2010-09-13
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Maraton Wrocław (czytano: 422 razy)

Hmmm. Maraton Wrocławski – trudno co¶ o nim powiedzieć. Mam wobec niego bardzo mieszane uczucia. Nie – nie chodzi o organizacje to było ok. Chodzi o mnie w tym maratonie. Plan był ambitny – pobicie własnego rekordu maratońskiego i to o sporo. Przygotowanie do niego było marne i raczej lekceważ±ce w stosunku do dystansu który zamierzałem pokonać.
Nadszedł weekend biegu. Po pewnych komplikacjach dotarłem do Wrocławia i biura zawodów. Tam niemal natychmiast zlokalizowałem Gabrysię i spółkę. Odebranie pakietu chwila pogawędki i czas na nocleg. Noc miałem do¶ć niespokojn± – dot±d mi się to nie zdarzało w takim stopniu przed maratonami.
W końcu chwila prawdy – nadszedł dzień biegu. W miłym towarzystwie przygotowałem się do startu. Pierwsze kilometry w miłym towarzystwie zleciały szybko. Przed połówk± spotkanie z dopinguj±cymi dziećmi – bardzo miłe chwile. Plan na połówkę wykonany – 2:30.
Dalej zaczęły się schody. Towarzystwo pomknęło do przodu a ja zostałem sam ze sob±. Nie tak to miało wygl±dać. W końcu przeszedłem do marszu – nie był to jednak tak rozpaczliwy marsz jak drzewiej bywało – był w tempie 9 min/km szło nieĽle po pewnym czasie wpadłem na pomysł żeby potruchtać ale po kilkudziesięciu metrach łydki a szczególnie lewa wyja¶niła mi przy wsparciu mię¶ni o których istnieniu ledwie miałem pojęcie że nie ma zamiaru brać udziału w moich biegowych fanaberiach. Cóż miała przewagę skurczu więc nie dyskutowałem. Stopy też paliły żywym ogniem obtarte skarpetami z kilkoma gustownymi blazami (efekt biegania w butach o bardzo małym przebiegu). Starałem się utrzymać tempo i nie pozwolić się wyprzedzić innym piechurom. Cała okolica biegaczy już tylko maszerowała. Zbierałem siły i maszerowałem.
Cieszył fakt że marsz był w stałym tempie i nie był rozpaczliw± prób± dotarcia do mety a sposobem ukończenia biegu w takich a nie innych warunkach. Po 41 km zmusiłem się do truchtu – łydka za bardzo się nie buntowała. Pomalutku wyprzedzałem piechurów. Jeszcze na finiszu wyprzedziłem dwie osoby i meta.
Wynik 5:50 załamanie, zło¶ć że mogłem zacz±ć truchtać kilka kilometrów wcze¶niej, rado¶ć z ukończenia tego morderczego biegu.
W dodatku nie za bardzo miałem z kim dzielić rado¶ć pokonania siebie i dystansu.
Ta walka z dystansem zakończyła się znów remisem z delikatn± przewag± na moj± stronę.
Humor poprawiłem sobie dopiero dzi¶ kiedy zorientowałem się że poprawiłem tegoroczny mój rekord netto.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Sheng2 (2010-09-13,12:53): Przepraszam za zapomnienie. Kto¶ jednak mnie witał na mecie. To nieoceniony Wojtek vel Gerhard - Dziękuję Ci bardzo :) Bazyliszek76 (2010-09-13,20:47): No coż, żona ci się rozsypała. Przepraszam, że mnie nie było na mecie. :((( Gerhard (2010-09-14,12:58): Ciekawe, czy zdajesz sobie sprawę, że jak wbiegałe¶ na metę, to spiker wyczytał Twój numer startowy, imię i nazwisko? Wyczytywał wszystkich. Kilka osób, które o to pytałem nic nie słyszało. Ja też nie. Sheng2 (2010-09-14,13:51): hmmm pamietam jak czytał osobę przede mn± ale nie kojarzę żebym slyszał siebie :D
|