2-km podejściu niespodzianka-inaczej niż w zeszłym roku, mam jeszcze siły i tak połowę podbiegam aż do mety, gdzie po prysznicu Asia udziela mi do wyłącznego 10-minutowego użytku turystycznej suszarki.
A Tytus robi życiówkę na maratonie :-))
----
Maraton Wyszehradzki to bieg prosty, łatwy i przyjemny :-)
Jeżeli za rok będę mogła biegać i stać mnie będzie na bilet-na pewno przyjadę tu znów!
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora mamusiajakubaijasia (2009-06-29,06:27): Luiza...Ty lepiej zdjęcie z podium wrzuć. No bo przecież musiałaś na nim wylądować:) Grażyna W. (2009-06-29,11:24): Luiza, co Ty piszesz: bieg prosty, łatwy i przyjemny, a ja słyszałam, że owszem przyjemny, ale prosty i łatwy, oj chyba nie :) Muszę kiedyś sama się przekonać, bo bardzo chciałabym pokonać tę ponoć piękną trasę, może za rok...
Gratuluję podium :) Toya (2009-06-29,20:08): W kwestii zdjęcia z podium czekam na łaskawość Wasyla. Póki co mogę zaprezentować jedynie drogę do podium :-) jacdzi (2009-06-30,09:01): A mnie sie wydaje, patrzac na profil trasy i opowiesci ze latwy bieg to nie jest. Jednak wasze relacje zachecily mnie tak iz w przyszlym roku NAPEWNO go nie odpuszcze.
|