Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [20]  PRZYJAC. [100]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Toya
Pamiętnik internetowy
"Przede wszystkim: zero sportu" W.Churchill

Luiza Buryło
Urodzony: --
Miejsce zamieszkania: Oświęcim-Zdrój
8 / 72


2009-01-29

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Lekcja kung-fu (czytano: 322 razy)



„Wybieram się dzisiaj po południu na trening kung-fu” mówi Becia zrzucając plecak wprost na ziemię. „Jak chcesz-możesz iść ze mną”.Połowa najciekawszych historii mojego życia zaczęła się od tego, że ktoś gdzieś mnie zabrał. Pewnie, że chcę.
Pływanie, siatkówka i jeszcze kung-fu, wszystko ze stabilizatorem na prawym kolanie. Przygoda z kung-fu trwała dwa lata, przed kontuzją. „Czemu nie pójdziesz do lekarza?” pytam bez ogródek i natychmiast tonę w potoku słów wyrażających zranienie i niepewność. Żeby tylko od tego gadania naleśniki nie wyszły niedobre. Wiadomo - jak się gotuje w pośpiechu albo smutku to niesmaczne wychodzi.

Później, wieczorem idziemy przez miasto do punktu zbiórki, skoro Becia zadecydowała, że „pójdą z nami jeszcze tacy dwaj kolesie”. Ty tu jesteś szefem. Jak już jesteśmy razem idę na końcu naszej grupki, patrząc na zabytkowe klasycystyczne wille, które mijamy. Robi na mnie specyficzne wrażenie oglądanie starych domów, śladów dawno minionego życia. Jak ma się chwilę, żeby puścić wodze fantazji to..o... mijają mnie mieszczki w długich wełnianych sukniach, a w oknach zapalają z powodu zmierzchu świece.. A w tym wąziutkim domu z różowym lukrowanym frontonem to mogłabym mieszkać całe życie! Piąte przez dziesiąte słucham toczącej się żywo rozmowy. Pierwszy koleś, mówiący specyficznym wariantem śląskiej gwary z okolic Rudy nieustannie nawija o trenowaniu, biciu się, biciu się, trenowaniu. Jakby to podsumować: widać, że cieszy się na nadchodzący trening :-) Ostry ślizg w uliczkę obstawioną tym razem secesyjnymi, jak mi się zdaje, domami i dochodzimy do budynku liceum, w którym odbywają się treningi. Przed wejściem czeka już kilka osób w różnym wieku, ze wszystkich stron nadchodzą nowe. Znowu rozmawiamy. Na wprost stoi szczuplutka studentka w czapeczce, takie modnie odziane chucherko, co tu robi, to nie judo... Dość długo schodzi zanim powstaje pełne szacunku poruszenie. Przyjechał Trener. Dobrze zbudowany mężczyzna lat może trzydzieści sześć, niosący jak piórko wypakowaną torbę fitness. Na oko nie ma w jego wyglądzie nic szczególnego, nic wskazującego na wysokie umiejętności sportowe jakie posiada. No może to jego dość szczególne spojrzenie-obserwujące, w którym nie ma ani krzty optymizmu. Wyobrażam sobie, że w jego percepcji, niczym na wyświetlaczu cyborga Terminatora pojawiają się sczytane z otoczenia dane, gotowe aby je wykorzystać do jemu tylko wiadomych celów.

Już po wejściu: „Słucham panią” mówi Trener. To do mnie. A więc jestem intruzem w tej małej wspólnocie... Becia łagodzi później, że jego obowiązkiem jest obserwacja podopiecznych, tak aby nie przyjąć i nie wyuczyć adepta chcącego wykorzystać sztuki walki do szkodzenia innym ludziom. „Czy mogę popatrzeć jak trenujecie?” pytam po prostu. „Może pani”. Zdejmuję buty i mykam na sale gimnastyczną.

Znacie taki kawał: czym się różni klasztor żeński od klasztoru męskiego? Że jak się wejdzie do klasztoru męskiego to trzeba uważać, żeby nie pobrudzić habitu o podłogę, a w klasztorze żeńskim - żeby habitem nie pobrudzić podłogi. Bez sensu. To a propos przykurzonego parkietu po którym właśnie robię ślizgi trochę niepokojąc się czy później skarpetkami nie usmaruję butów. U mnie na aerobiku to samo. Sympatyczne trzy panie oddelegowane do tej czynności czekają cierpliwie, czasem wsparte filozoficznie o szczotki na kijach, aż sobie potrenujemy. Jakby już wcześniej, na kredyt, przetrzeć parkiet szmatą umaczaną w wodzie, nie trzeba zaraz szafować drogimi detergentami, to nie musielibyśmy oddychać kurzem. Ja do tych pań nic nie mam.

Siadam w kątku i zaczyna się akcja. Najpierw rozgrzewka, później ćwiczenia w parach. Wypadło nieparzyście, więc Becia walczy we trójkę z Kolesiami. Co ja wiem o kung-fu? Właściwie nic. Już po, wieczorem, sięgam po kontrowersyjne źródło wiedzy jakim jest internet i wyciągam garść informacji o hierarchii ośmiu kolorowych pasów i umiejętności, jakie należy zaprezentować na egzaminie. Na brązowy i czarny pas najważniejsza 2-minutowa walka. Kolega podpowiada, że walka odbywa się z kilkoma przeciwnikami klasy na jaką zdaje się egzamin, a oprócz pasów funkcjonują tytuły honorowe za osiągnięcia. Nasza lekcja wygląda mi na oko na poziom średniozaawansowany. KoleśzRudy bardzo ładnie, po boksersku balansuje na nogach. Tuz przede mną walczy kobieta z licealistką. Takie szczególne porozumienie między nami..ach, to matka z córka musi być! Matka z tych, które zawsze i w każdym wieku będzie wyglądać atrakcyjniej niż ta młoda. Nieco obok-no proszę, może dziesięcioletni chłopiec bardzo dobrze daje sobie radę raz po raz osiągając przewagę nad starszym kilka lat kolegą. podejrzewam jednak, że będzie wojownikiem nieco jednostronnym, z tendencją do nadużywania pewnego wykupu wykonywanego z wyskoku.. Pod drabinkami, blisko Trenera-chucherko, ledwo ją poznałam. Zwinna dziewczyna w granatowym kimono przepasanym kolorowym pasem, włosy spięte po japońsku w węzeł, walczy z zaciętością rasowej zawodniczki, z bliźniaczo wyglądająca koleżanką.

Naprawdę u Beci tego nie rozumiem. Dziewczyna w jej wieku, rozpoznawszy, że ma do czynienia z osobą więcej niż kilka lat starszą powinna brać nogi za pas w kierunku rówieśników. A jednak, mając po drodze do domu dwa sklepy spożywcze, tak często wpada do mnie „odkupić” jedzenie..

Jak tak siedzę na sali i patrzę na lekcje kung-fu powoli zaczyna mnie ten widok pochłaniać tak, że świat wokół przestaje istnieć. Przyglądam się ruchom Trenera. Sekwencje obrotów, przyklęków, ciosów powtarzane tak, jakby nic innego nie robił całe życie, tak, że nie wyobrażasz sobie, żeby to ćwiczenie można było wykonać w jakikolwiek odmienny sposób. Nie ma fałszywego ruchu, potknięcia, nieprawidłowo ustawionej stopy. Mistrzostwo. Sztuka, jaką sobą prezentuje zrobiła na mnie mocne wrażenie. To nie jest wrażenie tego rodzaju, które powoduje, że w oczach kobiety nie widać nic prócz czerni źrenic. Zastanawiam się przez chwilę jak wygląda życie rodziny Trenera, jak wychowuje swoje dzieci.. Powietrze geste od uderzanego ramionami i udami powietrza..

Od czasu do czasu, przy trudniejszych chwytach Trener prosi do pomocy drugiego zawodnika z czarnym pasem, który znajduje się na sali. Chwilami na kilka sekund trochę przyspieszają i wtedy uwiadamiam sobie, że to co widzę to pokaz przy wyłączonym prądzie a prawdziwa walka to nie żart. Dwa czarne pasy, a jaka różnica w stylu walki. Trener walczy uważnie, równo. CzarnyPas ma w sobie sporo szczenięcej wesołości. Przewrócony na podłogę podkurcza kolana, „sprężynka” i z szelmowskim uśmiechem wycofuje się do swojej pary.

Wymagające pewnego wysiłku intelektualnego celem zrozumienia zawartej w nim mądrości angielskie przysłowie o tym, że ludzie mieszkający w szklanych domach nie powinni rzucać kamieniami, zapewne powstało wskutek spotkania z kimś takim jak Becia. Dziewczyna, która przejmuje się absolutnie wszystkim, a mimo tego od czasu do czasu robi coś takiego, co może zranić. Z zaskoczenia. Gdyby to wziąć na poważnie, podnieść kamień i odrzucić z jednakową siłą...stałoby się coś bardzo złego.

Na zakończenie tradycyjny ukłon. Ja również kłaniam się dziękując. Trener odkłania się. Jego sposób bycia nie zmienia się - nieustannie czujnym spojrzeniem omiata otoczenie. Nieoczekiwanie dla mnie po treningu podchodzi do mnie Czarnypas, ma na imię Wojtek. „Co trenujesz?” To jak: dla niego naturalne jest, że każdy coś trenuje czy tak mnie ocenił. To drugie. O cholera, to jest dopiero komplement! Opowiadam trochę o bieganiu. Wojtek wyraźnie się ożywia. Kiedyś chciałby przebiec maraton. Pestka. Wyciągam z torebki notes i długopis (zboczenie zawodowe nakazujące mi mieć przy sobie „coś do zapisania” wszędzie z wyjątkiem prysznica i basenu) i zapisuje mu namiary, na wszelki wypadek, gdyby rzeczywiście chciał wprowadzić biegowe zamiary w czyn. Mogę znowu przyjść na trening i na próbę poćwiczyć. Nie przyjdę. Sztuki walki trzeba zaczynać od elementarza, inaczej nie ma to żadnego sensu. Wojtek przyznaje mi rację.
W drodze powrotnej powtóreczka. KoleśzRudy mówi najwięcej, tym razem opowiada o efektownym ciosie, którym mistrz kung-fu może napastnikowi rozerwać przeponę. Jakby to podsumować: jest najwyraźniej zadowolony z treningu :-) My wszyscy też.

I mogłabym to zrobić. Przyjść tu następnym razem, spróbować treningu, poznać bliżej tych ludzi. Ale wybór należy do mnie. Nie spotkamy się więcej.

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


Sheng2 (2009-01-29,07:37): tak - Twój wybór ale gdybyś się spróbowała to nie sądzę żeby sifu (znaczy mistrz kung fu) kazał Ci fruwać pod sufitem napewno zacząłby od podstaw - czyli jak stać i się poruszać jak się bezpiecznie przewracać no i techniki od podstaw. Polecam sztuki walki to wspaniała przygoda
mamusiajakubaijasia (2009-01-29,10:11): Luiza...obawiam się poważnie, że Tomek może nas nieco tymi sztukami walki "dręczyć" w czasie spotkania...jeżeli nawet nie czynnie to słownie. Choć do tej pory nie zauważyłam u niego takich tendencji, to kto go tam wie...w końcu to facet. A w dodatku pasjonat sztuk walki. Czy znasz kogoś, kto miałby w domu halabardę? Ja znam - Tomka właśnie:)
Sheng2 (2009-01-29,11:46): Przepraszam bardzo Gabi - nie mam halabardy :P ma ją mój syn i w dodatku jest drewniana. Ja mam tylko boken, tonfy, nunchako i bo :P Co do dręczenia to bardzo chętnie ale tylko na wyraźne życzenie :)
Marysieńka (2009-01-29,12:03): Zadowolona....ale chyba nie zachwycona...Niech każdy robi co mu sprawia przyjemność..a życie nabierze kolorów:)))
Toya (2009-01-29,16:07): Olala, co się tu porobiło pod moją nieobecność, chyba napiszę "Lekcję kung-fu-postscriptum" :-) wiechu: że jak Toya chciałaby się nauczyć wyprowadzać cios rączką to aż Czarny Pas musi być nauczycielem? ciesze się, że dobrze dla mnie chcesz, ale zarazem apeluję o nieco skromności tudzież szacunku dla Mistrza :) Gaba: "Sheng, Sheng nazywają go bo ma w sobie coś takiego-samo zło.." :) Halabarda w domu? To pewnie Tomek przed ożenkiem był Gwardzistą Papieskim, to sie chwali :-D Sheng: ufam, że na naszym wyjeździe spontaniczności nam nie zabraknie, tylko pamiętaj, że Trener ustawił poprzeczkę bardzo wysoko ;) Marysieńka: koncentruj się do startu, pamiętaj, ze Toya bardzo poważnie rozważa przejechanie połowy Polski, żeby zobaczyć Twój setny maraton. wierzę w Ciebie :)
Grażyna W. (2009-01-29,17:21): Sztuki walki to z pewnością piękna sprawa. Miałabym zawsze poczucie bezpieczenstwa :) Mnie jednak bardziej pociąga taki sport, jak parkour. To taka sztuka przemieszczania się jak najefektywniej i w najprostszy sposób. Szkoda, że za pożno się o czymś takim dowiedziałam, hehehehe. Teraz to mogę sobie tylko oglądac i podziwiać sprawność młodych ludzi poruszających się, jak koty :) pozdrawiam
Toya (2009-01-29,21:39): Grażynko:też nie słyszałam o tej dyscyplinie. Obawiam się, że mistrzostwo w sztukach walki nie gwarantuje bezpieczeństwa. Rozmawiałam kiedyś na imprezie z byłym mistrzem Polski w judo. Powiedział, że ten sport dał mu poczucie, że niczego się nie boi, ale teraz są inne czasy, chodzą uzbrojone bandy..
Sheng2 (2009-01-30,07:27): Luizo bezpieczeństwo które mogą dać sztuki walki nie wynika z jakiś specjalnych umiejętności ale z pewności siebie i poznania możliwości swojego ciała. Po prostu, czujesz się pewniej, a potencjalni napastnicy to wyczuwają i jeśli mają wybór, to zrezygnują z ataku na kogoś kto pewnie idzie sprężystym krokiem na rzecz kogoś przemykającego chyłkiem bojącego się własnego cienia. Zaś w sytuacji podbramkowej stajesz się bardziej opanowana co daje możliwość bardziej logicznego myślenia a to bardzo wiele w takiej sytuacji.







 Ostatnio zalogowani
krzysztofl
00:45
Piotr100
23:35
Citos
22:27
Lucas
22:05
seba1
21:59
gpnowak
21:52
Artur z Błonia
21:48
benfika
21:42
drakomir
21:41
marmax3
21:41
Waldek
21:30
hubert
21:22
Piotrek 62
21:00
Admin
20:57
and68
20:57
Raffaello conti
20:44
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |